Domem na kółkach wzdłuż wschodniego wybrzeża Australii …

O niezwykłej, fascynującej i zaskakującej Australii pisałam w poprzednim wpisie www.zycieipodroze.pl/2017/02/08/przygoda-w-australii-czyli-spelniajace-sie-dzieciece-marzenie/, a teraz będzie słów kilka o trasie, którą pokonaliśmy w ciągu 12 dni. Odwiedziliśmy wiele miejsc i przejechaliśmy 3800 kilometrów. Naszą podróż wzdłuż wschodniego wybrzeża rozpoczęliśmy w Sydney. Tam czekał już na nas wynajęty wcześniej dom na kółach. Służył on nam jako dom i środek transportu w drodze. Jego wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Od kilkunastu lat myśleliśmy o tej formie podróżowania, a teraz stała się ona możliwa.  Do przemieszczania się kamperem potrzebna jest infrastruktura, a ta w Australii jest znakomita. Niewątpliwie ten najmniejszy kontynent jest wprost stworzony, aby przemierzać go domem na kółkach. Nasza trasa, jak wspomniałam wcześniej, liczyła 3800 kilometrów, a przemierzenie drogi z Sydney do Cairns, a właściwie i Port Douglas oraz zwiedzanie zajęło nam 12 wyjątkowych, pięknych i magicznych dni. Poniżej zamieszczam mapkę z naszą trasą, która wiodła przez ogromne przestrzenie, niezwykłe drogi i okalającą wszystko dookoła wyjątkową przyrodę.

 

 

Sydney zaskoczyło nas ciekawą architekturą, przyjaznymi uliczkami i świetną organizacją. Opera House wreszcie widziana na żywo okazała się niezwykłą budowlą. Z bliska jest jeszcze bardziej interesująca niż na zdjęciach, filmach, czy w programach o Australii. Poza odwiedzeniem opery i spacerze koło niej można spędzić przemiły czas na Starówce – The Rocks i radować oczy niezwykłymi kształtami budynków oraz poczuć atmosferę tegoż wyjątkowego miejsca. Z kolei Sydney Harbour Bridge to faktycznie okazały most. Jest miejscem doskonałym do spacerów, czy tez świetnym punktem widokowym, ale też wykorzystywany jest w celach wspinaczkowych.

 

 

Po długiej podróży samolotem nasz pierwszy postój, już po odebraniu kampera, zaplanowaliśmy w Macquarie Park w Sydney skąd następnego dnia naszym domem na kółkach po zwiedzeniu miasta i zaopatrzeniu lodówki udaliśmy się w stronę Blue Mountains. Fantastyczne widoki towarzyszyły nam tego i następnego dnia zarówno w czasie podróży, jak i spacerów. Zatrzymaliśmy się w Katoombie, która stanowiła świetną bazę wypadową. Zwiedziliśmy Scenic World, Three Sisters i kilka punktów widokowych, zwanych lookout. Jechaliśmy także trzema rodzajami kolejek dzięki czemu mogliśmy podziwiać całą okolicę, zarówno piękne góry, Blue Mountains National Park, Jamison Valley, jak i wodospady, choć było w nich mało wody.

 

 

Stąd udaliśmy się drogą wiodącą przez Wollemi National Park i Yengo National Park, gdzie mogliśmy podziwiać choć z daleka kangury żyjące na wolności, za Newcastle i zatrzymaliśmy się w The Ruins Campground położonym w kolejnym Parku Narodowym Booti-Booti tuż przy szerokiej plaży i głazach, za którymi można było dostrzec pływające i skaczące ponad falami delfiny.

 

 

Kontynuując naszą podróż dotarliśmy do Portu Macquarie, gdzie podziwialiśmy piękny widok ze wzgórza, na którym umiejscowiono latarnię. Ponadto odwiedziliśmy szpital dla koali, czyli Koala Hospital, będący wyjątkowym miejscem, w którym leczy się i operuje oraz daje schronienie chorym zwierzętom. Tuż obok znajduje się Roto House, czyli dom z oryginalnym wyglądem i wnętrzem z XIX wieku, który mogliśmy podziwiać. To niezwykłe miejsce oddaje znakomicie atmosferę minionych wieków i styl życia ludzi żyjących w ówczesnych realiach. Będąc w Port Macquarie warto odwiedzić tutejsze Billabong Zoo, w którym możemy spotkać koala, krokodyle, wesołe kangury chętne do zabawy i karmienia oraz innych interesujących mieszkańców tegoż miejsca.

 

 

Tym razem na nocleg zatrzymaliśmy się naszym domem na kółkach w uroczym miejscu, ni to dżungli, ni to buszu, położonym tuż przy plaży, czyli w Smoky Cape Campground położonym w Hat Head National Park. Spędziliśmy tam urocze magiczne wieczorne chwile nad morzem, wsłuchiwaliśmy się w odgłosy dochodzące od strony drzew, a rano czekała na nas niespodzianka. Odwiedziły nas kangury mieszkające w tych okolicach. Można powiedzieć, że się nieco zaprzyjaźniliśmy, gdyż towarzyszyły nam cały poranek i skosztowały naszego śniadania. Było to ciekawe i radosne doświadczenie.

 

 

 

 

Stąd udaliśmy się do tuż obok położonej latarni – Smoky Cape Lighthouse. Zarówno sam obiekt, jak i okolica wyglądały niezwykle, a widok rozciągający się ze wzgórza był zachwycający. Także i tutaj spotkaliśmy kangury. Niedaleko znajduje się Trial Bay Goal, które było więzieniem. Można je podziwiać do dziś, a co istotne  rozciąga się stad wspaniały widok na całą okolicę.

 

 

Udając się w dalszą drogę mieliśmy w planie zatrzymać się na postój w okolicach Balliny, czy też Byron Bay, ale kampingi były wręcz oblężone, gdyż był to czas weekendu, do tego kończący wakacje, więc dotarliśmy do Nimbin, które i tak było w planach. Po zaparkowaniu udaliśmy się na spacer do tego hippisowskiego miasteczka zobaczyć, jak wygląda w nim życie wieczorne, albo i nocne. Ku naszemu zaskoczeniu większość lokali zamykano około 21.00 więc niełatwo już po tej godzinie coś zjeść. Ponieważ tego wieczora nie gotowaliśmy kolacji, gdyż miejsce, gdzie parkowaliśmy było podmokłe po ulewie i pełne komarów, więc załapaliśmy się na ostatnią tego wieczora włoską pizzę prosto z pieca, zresztą bardzo smaczną i serwowaną faktycznie przez Włocha mieszkającego w Nimbin od kilku lat. Na jedzeniu, polsko-włoskich pogaduszkach minęła nam część wieczoru. Następnie spacerując po miasteczku spotykaliśmy hippisów i nie tylko, spędzających razem czas i bawiących się radośnie. Przy muzyce granej na żywo i pysznym piwie australijskim spędziliśmy resztę wieczoru. Miasteczko rodem z westernu i zamieszkałe przez hippisów okazało się przyjemnym, spokojnym miejscem, choć o specyficznym klimacie, w którym można spędzić miło czas.

 

 

W drodze do Brisbane zmieniliśmy nieco plany. Nie wjeżdżaliśmy do Gold Coast. Na trochę zatrzymaliśmy się w Brisbane. Między innymi po to, aby odwiedzić sklep dla audiofili, gdzie zakupiliśmy nowy gramofon i kilka płyt winylowych. Odtąd podróżowaliśmy już z dodatkowym bagażem, ale jakże cennym z naszego punktu widzenia. Dla zainteresowanych – gramofon dotarł w całości do Wietnamu i możemy wieczorami raczyć się dźwiękami muzyki płynącej z niego. Z Brisbane podążyliśmy drogą do Harvey Bay zatrzymując się w trakcie w różnych miejscach.

 

Świadomie nie zdecydowaliśmy się na odwiedzenie Fraser Island, gdyż zamierzaliśmy odwiedzić inną z wysp. W Harvey Bay zatrzymaliśmy się na postój tuż przy morzu. Kolacyjka w takim otoczeniu smakowała wybornie, a spacer brzegiem morza był znakomitym uwieńczeniem całego, długiego dnia.

 

 

Wracając na trasę odwiedziliśmy winnicę – Ohana Winery and Exotic Fruits, gdzie mogliśmy skosztować, jak i zakupić lokalne trunki, a ich różnorodność była zaskakująca. Można było wybierać wśród win musujących, wytrawnych i różnorodnych likierów, nawet dwudziestoletnich.

 

 

 

Ponieważ odwiedziliśmy winnicę nie zatrzymywaliśmy się już w destylarni rumu w Bundaberg. Z kolei udaliśmy się do Heritage Village w Rockhampton, czyli skansenu zawierającego historię lat 1850-1950 z charakterystycznymi dla niej budynkami, pojazdami i stylem życia.

 

 

 

 

Stąd mieliśmy już bardzo blisko do Yeppoon, w którym zaplanowaliśmy nasz postój. To urocze miasteczko położone nad samym oceanem zachwyciło nas bardzo. Spędziliśmy w nim miło czas. Mogliśmy nacieszyć się plażą, spacerem, podziwianiem kitesurfingowców i posiedzieć w lokalnej knajpce racząc się piwem o wymownej nazwie ,,Kościuszko,, oraz rozmawiając z australijskimi znajomymi. Położenie miasteczka pośród gór i oceanu jest niezwykłe, a aura panująca dookoła wyjątkowa. I choć to miejsce typowo turystyczne można poczuć się w nim bardzo dobrze.

 

 

 

 

Z Yeppoon udaliśmy się w stronę Airlie Beach, z którym wiązaliśmy nasze różne plany. I choć pogoda nas nie rozpieszczała, gdyż padało bardzo, momentami ulewnie, udało nam się zrealizować choć część z nich. Polecieliśmy hydroplanem nad Wielką Rafę Koralową- The Great Barier Reef i mogliśmy podziwiać jej niezwykłość i wyjątkowość. Przekonaliśmy się, że rafa w kształcie serduszka – Heart Reef istnieje naprawdę. I choć może nie jest tak duża, jak to pokazują różne zdjęcia, czy filmy, jest fascynującym zjawiskiem. Lot nad rafą koralową był niezwykły, a wylądowanie tuż przy plaży Whitehaven Beach było magicznym doświadczeniem. Mogliśmy w ten sposób pobyć choć kilka chwil na Whitsunday Island, nacieszyć się ciepłym Morzem Koralowym, białym piaseczkiem, a nawet skosztować szampana ciesząc się tą chwilą. Tak bardzo chciałam tu być, a mój mąż sprawił, że przygoda z rafą koralową i wyspami położonymi tuż obok przerosła moje oczekiwania.

 

 

 

 

Z Airlie Beach nie udało nam się wypłynąć z powodu warunków atmosferycznych na wędkowanie, ale zrobiliśmy to nieco później w innym miejscu. Pogoda nie była zachęcająca do pozostania, więc ruszyliśmy dalej udając się do niezwykłego Bowen. Siedząc, już wieczorkiem, na skałach wchodzących w ocean mogliśmy podziwiać wynurzające się delfiny, wydry i pływające ogromne płaszczki, a naszemu pobytowi towarzyszył dźwięk szumiących fal.

 

 

Następnego dnia mijaliśmy różne piękne miejsca. Zatrzymaliśmy się w Billabong Sanctuary nieopodal Townsville, gdzie przeżyliśmy niezapomniane momenty z koalami. Mogliśmy spędzić z nimi kilka chwil, a także pozwolić sobie na małą sesję fotograficzną. Koala to śpiochy, ale wybudzone potrafią być naprawdę zabawne, tak jak jeden z naszych nowych przyjaciół 🙂 Większość zachowuje się jednakże jak dzieci. Kiedy weźmiemy je na ręce wtulają się w nas i ani myślą rezygnować z przytuleń i głaskania. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że bierzemy je na ręce, ale uwierzcie jest to niepowtarzalne doświadczenie, które na zawsze pozostaje w sercu i duszy oraz we wspomnieniach. Poza koalami były też i inne zwierzęta, ale to one w tym miejscu skradły nasze serca.

 

 

Z Townsville udaliśmy się do Mission Beach, gdzie zatrzymaliśmy się na noc. Byliśmy sami na kempingu, a na plaży widzieliśmy tylko dwójkę ludzi spacerujących z pieskami. To był wyjątkowo spokojny wieczór, po którym nastał nowy dzień.

 

 

Ponieważ nie wypłynęliśmy i z Mission Beach na wędkowanie udaliśmy się w drogę do Cairns. Zatrzymaliśmy się w Wooroonooran National Park, gdzie podziwialiśmy magiczne góry z największym szczytem Mount Bartle Frere mierzącym 1622 metry n.p.m. oraz spędziliśmy czas przy pięknym wodospadzie Josephine Falls, który urzeka i zadziwia, a woda w nim płynie niezwykle wartkim, żywym strumieniem. Pewnie wyglądał tak niezwykle dlatego, że ostatnio padały deszcze.

 

 

Cairns było naszym docelowym miastem kończącym podróż naszym domem na kółkach. Przybyliśmy tutaj na tyle wcześnie, że mogliśmy zwiedzić Kurandę i Port Douglas, a także skorzystać z różnych przyjemności. Nieco zawiodło mnie Muzeum Aborygenów, czyli Tjapukai. Przyznam, że spodziewałam się czegoś innego, po prostu mniej komercyjnego. Z kolei natura dookoła, góry, skały, morze, wodospady i wodospadziki były urzekające. Droga z Cairns do Port Douglas wiodąca przez Palm Cove jest magiczna. Wiedzie przy samym oceanie i ukazuje piękne góry, zielone lasy tropikalne, białe plaże, skałki, kamienie i wodospadziki w całej okazałości. To trzeba zobaczyć, aby to zrozumieć i docenić.

 

 

Z Cairns udaliśmy się także łodzią, aby trochę powędkować. Udało nam się złapać parę mniejszych i większych okazów świata podwodnego. Były pośród nich ryby i rekiny, którym po ucałowaniu przywracaliśmy dawne życie oddając je oceanowi. To było wspaniałe uwieńczenie naszej przygody w Australii.

 

 

 

 

Nasz przygoda domem na kółkach z Australią dobiegła końca, a raczej jej pierwsza część. I wierzymy, że dalszy ciąg nastąpi. Nasz kamper spisał się znakomicie i zapewne w ten sposób będziemy podróżować jeszcze nie jeden raz. To było 12 niezapomnianych dni pełnych wyjątkowych, nowych i zaskakujących chwil.

 

 

Australia to piękny, magiczny i fascynujący kraj pełen niespodzianek, a podróż domem na kółkach to niewątpliwie jedna z najwspanialszych możliwości przemieszczania się z miejsca na miejsce, bycia niezależnym i samowystarczalnym. Ta przygoda, Australia i jej wschodnie wybrzeże pozostaną już na zawsze w nas i w naszych sercach. Jesteśmy wdzięczni, że mogliśmy spełnić dziecięce marzenia i przeżyć tę niezapomnianą przygodę. Do zobaczenia Australio 🙂

Zapytacie kim jestem? Przede wszystkim jestem kobietą. Ponadto domatorką z duszą podróżniczki… z kimś …dokądś …w głąb siebie … Życie jest dla mnie ciągłą podróżą. Taką z kimś, dokądś lub w głąb siebie. Kiedyś byłam niepoprawną optymistką, teraz staram się żyć optymistycznie. Kocham życie i wszelkie jego przejawy oraz możliwość doświadczania. Wszystko, co przeżyłam sprawiło, że teraz jestem taką a nie inną sobą. Jestem znającą swoją wartość kobietą, partnerką swojego niezwykłego męża, szczęśliwą siostrą i przyjaciółką oraz spełnioną matką – choć dla niektórych może zabrzmi to nieco niedorzecznie. Najcudowniejsze i magiczne chwile przeżyłam z synkiem i mężem. Najpiękniejsze dla mnie miejsca z niesamowitą aurą to Nepal i Himalaje oraz Laos. Uwielbiam mojego męża, podróże, pyszne jedzenie, gotowanie, książki, filmy, pisanie, biżuteryjne fantazje i fotografowanie, a od niedawno wędkowanie ,,no kill,,. Mam też i inne pasje. Większość z nich dzielę z moim mężem, a niektóre są tylko moje własne.

73 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *