Sie 17

Marble Mountains – wyjątkowe wzgórza pięciu żywiołów …

Zaledwie 10 kilometrów od Da Nang położone są Marble Mountains, czyli wyjątkowe wzgórza pięciu żywiołów. Jak to w Wietnamie bywa z tymi niewielkimi Górami Marmurowymi wiąże się również legenda. Głosi ona, iż pewnego dnia z morza wynurzył się smok, który złożył na plaży Non Nuoc jajo. Minęło tysiąc dni i tysiąc nocy. Wówczas jajo  pękło. Wyszła się z niego piękna dziewczyna. Pozostałe fragmenty skorupki połączyły się z piaskiem z plaży i powstał zalążek gór, które ostatecznie wyrosły na pięć mistycznych Marble Mountains. Góry Marmurowe odegrały nie jednokrotnie znacząca rolę w historii kraju. Odwiedzając Da Nang, czy Hoi An warto je zobaczyć, aby poczuć ich wyjątkowość. Niepozornie wyglądające z zewnątrz mogą nas zaskoczyć swoją nietuzinkowością przy bliższym poznaniu.

 

 

 

 

 

 

Marble Mountain to pięć wapienno-marmurowych wzgórz, których poszczególne nazwy zaczerpnięto od żywiołów. Kim Son  to góra metalu, Moc Son – góra drewna, Thuy Son – góra wody, Hoa Son – góra ognia, Tho Son – góra ziemi. Ogólną nazwę nadali im Francuzi po zbadaniu z czego zbudowane są Marble Mountain. Tworzy je mieszanka wapienia i marmuru powstałego w wyniku przeobrażeń metamorficznych. Góry Marmurowe położone są na terenie wioski Non Nuoc. Słynie ona z licznych warsztatów rzemieślniczych wytwarzających wyjątkowe rękodzieła w postaci rzeźb z marmuru o przeróżnych formach i wielkościach, a także drobniejsze formy artystyczne, jak i biżuterię. W przeszłości jako materiał to tworzenia służyły skały uzyskiwane bezpośrednio z Gór Marmurowych. Obecnie takie wydobycie stało się nielegalne, a materiały do ​​rzeźbienia są transportowane z pobliskich prowincji Quang Nam i Thanh Hoa.

 

 

 

 

 

 

Góry, czy raczej wzgórza, są połączone skomplikowanym systemem tuneli i jaskiń utworzonych przez erozję, wodę i upływ czasu. Wykorzystywano je  jako schronienie przez wietnamskich rewolucjonistów. Wewnątrz Marble Mountain znajduje się wiele jaskiń i świątyń buddyjskich powstałych z tutejszych naturalnych składników. Często odwiedzają je pielgrzymi przybywający z różnych stron. Najwyższą i najbardziej znaną z Marble Mountain jest  Thuy Son, którą możemy zwiedzać i podziwiać z bliska. Choć z dołu nic na to nie wskazuje kryje ona wiele sekretów, które poznajemy wspinając się krok za krokiem w górę po schodach, których jest 156.

 

 

 

 

 

 

Warto wspiąć się na szczyt Thuy Son samodzielnie, choć możliwe jest też skorzystanie z windy. Ja wybrałam spacer, gdyż taką formę preferuję, gdy tylko jest to możliwe. Napotykane świątynie buddyjskie i hinduskie Tam Thai, Tu Tam i Linh Ung oraz pagoda Pho Dong, duży Buddha, a także  jaskinie mogą zaskoczyć formą. Znajdują się w nich rzeźby i płaskorzeźby przedstawiające sceny religijne wykute w marmurze. Z kolei rozciągający się z niej przepiękny widok panoramiczny, na całą okolice i pozostałe wzgórza z górami i morzem w tle możliwy do zobaczenie tylko w niektórych punktach, może zadziwić. Na górę wchodzi się jedną stroną, a schodzi drugą. Mówi się, że jedna z nich jest drogą do nieba, a druga do piekła. Podświadomie czujemy się spokojniej w części nieba, a piekło wyzwala nieco mroczne myśli. Nic dziwnego skoro było to ponoć miejsce tortur. 

 

 

 

 

 

 

Góra Wody jest jednak przede wszystkim domem dla pagód z XVII wieku, do których prowadzi przejście przez bramę Tam Quan. Znajduje się tam także wiele jaskiń. Riverview Tower pochodzi z XVIII wieku, czyli z czasów panowania cesarza Minh Mang. Spacerując w górę i w dół Thuy Son czuje się ducha czasów. Połączenie przeszłości i teraźniejszości oraz wyjątkowego mistycyzmu jest wyraźnie odczuwalne. Van Nguyet Grotto jest przyjemnym miejscem odpoczynku. Można tutaj napić się świeżej wody kokosowej, która zwłaszcza w upalny dzień doskonale gasi pragnienie. Warto również zobaczyć Jaskinię Lantern, niewielką, ale głęboką i wypełnioną lawą oraz jaskinią Am Phu, która prowadzi do bardzo malowniczego punktu widokowego.

 

 

 

 

 

 

Niektóre jaskinie otulone są dość intensywnym zapachem kadzideł unoszących się w powietrzu. Pomyśleć tylko, że ich ściany służyły jako obrona przed pociskami podczas wojny amerykańsko-wietnamskiej. W jaskini Huyen Khong jedna z dużych dziur w suficie powstała, kiedy spadła tutaj bomba. Wewnątrz niej znajduje się wiele świątyń, strażników świątynnych i posągów Buddhy, a na suficie wciąż znajdują się stalaktyty. Z boku jaskini można zauważyć dwa małe stalaktyty, które uważane są za piersi. Jeden kapie, podczas gdy drugi jest suchy. Według legendy, gdy cesarz Tu Duc wszedł i dotknął jednego ze stalaktytów, przestał on kapać i tak już pozostało.

 

 

 

 

 

 

Wietnam to legendy, bogata historia i przepiękne krajobrazy. Wyjątkowe, choć niewielkie Marble Mountains, czyli wzgórza pięciu żywiołów, w których można doświadczyć nieba i piekła, są niewątpliwie jednym z istotnych miejsc, które warto zobaczyć. Zatem nie omijajcie ich odwiedzając Da Nang i jego okolicę, gdyż dopiero spacerując tam poczujecie nietuzinkowość tegoż miejsca. Niepozorne z daleka, a wyjątkowe przy bliższym poznaniu. Takie właśnie są Marble Mountains.

Share

Sie 14

Ba Na Hills – czy to na pewno Wietnam? …

Kiedy ujrzysz Ba Na Hills to zadajesz sobie pytanie, czy to na pewno Wietnam? Po naszych motocyklowych wojażach do różnych cudnych zakątków wietnamskiej krainy jakże to było inne doświadczenie. Do tej pory poznawaliśmy ten kraj zarówno od strony większych miast, małych wiosek, a nawet terenów nie zamieszkanych z typowymi dla nich zabudowaniami, jak i tego, co je otacza. Tym razem poczuliśmy się jakbyśmy się znaleźli gdzieś tam w Europie. W ciągu dnia we Francji z jej typową architekturą, a nocą za sprawą mgły otulającej Ba Na Hills, niczym w Anglii towarzysząc Sherlockowi Holmesowi w rozwiazywaniu zagadek kryminalnych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ba Na Hills to jeden z najnowszych i najbardziej ekscytujących projektów w Wietnamie. Tworzy go kompleks górski, który wygląda jak średniowieczny zamek wraz z okalającymi go murami i budynkami pochodzącymi z tego okresu. Jednakże wewnątrz solidnych, kamiennych murów znajdują się nowoczesne hotele z przyjemnymi pokojami, różne restauracje i mnóstwo innych miejsc z atrakcjami. Wspaniałej przygodzie z tym fantazyjnym miejscem towarzyszą piękne widoki. To tutaj możemy podziwiać zarówno krajobraz górski, jak i morski, gdyż na wysokości Da Nang łączą się one ze sobą.  

 

 

 

 

 

 

Ba Na Hills to stacja górska i położony wokół niej ośrodek. Zlokalizowano je w górach Trường Sơn, 42 kilometry na zachód od miasta Da Nang, w centralnym Wietnamie. Stacja została założona już w 1919 roku przez francuskich kolonialistów. Wówczas w kurorcie znajdowało się 200 willi, ale pozostało z nich tylko kilka ruin. Stacja górska znajduje się obecnie na wysokości 1485 metrów. Imponujący system kolei linowej oddany w 2013 roku tworzą trzy linie kablowe: Mo Stream – Ba Na, Debay – Morin, wodospad Toc Tien – L’Indochine. Łącznie 201 wagoników, którymi może podróżować  3000 pasażerów na godzinę. Zwłaszcza linia wodospad Toc Tien – L’Indochine jest imponująca. Jest uznawana za jeden z najdłuższych na świecie pojedynczy system kolejki linowej. Ma długość 5801 metrów i najwyższą światową różnicę między stacją wsiadkową i wysiadkową 1368 metrów, bijąc tym samym różne Rekordy Guinnessa. Widoki z kolejek zapierają dech w piersiach.

 

 

 

 

 

 

Poniżej dla lepszej orientacji zamieszczam mapę, aby łatwiej można było wyobrazić sobie rozmach tego wyjątkowego projektu i lokalizację poszczególnych miejsc. My rozpoczęliśmy naszą podróż od stacji Toc Tien skąd udaliśmy się pierwszego dnia na samą górę, czyli do przystanku L’Indochina. Na tej wysokości spędziliśmy dzień i noc oczarowani atmosferą tegoż miejsca zwłaszcza nocą. Następnego dnia udaliśmy się kolejką linową ze stacji Louvre do przystanku Bordeaux. Stąd po zwiedzeniu cudnych miejsc, o których za chwile opowiem, kolejką torową przejechaliśmy w stronę stacji Debay mijając po drodze zjazd Ba Na. Dotarliśmy znów na górę na stację Morin. Po obejrzeniu cudnego spektaklu i skosztowaniu smakołyków w restauracji Kavkaz zjechaliśmy na sam dół. Dotarliśmy do  stacji Hoi An, skąd udaliśmy się na spacer, którym zakończyliśmy nasz pobyt w Ba Na Hills.

Tak, jak wspomniałam pierwszego dnia najdłuższą linią kolejki udaliśmy się na samą górę. Francuska wioska, która ukazuje się naszym oczom, kiedy wysiadamy z niej, zachwyca architekturą, romantycznością i urokiem budynków, ale też nieco zniechęca tłumem ludzi. Położona jest ona na wysokości 1500 m n.p.m., co potęguje niezwykłe doznania. Masz wrażenie, że przeniosłeś się w czasie i przestrzeni. Już sam nie dowierzasz, czy znalazłeś się we francuskich Alpach, czy górach wietnamskich. Uczucie to staje się jeszcze intensywniejsze wieczorem i nocą, gdy mgła otula całą okolicę, a ciche uliczki, gdyż na noc zostaje niewielka grupa ludzi – inni już dawno zjechali w dół, wyglądają mrocznie. Mury, budynki, kostka brukowa przenoszą nas w inną epokę. Niedowierzam sama, że wciąż jestem w Wietnamie.

 

 

 

 

 

 

Poza podziwianiem wioski francuskiej na przebywających tutaj czeka wiele atrakcji. Zarówno na jej poziomie, jak i nieco niżej, gdzie zjeżdża się jedną z krótszych linii kolejki. Po spacerze wybrukowanymi  uliczkami pomiędzy średniowiecznymi budynkami, których architektura zachwyca i zjedzeniu lunchu udajemy się wszędzie, gdzie tylko możliwe. Można odwiedzić Festiwal Piwa, choć nazwa wskazywałaby na coś bardziej imponującego. Jednak piwo jest i muzyka na żywo też. Kolejną atrakcją jest ciekawe Muzeum Figur Woskowych. Możemy z bliska podziwiać imitacje wielu sławnych i znanych postaci.

 

 

 

 

 

 

Kolejną atrakcją jest kolejka alpejska, gdzie można poszaleć autami, gdyż osiągają one nawet 40 km/h. Równie ciekawy jest Fantasy Park, w którym mogą zabawić się mali i duzi. Znajdziesz tutaj zarówno różne kolejki, karuzele, strzelnice, jak i różne gry. Ponadto można wziąć udział w Wyścigu Śmierci 4D, podczas którego poczujesz dreszczyk emocji niczym w wyścigu Formuły 1. Stworzono nawet maszyny do wiatru, pary i dymu, które dodatkowo oszukują zmysły. Kolejną atrakcją jest Drop Tower, czyli Spadająca Wieża. Na jej  szczycie jeźdźcy mogą spojrzeć na szklaną kopułę. Potem, bez ostrzeżenia, spadają 29 metrów do jaskini wzorowanej na dwóch powieściach Juliusza Verne’a: „Podróż do centrum ziemi”  i „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskich podróży”. Jednakże najbardziej fascynują nas budynki, wieże, wiatraki, kościół i to, co je otacza. Wszystko dopracowane w najmniejszych szczegółach.

 

 

 

 

 

 

Restauracje i bary oferują smaczne i różnorodne jedzenie. Od autentycznych dań kuchni wietnamskiej po tradycyjne dania kuchni francuskiej, czy włoskiej. To tutaj możemy skosztować świeżo upieczonego chleba i słodkich przysmaków. Zapach dochodzi nas z różnych stron i przyciąga. Tego dnia czujemy się jakbyśmy odwiedzili jednocześnie kulinarnie Włochy, Francję, a jeśli chodzi o piwo Niemcy. Poza doznaniami architektonicznymi, rozrywkowymi i kulinarnymi można zaszyć się na jakiś czas w specjalnej części duchowej z pagodami lub też w kościele, w którym jednakże przebywało sporo osób.

 

 

 

 

 

 

Wieczorem udaliśmy się do groty z całorocznym basenem podgrzewanym. Jest to istotne, gdyż temperatura tutaj jest znacznie niższa niż na poziomie morza, co najmniej 8°C mniej. Nocą, gdy w Da Nang jest około 30°C stopni, tutaj niekiedy zaledwie 15. Przy czym chmury, mgła wieczorna, ewentualny deszcz sprawiają, iż ma się wrażenie, że jest na prawdę chłodno. My pomimo lata panującego obecnie w Wietnamie chodziliśmy w bluzach, zwłaszcza wieczorowa porą także pamiętajcie o zabraniu dodatkowej warstwy odzienia. Kompleks basenów i jacuzzi jest bardzo klimatycznym miejscem doskonale pasującym do całości tegoż niezwykłego miejsca. Można także skorzystać ze Spa.

 

 

 

 

 

 

 

Wieczorny spacer jest pełen wrażeń. Przenosi nas do filmów detektywistycznych z Sherlockiem Holmesem w roli głównej, bądź powieści kryminalnych i obyczajowych Agathy Christie. Uliczki otulone są mgłą, a panująca dookoła cisza i brak ludzi sprawiają, że jest mrocznie. Odnosi się wrażenie, jakby za chwilę miało się coś wydarzyć. Noc spędzamy w uroczym pokoju, w którym zadbano o wszystko. Hotel Mercure Danang French Village Ba Na Hills znajduje się na szczycie pasma górskiego Ba Na. Ten czterogwiazdkowy kompleks urządzono w stylu antycznym. Przepiękne pokoje zostały zaprojektowane zgodnie z XIX-wiecznymi trendami europejskimi. Zapewniają one komfortowy i przyjemny pobyt. Trzeba przyznać, że tutaj w górach i tym niezwykłym otoczeniu, spało nam się bardzo dobrze.

 

 

 

 

 

 

Następnego dnia po krótkim spacerze udajemy się na śniadanie do wyznaczonej restauracji. Nie jesteśmy zachwyceni. Te wczorajsze znacznie bardziej przypadły nam do gustu. Ten element był zdecydowanie ujemny, a restauracja dość zatłoczona i niezbyt czysta. Zatem dość szybko opuściliśmy ją, aby nie psuć sobie obrazu Ba Na Hills. Zjeżdżamy kolejką linową ze stacji Louvre do przystanku Bordeaux. Stąd podziwiamy Złoty Most – Cầu Vàng podtrzymywany Olbrzymimi Dłońmi. Został oddany dopiero w czerwcu i cieszy się ogromną popularnością. Przyznaję, że i na nas robi wrażenie. Widok rozciągający się z niego jest fantastyczny. Pejzaż górski łączy się z morskim, a Da Nang i jego atrakcje takie jak Lady Buddha, czy też  Marble Mountains są doskonale widoczne pomimo chmur zwiastujących deszcz. Tutaj spędzamy sporo czasu.

 

 

 

 

 

 

Paradise Garden i Flower Garden zachwycają. Romantyczny ogród kwiatowy Le Jardin D’Amour jest niezwykły. Tworzy go 9 ogrodów opowiadających 9 interesujących opowieści w 9 unikalnych stylach architektonicznych. Całość stanowi niezwykle barwną przestrzeńLegend Garden do stworzenia którego zaczerpnięto inspirację z Olympia Peak nawiązując do architektury ateńskiej i egipskiej.  Mo Spring Garden składający się ze stopniowanych schodów zachwyca kolorami. Ogród pamięci wraz z 4 dżinami symbolizuje 4 pory poetyckie. Kolejne są równie interesujące, a ich nazwy przemawiające do każdego. Znajduje się pośród nich Ogród Myśli, Miłości, Nieba, Święty, czy też Sekretny. Podziwiamy także 27 metrowego olbrzymiego Buddę i Linh Ung Pagodę. W czasie spaceru można odpocząć chwilkę w herbaciarni, bądź restauracji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Następnie udajemy się do Wine Cellar, czyli piwniczki z winem. Otacza ją, tak jak to bywa we Francji, Ogród Winogronowy. Debay Ancient Wine Cellar to wyjątkowe miejsce, w którym  francuscy architekci wykopali głęboko w Ba Na Mountain w 1923 roku starożytną piwnicę. Ma ona 100 metrów długości, a temperatura w niej jest zawsze utrzymywana na idealnym poziomie od 16 do 20°C. Spacer jej korytarzami jest niezwykłym doświadczeniem.  Po wyjściu z piwnicy kosztujemy odrobinę tegoż szlachetnego trunku, bo jakżeby inaczej. Kolejką szynową przemieszczamy się ze stacji Jardin do D’Amour. Jest to wyjątkowe doświadczenie, choć już nam znane z najwyższej góry Wietnamu, jak i całych Indochin, czyli Phan Xi Pang o której pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2017/09/05/fansipan-czyli-na-dachu-wietnamu-a-nawet-calych-indochin/.

 

 

 

 

 

 

Docierając do stacji Debay wracamy ponownie na górę, czyli do przystanku L’Indochine. Podziwiamy występy artystów przybyłych tutaj z różnych części świata. Kreacje, stylizacje i spotykane postaci są bardzo interesujące, kolorowe i radosne. Udajemy się także na lunch do restauracji Kavkaz Zakharova Romana Jurivicha. Serwuje ona dania kuchni rosyjskiej, gdzie kosztujemy różnych smakołyków. Po tych wrażeniach zjeżdżamy już na dół ze stacji Louvre do przesiadki Bordeaux – Marselle i docieramy do ostatniego przystanku Hoi An. Tutaj jeszcze podziwiamy cudną architekturę, ogrody i bramę wejściowo-wyjściową, przed którą kończymy nasze spotkania z Ba Na Hills.

 

 

 

 

 

 

Przyznam, że Ba Na Hills zrobiło na nas wrażenie. To było niezwykłe doświadczenie. Byliśmy zachwyceni i zaskoczeni tym, że tutaj w Wietnamie mogliśmy poczuć się jak w Europie. Nawet kiedy wysłaliśmy zdjęcia naszym znajomym z Francji i zapytali oni kolegów skąd mogą pochodzić zdjęcia to odpowiadali, że z Francji. Na ogół nie lubimy zatłoczonych miejsc, a w dzień tak na Ba Na Hills jest. Dopiero po 17.00, gdy sporo ludzi zjeżdża w dół, jest cicho i spokojne, a spacer wyludnionymi uliczkami to prawdziwa przyjemność. Choć trzeba przyznać, że otulająca je mgła wywołuje różne odczucia. Jest nieco mrocznie, a przez to niezwykle klimatycznie. Bardzo się cieszymy, że postanowiliśmy tutaj zostać na noc, gdyż inaczej byśmy tego nie doświadczyli. Rano  przed wjazdem pierwszych wagonów kolejki jest równie przyjemnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Do tej pory zadajemy sobie pytanie, czy Ba Na Hills to na pewno Wietnam? Jednak teraz już znamy odpowiedź na nie. Brzmi ona: tak. W Wietnamie, jak widać, wszystko jest możliwe, a niektóre propozycje mogą zadziwić. Ba Na Hills to niesamowity oraz imponujący projekt i to w skali światowej, a nie tylko wietnamskiej, czy też azjatyckiej. My spędziliśmy w tym miejscu niezwykłe chwile i każdego kto zawita do Da Nang zachęcamy, aby odwiedził także stację górską Ba Na Hills i położony wokół niej wyjątkowy kompleks.

Share

Sie 10

Cytaty o ludziach, czyli o nas i dla nas …

„Ludzie Cię inspirują lub ciągną w dół – wybieraj ich mądrze.”

Hans F. Hansen

 

***

 

„Wystarczy zwrócić uwagę na człowieka, by stał się pociągający i na swój sposób piękny.”

Zofia Nałkowska

 

***

 

„Ludzie spieszą się oceniać innych, bo boją się oceniać siebie.”

Albert Camus

 

 

„Niezłomność człowieka polega na tym, że potrafi poświęcić sprawy ważne dla spraw ważniejszych.”

Paulo Coelho

 

***

 

„Twój czas jest ograniczony, a więc nie marnuj go na życie cudzym życiem.

Nie daj się złapać w pułapkę przeżywania życia, będąc sterowanym przez innych.

Nie pozwól, by zgiełk opinii innych zagłuszył twój wewnętrzny głos.

I co najważniejsze, miej odwagę podążać za swoim sercem i intuicją.

One jakimś cudem już wiedzą, kim tak naprawdę chcesz zostać.

Wszystko inne ma wartość drugorzędną!”

Steve Jobs

 

***

 

„Człowiek nie może zrozumieć u innych tego, czego sam nie przeżył.”

Hesse Hermann

 

 

 

„Być człowiekiem znaczy: każdego dnia starać się być lepszym.”

Friedrich Dessauer

 

***

 

„Człowiek musi przejść przez różne etapy, zanim wypełni swe przeznaczenie.”

Paulo Coelho

 

***

 

„Celem nie jest bycie lepszym od kogoś innego lecz bycie lepszym od tego kim samemu było się wcześniej.”

XIV Dalajlama

 

***

 

„Sztuka życia polega na tym, by cieszyć się małym, a wytrzymywać najgorsze.”

William Hazlitt

 

***

 

„Okazywanie wdzięczności jest miarą naszego człowieczeństwa.”

Jan Stępień

 

 

 

„Wszystko, co irytuje nas w innych może nas zaprowadzić do zrozumienia samego siebie.”

Carl Jung

 

***

 

„Przestań pozwalać,

by ludzie robiący dla Ciebie tak mało,

mieli tak duży wpływ na Twoje myśli, uczucia i emocje.”

Will Smith

 

***

 

„Są ludzie, którzy zasługują na wiele, a nie oczekują niczego w zamian.

Są też tacy, dla których robimy wszystko, mimo że na to nie zasługują, a dla nich to i tak za mało.”

Anonim

 

***

 

„Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy.

Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem.”

Arystoteles

 

***

 

„Nie trać czasu na wyjaśnienie. Ludzie i tak słyszą to, co chcą usłyszeć.”

Paulo Coelho

 

 

„Mądrzy ludzie nie potrzebują rady, głupcy jej nie przyjmują.”

Benjamin Franklin

 

***

 

„Pokora i delikatność nie są cnotami słabych, lecz mocnych,

którzy nie potrzebują źle traktować innych, aby czuć się ważnymi.”

Papież Franciszek

 

***

 

„Może to dobrze robi człowiekowi, jeśli od czasu do czasu upadnie. Byle tylko nie potłukł się na kawałki.”

John Maxwell Coetzee

 

 

„Niektórzy ludzie są jak chmury. Kiedy znikają nastaje piękny dzień.”

Anonim

 

***

 

„Chodź własnymi drogami, nawet po obcych rajach.”

Stanisław Jerzy Lec

 

***

 

„Ludzie są tacy zaskoczeni, kiedy nagle zaczynasz postępować z nimi tak, jak oni z Tobą!”

Anonim

Share

Sie 06

Odnaleźć siebie …

Odnaleźć siebie, czyli jak dalej żyć? …

 

Kiedy odchodzi najbliższa naszemu sercu osoba jest trudno, wali nam się nasz świat. Gdy dotyczy to dziecka, z którym spędziło się piętnaście cudownych lat razem tym bardziej jest ciężko. Zaczyna docierać do Ciebie, że już nie porozmawiacie i nie usłyszycie niezwykłych pytań, nie posłuchacie mądrych słów, zdań, podsumowań i rozwiązań. Nie przytulicie się do siebie i już nie padną słowa: ,,kocham cię mamusiu,, … ,,moi kochani rodzice,, … ,, jesteście najlepszymi rodzicami na świecie,, i tym podobne. A gdy to wszystko ma miejsce na emigracji tym bardziej jest to dotkliwe. Po chwilowej ucieczce, która może trwać krócej, bądź dłużej nasuwa się pytanie jak dalej żyć? Przychodzi dzień, w którym czujemy potrzebę, aby odnaleźć siebie. A gdzie możemy znaleźć odpowiedź na nią i pytanie wirujące w głowie? No właśnie gdzie? W moim przypadku odpowiedź brzmi, że w górach. Po bolesnej stracie rozdzierającej serce, gdy nasz Adaś, synek jedyny i najdroższy, odszedł do świata aniołów doświadczyłam stanu, w którym moją dominującą aktywnością był sen. Gdyby nie mąż, siostra i przyjaciele mogłabym spać i spać. Pewnego dnia zrozumiałam, że niestety nikt nie może mnie z niego wyciągnąć i muszę zrobić to sama. Poszukiwałam odpowiedzi na pytanie, jak dalej żyć. I cóż odpowiedź przyszła w czasie wędrówki po Nepalu, a ściślej ujmując w Himalajach.

Minęło pół roku od momentu, gdy Adasia nie było już z nami w ziemskim wymiarze. Wyruszyliśmy w góry, tylko ja i mój mąż, we dwoje. Tylko my, nasze plecaki i czuwający nad nami synek. Chcieliśmy dojść do przełęczy Thorong La położonej na wysokości  5416 m n.p.m.., czyli dość wysoko. Szliśmy tak krok za krokiem każdego dnia. Byliśmy coraz wyżej i wyżej. Nasz trekking dookoła Annapurny trwał, a we mnie zachodziła przemiana. Poczułam, że chcę dalej żyć pełną piersią, uśmiechać się, radować i cieszyć każdą chwilą. Spotykani po drodze Nepalczycy, ich skromne życie i towarzysząca nam przez cały czas dobroć ukazały mi, jak dalej żyć. A mianowicie to wszystko pokazało mi, że chcę żyć tu i teraz oraz cieszyć się każdą chwilą. Dodatkowo trudy wędrówki na wysokość ponad pięć tysięcy metrów, nasze różne dolegliwości związane z nabieraniem wysokości przybliżyły jeszcze bardziej mnie i mojego męża. Co prawda w czasie emigracji i ostatnich lat naszego życia z synkiem już byliśmy blisko. Z kolei bolesna strata Adasia raz nas przybliżała, raz oddalała. Każdy uciekał myślami, czy emocjami w swoją stronę. Jednak Nepal i Himalaje zcementowały bardzo mocno naszą relację partnerską. Właśnie tam byliśmy duchowo i emocjonalnie blisko siebie tak, jak nigdy dotąd. Dzięki temu udało nam się wejść na przełęcz Thorong La, choć mój mąż miał problemy z oddychaniem, a ja walczyłam z bólem głowy. Po drodze przeżyliśmy wiele przygód, spotkaliśmy wspaniałych ludzi i podziwialiśmy niezwykłe, magiczne i majestatyczne Himalaje. Najważniejsze jednak było to, że szliśmy każdego dnia, krok za krokiem ciesząc się i wspierając w trudniejszych momentach. Nawet, gdy plecaki wydawały się z dnia na dzień coraz cięższe my z naszą miłością do siebie nawzajem, do ukochanych gór i niosąc w sercu najdroższego synka szliśmy dalej.

To była zdecydowanie bardzo istotna droga. Po podróży przez życie z naszym synkiem Adasiem najważniejsza. Osiągnęliśmy zamierzony cel, doświadczyliśmy niezwykłych Himalajów i zbliżyliśmy się do siebie w niewyobrażalny sposób. A ja ? No cóż, ja po powrocie znałam już odpowiedź na pytanie jak dalej żyć i tam wysoko w Himalajach odnalazłam siebie. Byłam gotowa zmierzyć się z codziennością, choć wówczas dopiero rozpoczął się ten etap, ta nowa droga, która wciąż trwa.

 

O Himalajach i Nepalu była mowa również w postach:

 

Wrócimy tam jeszcze, czyli Nepal i Himalaje …

Im dalej pójdziemy, tym lepiej siebie poznamy, czyli nasz trekking dookoła Annapurny – część 1 …

Im dalej pójdziemy, tym lepiej siebie poznamy, czyli nasz trekking dookoła Annapurny – część 2 …

Ciekawostek i słów kilka o Himalajach …

Ciekawostek i słów kilka o Nepalu …

 

 

Share

Lip 31

Oolong – dlaczego warto? …

O zielonej herbacie wietnamskiej i jej magii pisałam już w poście www.zycieipodroze.pl/2015/12/08/zielona-herbata-wietnamska-i-jej-magia/, a dziś słów kilka o niezwykłej herbacie oolong i o tym dlaczego warto cieszyć się filiżanką tegoż niezwykłego naparu. Do Wietnamu została sprowadzona z Tajwanu, choć za kraj jej pochodzenia uważa się Chiny. Ta na poniższym zdjęciu pochodzi z górzystej prowincji Lai Chau położonej w północno-zachodniej części wietnamskiej krainy i dziś u mnie gości.

 

 

Oolong jest półfermentowaną herbatą turkusową, czy też niebiesko-zieloną, niebieską lub szmaragdową. Poza Chinami, Tajwanem i Wietnamem występuje ona także w Indiach i Nepalu, choć jej odmiany się różnią. Na ogół poziom fermentacji waha się od 10 do 70 procent, czyli można go umiejscowić pomiędzy poziomami fermentowania herbaty zielonej i czarnej. Określenie turkusowa odnosi się do chińskiej klasyfikacji herbat, w której ocenia się kolor suszu herbacianego, a nie już przygotowanego do picia naparu. Oolong ma niepowtarzalny i niedający się pomylić z żadnym innym smak oraz aromat. Zawdzięcza to złożonemu i specyficznemu oraz dokładnie przestrzeganemu procesowi produkcji. Składa się na niego wiele, bo aż ponoć 9 etapów. Oolong występuje jako herbata suszona, ale też prażona na płonącym węglu drzewnym. Proces produkcji i wszystkie elementy biorące udział w powstaniu sprawiają, że herbata jest wyjątkowa i subtelna, co przede wszystkim zawdzięcza suszeniu i prażeniu. Sprawiają one, że w efekcie uzyskujemy łagodny, pozbawiony cierpkości smak. Przed prażeniem listki herbaty oolong są zwijane i lekko zgniatane, aby ich otwarte ścianki stymulowały aktywność enzymatyczną. Proces prażenia usuwa niepożądany zapach z herbaty i zmniejsza kwaśny oraz cierpki smak czyniąc ją łagodniejszą zarówno dla zmysłu smaku, jak i dla naszego żołądka.

Właściwości zdrowotne oolong są bardzo istotne. Łączy ona w sobie działanie herbat zielonych oraz czarnych. Redukuje wagę, reguluje nadciśnienia, normalizuje poziom cholesterolu, wspomaga pracę nerek oraz wątroby. Ponadto utrzymuje poziom cukru we krwi na właściwym poziomie, wykazuje działanie przeciwnowotworowe ponieważ posiada wiele przeciwutleniaczy, redukuje cellulit a nawet zmiany trądzikowe, czy atopowe zapalenie skóry. Picie oolong sprzyja osobom borykającymi się z chorobami kości, czy też zębów. Regularne jej kosztowanie wzmacnia ogólną odporność organizmu i redukuje wpływ stresu na nasz organizm. Ponadto oolong zawiera liczne minerały oraz witaminy, a także teofilinę i niewielką ilość kofeiny, które stymulujące pracę układu nerwowego i zapewniają pobudzenie, którego niekiedy potrzebujemy.

Herbatę oolong parzy się w temperaturze 95°C lub 98°C w przypadku liści prażonych. Jednakże pierwszym krokiem jest przepłukanie suszu przed zaparzeniem w celu pozbycia się pyłu, czy też kurzu lub o zgrozo toksyn, które czychają na nas ukryte w liściach każdego rodzaju herbaty tak naprawdę. Liście suszone parzymy około 1,5-2 minut czyniąc to pierwszy raz. Przy następnym naparze wydłużamy czas o około 20 sekund, a  każdy kolejny o około 10 sekund. Trzeba przy tym nadmienić, że liście, dobrych jakościowo oolongów, mogą być zaparzane kilkukrotnie, a nawet ponoć dwudziestokrotnie. Ja, gdy przyjechałam do Wietnamu słyszałam, że przeciętnie można je parzyć siedmiokrotnie. Oolongi prażone parzymy nieco krócej. Wystarcza jedynie około 15 sekund kiedy robimy to po raz pierwszy, a kolejnym parzeniom dodajemy nie więcej niż 10 sekund. Zwróćcie uwagę, że liście rozwijają się do bardzo pokaźnych rozmiarów, co jest bardzo charakterystyczne dla tej odmiany herbaty.

 

 

Herbata oolong pojawiła się w moim życiu, wówczas gdy zamieszkałam w Wietnamie. Piję ją na przemian z herbatami zielonymi naturalnymi, bądź z dodatkiem kwiatów. Oczywiście używam tylko odmian liściastych bo tylko one oddają prawdziwą duszę tegoż cudownego naparu. Nie wiem, czy znacie już herbaty oolong? Jeśli jeszcze nie to zapoznajcie się z nimi, gdyż to wyjątkowy dar natury, który warto znać i wykorzystywać.

Share

Lip 09

Mac Lake – jezioro ukryte w Parku Narodowym Cuc Phuong …

Mac Lake jest jednym z naszych ulubionych jezior na weekendowe plenerowe wyjazdy wędkarskie. Zwłaszcza latem, gdy upał zaczyna mocno doskwierać i szukamy zacienionych miejsc, w których można spędzić czas z dala od miasta. Z Hanoi to około 120 kilometry, więc niewiele ponad dwie godziny jazdy samochodem, bądź nieco dłużej motocyklem, a z Ninh Binh to tylko niecałe 45 kilometrów, co zajmuje około godziny.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mac Lake  położone jest u stóp gór w najstarszym Parku Narodowym w Wietnamie, a mianowicie Cuc Phuong. Sam park jest miejscem wyjątkowym. Poświęcę mu jednak oddzielny wpis. Dzisiaj chcę skupić się na samym jeziorze, które de facto jest zbiornikiem sztucznym, ale wygląda niezwykle naturalnie. Położone jest nie więcej niż dwa kilometry od bramy wjazdowej do parku skąd można dotrzeć samochodem, rowerem, meleksem, bądź pieszo. Kiedy do niego docieramy naszym oczom ukazuje się cudny zbiornik położony u stóp gór wapiennych, pośród drzew i pięknej zieleni. Słyszymy śpiew ptaków i odgłosy dżungli, a dookoła nas fruwają motyle. Ich barwy poprzez biel, żółć, pomarańcz, aż po czerń sprawiają, że wyglądają niczym namalowane na obrazku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mac Lake jest bardzo ładnym jeziorem do którego dostęp jest z każdej strony, co w Wietnamie nie zawsze jest takie proste. Można spacerować wzdłuż jego brzegów przygotowaną w tym celu drogą, obserwować okolicę z uroczego mostku, bądź przysiąść na brzegu i wsłuchiwać się w naturę. Może tylko poza godzinami wieczornymi zwłaszcza w sobotę, gdy dobiegają nas dźwięki karaoke od strony restauracji, gdzie spędzają czas przyjezdni Wietnamczycy, jest spokojnie i cicho. Jezioro jest wyjątkowo czyste. Znajdują się tutaj domki, bungalowy i dormitoria, w których może pomieścić się dość sporo osób mających ochotę zostać tutaj na dłużej. Restauracja serwuje posiłki i napoje, więc jeśli się nie ma ochoty stąd ruszać na miejscu znajdziemy wszystko, co potrzebne. Personel jest bardzo przyjazny, radosny i pomocny, co czyni pobyt tym bardziej miłym i udanym.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mac Lake jest doskonałym miejscem służącym jako baza wypadowa w głąb Parku Narodowego Cuc Phuong. Można stąd wyruszać i wracać, kiedy ma się tylko ochotę. Dla nas jest to jednak przede wszystkim miejsce w którym uwielbiamy spędzać czas i wędkować. Rybki tutaj, choć może nie pokaźnych rozmiarów-największa ważyła trzy kilogramy, są takie radosne. Uwielbiają próbować różnorodne nasze propozycje zanęty i przynęt. My mamy dobrą zabawę, a one pokosztują różności. Oczywiście po złapaniu cmok i wracają do wody.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Każdy kto ma ochotę odpocząć z dala od miasta pośród gór, zieleni, w domku położonym nad sama wodę, nad jeziorem Mac Lake znajdzie spokój i przyjazne otoczenie. My polubiliśmy to miejsce od pierwszego spotkania z nim i chętnie tam wracamy. Jeśli zawitasz w te strony odwiedź Mac Lake i ciesz się pobytem nad jeziorem ukrytym w Parku Narodowym Cuc Phuong ciesząc się pięknem tej krainy.

Share

Lip 05

Ru – czy to na pewno kołysanka (?) …

W języku wietnamskim słowo ru oznacza „kołyskę” lub „kołysankę” (kołysać do snu) i może zastanawiać nas dlaczego Kim Thúy wybrała taki, a nie inny tytuł dla swojej debiutanckiej  książki, a raczej powinnam rzec pamiętnika składającego się z okruchów przeszłości i teraźniejszości. „Ru” jest autobiograficzną nowelą, w której ukazane są losy dziewczynki wyrwanej z korzeniami z ziemi ojczystej, która będąc już dorosłą osobą postanawia się podzielić swoimi przeżyciami. Zbiera je niczym obrazy składające się z pojedynczych scen z życia w całość. Są one  dobrane zupełnie jakoby przypadkowo, ale czy oby na pewno?

 

 

„Raj i piekło splotły się ze sobą a brzuchu naszego statku.

Raj obiecywał zwrot w naszym życiu, nową przyszłość, nowa historię.

Piekło natomiast rozpościerało przed nami nasze lęki:

strach przed piratami, strach przed śmiercią głodową, strach, że nigdy nie dotknie się twardego lądu,

strach, że się nie zobaczy więcej twarzy rodziców,

siedzących gdzieś tam w półmroku, pośród tych dwóch setek ludzi.”

 

Już sama okładka przyciąga niczym magnes. Jest niby prosta, ale czyż źdźbła ryżu nie są sugestywne? Czy nie są zwiastunem czegoś nowego, początku życia, a może pierwszych dni na emigracji. A do tego ten tytuł, który w jednym słowie „Ru” zawiera niemalże wszystko. Ru po wietnamsku tak, jak wspomniałam, znaczy „kołyska”, „kołysanka”, czy też „kołysać do snu”. Z kolei w języku francuskim tłumaczone jest jako „źródełko”, „strumyczek” i jest interpretowane jako upływ … czasu, łez, krwi, czy też pieniędzy. Nie bez powodu zatem autorka wybrała taki, a nie inny tytuł dla swej noweli. Niby prosty, ale zawierający w sobie tak wiele, jak i zresztą cała książka. Tak zaiste jest. Autorka ujęła bowiem na zaledwie 160 stronach całe swoje życie, jego sens i bezsens, całą jego wielkość i małość zarazem, raj i piekło, obietnicę i stratę, powitania i rozstania. Jego poszczególne etapy, od dzieciństwa po macierzyństwo, doświadczenie bycia matką dziecka autystycznego, o czym pięknie pisze swoimi słowami ukazując przy tym całą wielkość matczynej miłości.

 

„Nie krzyczałam ani nie płakałam,

kiedy powiedziano mi, że mój syn Henri jest uwięziony we własnym świecie, k

iedy oznajmiono mi, że jest jednym z tych dzieci, które nas nie słyszą,

które do nas nie mówią, chociaż nie są ani głuche, ani nieme.

Jest też jednym z tych dzieci, które trzeba kochać z dala,

nie dotykając ich, nie całując, nie uśmiechając się do nich, bo woń naszej skóry,

natężenie naszego głosu, muśnięcie naszych włosów, odgłos naszego bijącego serca

byłyby gwałtem na ich zmysłach, na każdym po kolei”

 

Powściągliwa zdawałoby się forma „Ru” nie przeszkadza w przekazaniu emocji, spostrzeżeń, wydarzeń przesuwających się przed wzrokiem czytelnika niczym slajdy oglądane na ekranie. Bogactwo miesza się z biedą, wojna z pokojem, ucieczka z nowym domem, strach przed ludźmi z próbą zaufania im, autorytety z małością ludzką. A to wszystko, pomyśleć tylko, widziane oczami małej dziewczynki, która w końcu staje się dorosła, ale wciąż żyje jakoby ze swoistym piętnem, tęsknotami których może i sama do końca nie rozumie. Mając nowy dom myśli o tym dawnym odnajdując go, co niezwykłe, w zapachu, uważając przy tym za najważniejszy bagaż w podróży książki, które towarzyszą jej niemalże wszędzie. „Ru” to historia autentyczna, ale czy oby na pewno w całości prawdziwa? Zapewne jest ona emocjonalną podróżą przez życie pozornie ubraną w proste słowa. Zawiera wiele wątków, które splatają się w jedną całość. Czyta się ją mając wrażenie widoku przed oczami obrazów malowanych słowami, zdjęć umieszczonych w albumie, rodzaju fotorelacji, choć tekst żadnych rysunków nie zawiera.

 

„To wspomnienie tłumaczy, dlaczego wyjeżdżając skądś biorę najwyżej jedną walizkę.

Wywożę tylko książki. Wszystko inne nigdy nie staje się naprawdę moje.

Sypiam równie dobrze w łóżku hotelowym, u przyjaciół w gościnie

lub u kogoś nieznanego, jak we własnym łóżku.

Właściwie to zawsze jestem szczęśliwa wyprowadzając się,

bo mam dzięki temu okazję pozbyć się części rzeczy, zostawić niektóre po to ,

by moja pamięć mogła stać się naprawdę selektywna,

by mogła zatrzymać tylko te obrazy, które za zamkniętymi powiekami pozostają świetliste.

Wolę wspominać moje wewnętrzne niepokoje, moje oszołomienia,

wstrząsy, wahania, zmiany nastrojów, moje błędy…

Wolę to, bo to takie wspomnienia mogą kształtować zależnie od barwy czasu,

podczas gdy przedmiot jest niezmienny, zastygły, kłopotliwy.

 

Kim Thúy to kanadyjska pisarka wietnamskiego pochodzenia. Urodziła się w Sajgonie, w czasie wojny amerykańsko-wietnamskiej, w 1968 roku. Jej rodzina musiała uciekać z kraju, gdyż groziły jej represje. Jedyną dostępną formą była łódź, która tak jak i wielu innych Wietnamczyków, zabrała ich na jedną z malezyjskich wysp skąd zostali wysłani do Kanady. Pod koniec 1979 roku Kim Thúy i jej rodzina przybyli do Granby. Zamieszkali w Quebecu ze względu na znajomość języka francuskiego. Później osiedlili się w Montrealu, gdzie dziewczynka wykształciła się i rozpoczęła karierę zawodową oraz założyła rodzinę. Była krawcową, tłumaczką, adwokatem, prowadziła swoją restaurację, a teraz jest pisarką. Obecnie Kim Thúy ma na swoim koncie już kilka książek. Debiutowała recenzowaną dziś autobiograficzną nowelą „Ru” przedstawiając w niej obraz swojego życia i siebie samej sugestywnie ubierając wszystko w niby prostą formę i niewyszukane słowa. Książka ukazująca życie jako dar została przetłumaczona na 15 języków. Po przeczytaniu nie dziwi mnie to, że po niej pojawiły się następne.

Share

Lip 02

Depesze – przejmujący reportaż z wojny amerykańsko – wietnamskiej …

„Depesze” to reportaż z wojny amerykańsko-wietnamskiej. Recenzja tej relacji jest kontynuacją poprzedniego postu, w którym mowa o „Smutku wojny” Bao Ninha www.zycieipodroze.pl/2018/06/27/smutek-wojny-ofiara-wojny-jest-zawsze-czlowiek/.  W jednej z tych pozycji możemy zobaczyć obraz wojny przedstawiony przez autora wietnamskiego biorącego udział w walkach, a w drugiej relację amerykańskiego pisarza, który był korespondentem wojennym. „Depesze” pokazują wojnę amerykańsko-wietnamską w taki sposób w jaki nikt jeszcze jej nie pokazał. To współczujące świadectwo wojny, lektura nie łatwa, ale potrzebna.

 

 

„Pojechałem na wojnę wiedziony prostackim, choć poważnym przekonaniem,

że trzeba umieć patrzeć na wszystko.

Poważnym, bo wprowadziłem je w czyn, a prostackim,

bo nie wiedziałem – dopiero wojna mnie tego nauczyła – że jesteś tak samo odpowiedzialny

za to, na co patrzysz, jak za to, co robisz”.

 

Michaell Herr w latach 1967-1969 pracował jako korespondent wojenny dla pisma ,,Esquire”. Był świadkiem wojny amerykańsko-wietnamskiej towarzyszącym żołnierzom na linii frontu. W książce „Depesze” opisał wydarzenia, których doświadczył, bądź o których słyszał. Malując językiem okopów obrazy pokazał  portrety ludzi przesiąkniętych wojną. Czynił to  zarówno z punktu widzenia obserwatora, jak i uczestnika wojny doświadczającego tych samych emocji co żołnierze. Kiedy latał Chinookami, czy też maszerował przez dżunglę, krył się przed ostrzałem lub palił marihuanę w obozie, Michael Herr czuł zmiany zachodzące w sobie, jak i  obserwował te zachodzące pośród żołnierzy. Wcale nie jest dziwne to, że po powrocie do kraju cierpiał na depresję. To co przeżył zarówno w czasie pobytu w Wietnamie, jak i po powrocie, doprowadziło do powstania książki, która została uznana za arcydzieło reportażu wojennego.

 

„ Może to była klasyczna sytuacja, może tęskniłem nie do lat sześćdziesiątych,

tylko do swoich dwudziestu paru, ale tęsknić zacząłem, jeszcze zanim którakolwiek z tych dekad się domknęła.

Tamten rok miał taką temperaturę, że wywołał chyba spięcie w całej dekadzie,

i to, co przyszło potem, to była jakaś mutacja, jakiś okropny 1969-X.

Nie chodziło tylko o to, że się starzeję:

czas wyciekał ze mnie, jak gdybym nosił w sobie odłamek amerykańskiej miny przeciwpiechotnej,

od którego można umrzeć, a na rentgenie i tak nic nie wyjdzie.

Hemingway opisał kiedyś, jak leżał ranny i przez chwilę udało mu się zobaczyć własną duszę:

cienka, biała chustka wysunęła się z jego ciała, popłynęła w powietrzu, a później wróciła.

Ze mnie wysuwał się raczej jakiś wielki, szary spadochron, a ja przez pewien czas trwałem w zwieszeniu,

czekając, aż się otworzy – albo i nie.

Moje życie i moja śmierć zmieszały się z życiem i śmiercią tamtych ludzi,

bez przerwy Tańczyłem Jak Ocalały między jednym a drugim, sprawdzając, co mnie bardziej pociąga,

chociaż nie pragnąłem ani jednego, ani drugiego.

W którymś momencie było już tak fatalnie,

że zacząłem myśleć o zabitych jako o tych, którym po prostu oszczędzono potwornego cierpienia”.

 

„Depesze” to prawdziwy majstersztyk i obraz tego, co działo się naprawdę na polach walki i poza nimi. To malowany słowami współczujący reportaż przedstawiający to, czego świadkiem był autor w czasie pobytu w Wietnamie i co postanowił pokazać światu. Pierwszy obraz amerykańskiego żołnierza walczącego w wojnie amerykańsko-wietnamskiej prosto z linii frontu. „Depesze” to relacja prawdziwa, przesiąknięta krwią rozlaną na wietnamskiej ziemi. Obraz drastycznych scen i wydarzeń chwytający za serce. Ukazuje niszczycielskie efekty wojny, szał zabijania i emocje, które temu towarzyszą. Są to strach, hipnotyczne wizje będące nierzadko efektem zażywania narkotyków i wypaczonej wojną psychiki oraz, co zatrważające i niewyobrażalne dla kogoś kto nie doświadczył wojny, surrealistyczne wręcz upojenie wojną. To rodzaj wojennego delirium, z którego już chyba rzadko kto będzie w stanie się wyleczyć. „Depesze” przedstawiają w bardzo obrazowy sposób to, jak wyglądało życie w strefie walk i jaki towarzyszył temu wszystkiemu chaos zarówno na polu walki, jak i w głowach walczących. Wojna, śmierć, chęć przetrwania, sugestywne oskarżenia to codzienność dla nich wszystkich.

 

„Czasem człowiek stawał jak wryty, totalna dezorientacja, zero wskazówek, i myślał:

„Gdzie ja, kurwa, jestem?”,

to był jakiś nienaturalny styk Wschodu z Zachodem, opłacony kalifornijski korytarz w głąb Azji,

który sobie wyrąbaliśmy, a potem już nikt nie pamiętał, po co”.

 

„Depesze” to niezwykle poruszający reportaż, który czyta się ze ściśniętym sercem, nie mogąc się od niego oderwać. W podróży czytelniczej z nim wciąż zadajemy sobie pytanie, jaki jest sens wojny i wszelkich działań z nią związanych? Dlaczego tak wielu musi ginąć, bądź przetrwać i nosić wciąż jej piętno w sobie? Czy wciąż musimy oglądać obrazy wojny przepełnione drastycznymi scenami, obłędem, chaosem, bezsensem i bólem oraz być świadkami koszmarnych i niezrozumiałych decyzji i wydarzeń? Dlaczego pomimo wielu świadectw wojny pokazujących towarzyszące jej zło, cierpienie, okrucieństwo, nieszczęście, gwałt wciąż one mają miejsce. Czy zapominamy o tym, że jej ofiarą jest zawsze człowiek?

Share

Cze 27

,,Smutek wojny” – ofiarą wojny jest zawsze człowiek …

„Smutek wojny” to ocalały rękopis, można rzec rodzaj pamiętnika i jednocześnie autoterapii. Stanowi prawdziwe świadectwo tego, co dzieje się z tymi, których dotyka wojna i jak ogromne spustoszenie ona wywołuje. I pomimo, że towarzyszy jej zło, cierpienie, okrucieństwo, nieszczęście, gwałt, rozpacz, wręcz rodzaj psychozy to słowo „smutek” ma najgłębszy wymiar, oddając to wszystko, a jej ofiarą jest zawsze człowiek.

 

 

„Smutek wojny w sercu żołnierza w dziwny sposób przypomina smutek miłości.

To był ten sam rodzaj nostalgii, jaki spływa na cały świat o zmierzchu.

To była niedola, żal i ból, które kierują myśli ku przeszłości.

Smutku pola bitwy nie da się zazwyczaj odnieść do jakiegoś konkretnego wydarzenia

czy nawet pojedynczej osoby.

Jeśli skupisz uwagę na jednym wydarzeniu, wkrótce zamieni się on w rozdzierający ból.

Toteż szczególnie ważne było, aby nie myśleć, o ile to możliwe, o zmarłych.

A jednak Kien, aż do ostatnich chwil swego życia, będzie pamiętał … ”

 

„Smutek wojny” Bao Ninha to powieść będąca prawdziwym, wstrząsającym obrazem wojny amerykańsko-wietnamskiej. Jest jedynym tego rodzaju świadectwem i retrospekcją tych kilku lat walk, które w znaczący sposób zmieniły niemalże wszystko, przesuwając granice człowieczeństwa i zmieniając przestrzeń znajdującą się w jej zasięgu. Jesteśmy świadkami zarówno makabrycznych, okrutnych scen wojennych, jak i pięknych chwil będących wspomnieniami sprzed wybuchu walk. Powieść jest doskonale skonstruowana i pokazuje jak wojna potrafi zniszczyć człowieka, wpłynąć na jego losy. Nietuzinkowa narracyjność sprawia, że jako jedyna oddaje w niezwykły sposób to czymże dla człowieka jest wojna i co po sobie pozostawia.

 

„Pozostał mu smutek, ogromny, niezmierzony smutek tego, który przeżył. Smutek wojny.”

 

Bao Ninh (Hoàng Ấu Phương), autor powieści, urodził się w 1952 roku w Hanoi. W wieku siedemnastu lat zgłosił się do armii i brał udział w wojnie amerykańsko-wietnamskiej. Na front  wyruszył w 1969 roku i jako jeden z tych, którzy mieli szczęście, jeśli tak można to określić, przetrwał. Spośród członków jego jednostki, czyli 27 Brygady Młodzieżowej przeżyło tylko dziesięć osób, w tym Kien, będący książkowym odpowiednikiem autora. Powrót do Hanoi już po wojnie nie wprowadza spokoju w jego życie, wciąż dręczą go demony, a serce rozdziera „smutek wojny”. Nocą obrazy są najbardziej intensywne, a duch miasta jest bardziej widoczny, co potęguje jego przeżycia.

 

„Duch Hanoi najmocniejszy jest nocą, a już zwłaszcza podczas deszczu.

Jak choćby teraz, kiedy całe miasto wydaje się opuszczone, mokre, samotne, zimne i bardzo smutne.”

 

To sprawia, że Kien czuje ogromną potrzebę pisania. Przelania tego wszystkiego, czego doświadczył, na papier. Jest to bardzo silna potrzeba.

 

„*** „Muszę pisać” – powiedział sobie Kien. Noc po nocy, z postawionym do góry kołnierzem,

ciasno owinięty płaszczem, przemierzał pieszo ciche ulice Hanoi, czyniąc sobie obietnice,

przywołując rozmaite slogany, aby uporządkować swe myśli.

„Muszę pisać! To będzie, jak rozbijanie pięściami granitu,

jak wywracanie samego siebie na lewa stronę i ujawnianie całemu światu wszystkich moich tajemnic” .

„Muszę pisać! Aby uwolnić się od tych diabłów, aby moja udręczona dusza mogła wreszcie odpocząć,

miast pływać w sadzawce wstydu i smutku.”

 

Kien ma potrzebę spisania wspomnień i ukazania obrazu człowieka, żołnierza wracającego z wojny jako jednego z wielu. Co z tym pokoleniem. Czy ono ma jeszcze szansę, aby żyć tak, jak przed wojną, czy jest już stracone?  Pisanie jest mu potrzebne, a z drugiej strony sprawia mu ogromny ból. Czy możliwe, że wraz z zakończeniem rękopisu nadejdzie spokój, czy smutek wciąż będzie zbyt bolesny. Czy Kien potrzebował tej retrospekcji? Może w ten sposób podjął próbę ocalenia swojego pokolenia?

 

Kiedy ją wreszcie napisał, stała mu się zbędna.

Wszelkie diabły, od jakich chciał się uwolnić, zniknęły.

Ta powieść była popiołem po egzorcyzmach, jakie nad nimi odprawił”.

 

Powieść „Smutek wojny” to wstrząsające świadectwo wojny i obraz człowieka, a właściwie tego, co po nim zostaje, gdy ona się kończy. Celowo nie przytaczam opisów przedstawiających przebieg walk, gdyż są one bardzo brutalne, makabryczne i bolesne. Jednakże jednocześnie to one ukazują czym jest wojna i jakie spustoszenie wywołuje. I pomimo wielu słów, którymi można ją określać jedno słowo mieści je w sobie wszystko, spina je klamrą, która brzmi „smutek” … „smutek wojny” …

 

***

 

Zdaję sobie sprawę, że to może nie być propozycja czytelnicza dla Was wszystkich, ale gdy chce się poznać kraj, w którym się mieszka i jego historię to warto się z nią zmierzyć. Jej przekaz jest bardzo istotny i zdecydowanie wpływa na postrzeganie i zrozumienie tego, czego doświadczyli mieszkańcy tej krainy i jakie były konsekwencje wojny amerykańsko-wietnamskiej dla Wietnamczyków z punktu widzenia pojedynczego człowieka. Następna recenzja będzie z kolei dotyczyła również wojny amerykańsko-wietnamskiej, ale tym razem będzie to świadectwo amerykańskiego reportera. Jego oczami zobaczymy to, co wówczas miało miejsce. Czy będzie się to różnić od obrazu, który poznaliśmy w powieści „Smutek wojny” ? Sami odpowiecie sobie na to pytanie.

Share

Cze 22

Gobelin – wietnamska opowieść o miłości, tajemnicach, przetrwaniu i zemście …

„Gobelin” to epicka opowieść o miłości, tajemnicach, przetrwaniu i zemście osadzona w sztywnych realiach obyczajowych Wietnamu początku XX wieku. Jest to niezwykła, chwytająca za serce historia chłopca, która jednocześnie wprowadza nas w zawiłe zakamarki dotyczące życia i niekiedy niezrozumiałych norm obowiązujących zarówno na wietnamskim dworze cesarskim, jak i wśród jego poddanych.

 

 

Co stanie się z dziećmi ropuchy, które złapała złota rybka?

Czy dowiedzą się kiedyś, kim są naprawdę, i uciekną z niewoli?”

 

„Gobelin” przedstawia niezwykłe i zawiłe losy rodziny Kien Nguyena osadzone w realiach wietnamskich pierwszej połowy XX wieku. To swoisty rodzaj pamiętnika dziadka autora, który był hafciarzem gobelinów na dworze ostatniego cesarza Wietnamu. Jego życie było burzliwe i nierzadko brutalne. Przekazał on małemu Kienowi w niemalże bajkowej formie swoją historię, kiedy ten leżał w bambusowej kołysce zawieszonej na sznurach umocowanych pod sufitową belką. Dziadek opowiadał, a babcia nuciła prastare wietnamskie pieśni, grając przy tym na lutni. Te wspomnienia, magia treści i forma przekazu sprawiły, że już jako dorosły człowiek Kien Nguyen zapragnął spisać zasłyszane w dzieciństwie historie. W ten sposób powstał „Gobelin”. Barwna i zarazem okrutna powieść obyczajowa z historycznymi nutami. Opowieść o miłości, oddaniu i zemście. Czyta się ją jak zmyśloną historię, która wcale nie musiała się wydarzyć. Zawiera bowiem w sobie wiele cech typowych dla baśni i bajek. Zło zostaje ukarane, zakochani muszą pokonać wiele przeszkód na swej drodze, aby cieszyć się z bycia razem. Kolorytu tej historii dodają umieszczone w tle opisy realiów życia codziennego Wietnamu początku XX wieku. Nieznane w kulturze europejskiej obyczaje, tryb życia dworskiego, działalność i styl życia mandarynów to dla wielu z nas wciąż orientalna egzotyka, która niewątpliwie zaskakuje. Autor opowieści „Gobelin” opisuje świat, który już bezpowrotnie przeminął.

 

Wietnam, rok 1916, wioska Cam Le, położona nad Rzeką Perfumową. Dan Nguyen ma zaledwie siedem lat, kiedy dochodzi do skutku zaaranżowane przez jego rodzinę małżeństwo. Zostaje on ożeniony z Ven. Dziewczyna jest o 17 lat starsza. Poprzez małżeństwo z Danem staje się tak naprawdę służącą jego rodziny. W dzieciństwie chłopiec doświadcza tragedii, o której Ven nie pozwala mu zapomnieć. Ojciec Dana i jego dwie żony zostają podstępnie zgładzeni przez wroga. Asesor Toan, którego syn piastuje stanowisko burmistrza wioski, zdradza a następnie unicestwia rodzinę Dana. Żona, która jest dla niego jak matka, wciąż powtarza historię rodziny i tego, co ją spotkało, wychowując chłopca w duchu zemsty. Ven poza tym doskonale zajmuje się chłopcem, ale kiedy choruje na malarię szuka dla niego bezpiecznego miejsca. Decyduje się sprzedać go rodzinie Toanów ukrywając jego pochodzenie. Dan zostaje osobistym sługą córki burmistrza Tai May. Wbrew wszystkiemu i wszystkim zakochuje się w ślicznej wnuczce asesora i to z wzajemnością. Dwójkę młodych ludzi łączy głębokie uczucie, ale rozdziela przeszłość i niezabliźnione rany, które doprowadzają do niejednej tragedii. Dan musi uciekać i radzić sobie sam. Dzięki talentowi tkackiemu, który zostaje doceniony, znajduje pracę jako hafciarz na dworze cesarskim w Hue. Jego życie się zmienia, ale on wciąż, mimo upływu lat, nie przestaje myśleć o swojej najdroższej …

 

Historia Dana porusza w niezwykły sposób. Jest przepełniona emocjami i obrazami sprawiającymi, że czujemy się jakbyśmy znaleźli się w centrum wydarzeń. Czyta się ją z niedowierzaniem starając się zrozumieć realia wietnamskie początku XX wieku. Prawdziwe obrazy przenoszą nas tam, a losy bohaterów, miłość, tajemnice przetrwanie, walka o prawdę i zemsta sprawiają, że „Gobelin”, choć napisany dość powściągliwym językiem, wywołuje w nas szereg emocji, które towarzyszą podróży z tą wyjątkową wietnamską opowieścią.

Share

Starsze posty «