Wrz 17

Kon Tum – tam, gdzie ,,nic do zobaczenia … kosztowało naród wszystko,, …

Nazwa Kon Tum pochodzi od nazwy wioski grupy etnicznej Bahnar. W ich języku, kon oznacza „wieś”, a tum oznacza „basen, rozlewisko, sadzawkę”. Przed przyjęciem alfabetu wietnamskiego w latach dwudziestych, używano nazwy 崑 嵩. Kto by pomyślał, że ta ziemia na której obecnie znajdują się pola uprawne z kawą, kauczukiem, tapioką, maniokiem, pieprzem i trzciną widziała tak wiele, a tak naprawdę zbyt wiele. Teraz jest bardzo zielono, a piękne góry mogą zachwycać. Jednak szkody spowodowane czynnikiem „agent orange” są nadal widoczne gdzie nie gdzie w krajobrazie. W niektórych miejscach dopiero od niedawno można cokolwiek uprawiać.

 

 

 

 

Prowincja Kon Tum znajduje się w najbardziej na północ wysuniętym regionie centralnej części Wietnamu, w pobliżu granic z Laosem i Kambodżą. W dużej mierze jest to obszar górzysty. Prowincja położona jest na zachód od gór Truong Son. Na północy wysokość szczytów wynosi przeciętnie od 800 do 1 200 m n.p.m., a wysokość od strony południowej 500-530 metrów. Najwyższą górą w prowincji Kon Tum jest Ngoc Linh Mountain, która mierzy 2598 m n.p.m., a kolejną Ngoc Phan o wysokości 2251 metrów.  Około 50% powierzchni prowincji Kon Tum pokrywają lasy, które są domem dla wielu cennych gatunków roślin i rzadkich okazów ptaków. Znajduje się tutaj mnóstwo rzek, rzeczek, strumyków i jezior, które niewątpliwie stanowią znakomite połączenie krajobrazowe z górami i wzgórzami oraz zadziwiającą zielenią. Poza polami uprawnymi, które są głównym źródłem dochodu mieszkańców, mnóstwo tutaj pastwisk stworzonych do hodowli bydła.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Region Kon Tum jest bardzo zróżnicowany pod względem występowania grup etnicznych.  Większość z nich zachowała tradycyjny styl życia i unikalną, bogatą kulturę, a także język. Większość grup etnicznych mówi również po wietnamsku. Najbardziej znane z nich to Bahnar, Sedang i Jarai, choć dominującą jest zdecydowanie Bahnar. Ich wioski są rozpoznawalne ze względu na znajdujące się w nich charakterystyczne domy, które nazywa się właśnie Bahnar. Są to miejsca, w których spędza się wspólnie czas. Dawniej służyły także do przechowywania ryżu i innych zbiorów. Jednak przede wszystkim do ochrony mieszkańców na przykład przed niebezpiecznymi zwierzętami.  Mogli oni tutaj się schronić lub też wspólnie przesiadywać. Obecnie nadal pełnią funkcję społeczną. Organizowane są tam wesela, ważne spotkania, czy też festiwale.

 

 

 

 

Przemierzając tę zieloną krainę aż trudno uwierzyć, że Prowincja Kon Tum była polem krwawych walk pomiędzy USA a Wietnamem szczególnie w listopadzie 1967 roku oraz między Wietnamem Północnym, a Południowym od maja do czerwca 1972 roku. Dobrze wiedziano, że kto zdobędzie te tereny może wygrać całą wojnę. A dlaczego. Otóż był to niemalże środek wszystkich pól bitewnych. Dla każdej ze stron znaczyło to być, albo nie być. Walczyć i iść dalej po zwycięstwo lub być zmuszonym się wycofać. Najgorsze ataki ogniowe w całej wojnie miały miejsce właśnie tutaj w bitwach o Dak To, a także Kon Tum, Wzgórze Charliego i Wzgórze 875. Nie należy zapominać o znaczeniu FSB – bazy wsparcia ogniowego i Rocket Ridge – łańcuchu obronnym zbudowanym przez USA oraz lotnisku Phoenix Airfield, znany również jako Dak To Base Camp, czy też Dak To II Airfield.

 

 

 

 

Pomyśleć, że gdyby armia północno-wietnamska chciała zaatakować Kon Tum, musiałaby przebić się przez linię ognia Rocket Ridge. I co się wydarzyło? Zrobiła to. Zniszczyła łańcuch obronny, tak starannie wcześniej zaplanowany przez armię amerykańską. Podczas walk liczba osób, które straciły tutaj życie była przytłaczająca. Obie strony poniosły ogromne straty. Ofiar było bardzo dużo, zbyt dużo. Jak mówią miejscowi ziemia Kon Tum opowiada o duchach i bliznach. A najbardziej przykra jest „…ta łatka „nic do zobaczenia”, która według nich „kosztowało naród wszystko… ”. Sama się dziwię, że o tych miejscach mówi się i pisze niezbyt wiele. My postanowiliśmy je zobaczyć, pochylić się nad krwawą historią okolicznych gór, wzgórz i miasteczek. Aż trudno nam sobie teraz wyobrazić, że to o te góry i okoliczne tereny toczyły się tak ważne bitwy, a Prowincja Kon Tum odegrała istotną strategiczną rolę w skali całej wojny.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nasza motocyklowa przejażdżka po prowincji Kon Tum była niezwykła, choć czasami dość trudna. Nie tylko ze względu na fakt toczących się tutaj krwawych bitew w czasie wojny. Raczej bardziej ze względu na jakość dróg lub ich brak. Nie rzadko zmienialiśmy plany właśnie ze względu na nie. Zwłaszcza, że odwiedziliśmy okolice Kon Tum w czasie pory deszczowej, choć w czasie naszej przygody padało rzadko. Jeden raz sięgnęliśmy po deszczówki, a nawet musieliśmy się schronić pod daszkiem u miłej pani, gdyż wraz z burzą spadło bardzo dużo deszczu. Jednakże mijane góry, plantacje, kawy, herbaty, pieprzu, ogromnych pól tapioki, manioku i kauczuku, jeziora i cudne widoki rekompensowały niezbyt dobra infrastrukturę drogową z nawiązką. Spotykani po drodze ludzie znów dowiedli, że im trudniej, im biedniej, tym bardziej serdecznie i gościnnie. Mecz obejrzany w przypadkowym domu, posiłek przygotowany specjalnie, czy chwila zainteresowania, obserwacji i uśmiechów przy najważniejszym domu we wsi, czyli Bahnar. Tak właśnie jest w zakątkach, o których niektórzy piszą, że są położone na końcu świata, a odwiedzający docierają dość rzadko.

 

 

 

 

To była podróż niezwykła. Po niej mogę z całą pewnością powiedzieć, że Prowincja Kon Tum nie zasłużyła na to, aby przypiąć jej łatkę „nic do zobaczenia”. Nie dziwi mnie oburzenie tych, którzy doświadczyli wojny na tych ziemiach i byli świadkami najbardziej krwawych bitew w jej historii. Bo to niby „nic do zobaczenia”, z czym ja się nie zgadzam,  „kosztowało naród wszystko… ”. Dlatego zachęcam do odwiedzania takich miejsc i nie sugerowania się tylko tym, co mówią i piszą inni. Warto posłuchać swojej intuicji i podążać drogą, która nam wydaje się słuszna. Co więcej, to dotyczy chyba nie tylko tego rodzaju podróży, czyż nie? 🙂

Share

Wrz 13

Dziś byłyby Twoje ,,21,, urodziny Adasiu …

Dziś byłyby Twoje ,,21,, urodziny Adasiu – syneczku najdroższy i jedyny  – aniołku nasz ukochany …

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Share

Wrz 11

Da Nang – czy warto? …

Da Nang jest miastem, w którym wiele osób rozpoczyna swoją przygodę z Wietnamem Środkowym. Często jest półmetkiem dla osób, które zwiedzają kraj, gdyż leży w połowie drogi pomiędzy Hanoi, a Ho Chi Minh. Przylatując tutaj można wyruszyć w podróż w każdą niemalże stronę i znaleźć wiele fascynujących oraz magicznych miejsc. Samo miasto, a przede wszystkim jego położenie jest nietuzinkowe. Otoczone morzem i górami ma wyjątkowy mikroklimat. Jest destynacją, która nie jednemu odwiedzającemu przypadnie do gustu. Atmosfera panująca w Da Nang jest z goła odmienna od tego, czego możemy doświadczyć w Hanoi czy też w Ho Chi Minh.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nazwa miasta na przestrzeni dziejów zmieniała się wielokrotnie. Po raz pierwszy została opublikowana w dziele „O Chau Can Luc”  w 1533 roku, gdzie wspomniano o świątyni w porcie morskim Da Nang, w której czczono sławną postać króla Le Thanh Tong. Nazwa miasta w języku Czamów oznacza wielką rzekę” lub główne ujście rzeki”. Da Nang, jak pokazują mapy z XVI wieku,  znajdowało się wówczas obok ważnego portu morskiego na zachodnim brzegu rzeki Han. Inna nazwa, Cua Han, była popularna a w tamtym czasie, zwłaszcza wśród Europejczyków. Między innymi używał jej ojciec Buzomi, europejski jezuita, który przybył do Da Nang i założył tutaj pierwszą wietnamską misję ewangelicką. Tym sposobem powstał kościół w Kean, ziemi położonej u podnóża przełęczy Hai Van Pass. Nazwa Kean była również używana na słynnej mapie autorstwa Alexandre de Rhodes z 1666 roku. Podczas francuskiego kolonializmu Da Nang nazywało się Tourane. W tamtym czasie była to oficjalna nazwa administracyjna. Europejskie mapy, książki i notatki w XVI, XVII i XVIII wieku wymieniały właśnie ją. Da Nang występowało wówczas pod nazwami Turon, Toron, Taraon, Touan, Touane, Touron i Tobourane. Z kolei Chińczycy używali nazwy Hien Cang” co oznacza port z mnóstwem małż” lub port morski z małymi, ale niebezpiecznymi górami. Z kolei przez mieszkańców zatoka Da Nang była nazywana Vung Thung”. Uczeni konfucjańscy nazywali je z kolei iterackimi nazwami Tra Uc, Tra Ao, Tra Son lub Dong Long Loan. Po rewolucji sierpniowej 1945 roku Tourane został nazwane Thai Phien, od znanego rewolucjonisty. Dwa lata później zmieniono nazwę na Da Nang i ta nazwa pozostała do dziś.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Historia miasta jest równie ciekawa, jak i ewolucja jego nazwy. Sięga około 3000 lat. Da Nang ma kilka miejsc, które mogą zainteresować entuzjastów historii. Zapewne perełką jest Museum of Champ Sculpture, o którym pisałam we wpisie www.zycieipodroze.pl/2018/09/08/najwieksza-na-swiecie-kolekcja-artefaktow-czamow-museum-of-cham-sculpture/. I pomyśleć, że założyciele Królestwa Czamów pochodzili z Indonezji. Okupowali znaczną część środkowego Wietnamu aż do 1300 roku. Ekspansja Wietnamczyków z północy doprowadziła do całkowitego upadku imperium do połowy 1400 roku. Pozostały po nich liczne budowle, świątynie i artefakty. Nieliczni potomkowie nadal zamieszkują w tych okolicach. Poza Museum of Champ Sculpture warto odwiedzić My Son, o którym słów kilka zamieściłam przy okazji postu o Hoi An. Jakiś czas po tym, jak Wietnamczycy ostatecznie osiedlili się na ziemi niegdyś zajmowanej przez Królestwo Czamów, przybyli tutaj też w XVII i XVIII pierwsi Europejczycy. Wówczas to Hoi An było znacznie większym portem niż Da Nang, więc pierwsi kupcy i misjonarze z Portugalii, Hiszpanii i Francji tam gościli. Miało to miejsce do roku 1835, kiedy to cesarz Minh Mang zakazał statkom europejskim używania wszystkich portów wietnamskich poza Da Nang. W rezultacie port szybko stał się największym portem handlowym w regionie. W 1847 roku Francuzi rozpoczęli dziesiątki lat ciągłych ataków na Wietnam. Kontynuowali swą ekspansję Indochin. Lokalny opór trwał przez całą drugą połowę XIX wieku. Zwłaszcza siły wietnamskie pod dowództwem generała Nguyena Tri Phuonga walczyły dzielnie. Nawet zdołały opóźnić podbój Francuzów w lokalnej bitwie w 1859 roku. Jednak ci wkrótce zdobyli kontrolę nad kilkoma prowincjami. W 1889 Da Nang został przemianowany na Tourane i stał się jednym z pięciu największych miast w Indochinach. W latach dwudziestych Francuzi zbudowali luksusowy kurort na wzgórzach z widokiem na Da Nang. Stacja Ba Na Hill szybko stała się popularna zarówno wśród Francuzów, jak i zamożnych Wietnamczyków. Obecnie powstało tam niezwykłe miejsce, o którym napisałam artykuł www.zycieipodroze.pl/2018/08/14/ba-na-hills-czy-to-na-pewno-wietnam/. Da Nang w czasie wojny amerykańsko-wietnamskiej służyło jako baza amerykańska. Między bitwami żołnierze odpoczywali na tutejszych plażach. Jednak 29 marca 1975 roku Wietnamska Armia Ludowa przejęła całkowitą kontrolę nad lotniskiem Danang i miasto zostało wyzwolone. Po uzyskaniu całkowitej niepodległości starano się odbudować miasto. Całkowitej renowacji dokonano  w 1986 roku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Obecnie Da Nang jest czwartym (niektóre źródła podają, że piątym) co do wielkości miastem w Wietnamie i szybko się rozwija. Słynie z długiej linii brzegowej, która rozciąga się na ponad 30 kilometrów, piaszczystych plaż i mnóstwa interesujących miejsc dookoła, w tym wiele zabytkowych o dużym znaczeniu archeologicznym, kulturalnym i religijnym. Spoglądać na nie można równie dobrze z lotu ptaka, z przełęczy Hai Van Pass, czy też gór Ba Na i Wzgórz Marmurowych, o których mowa we wpisie www.zycieipodroze.pl/2018/08/17/marble-mountains-wyjatkowe-wzgorza-pieciu-zywiolow/. Poza tym wybudowano tutaj piękne mosty, które są ozdobą miasta. Dragon Bridge, Tran Thi Ly Bridge, czy Han River Bridge olśniewają zwłaszcza wieczorową i nocna porą. Liczne świątynie, nie tylko Pagoda Linh Ung, czy Lady Budda, o których mowa w poście www.zycieipodroze.pl/2018/09/06/pagoda-linh-ung-i-lady-budda/ są kunsztownie wykonane i chętnie odwiedzane. Z racji długiej linii brzegowej Da Nang znane jest także ze sportów wodnych, a także wędkarstwa i rybołówstwa. Tutejsze plaże są białe i szerokie, czym przyciągają turystów. Jest ich wiele zatem możliwości wyboru też są duże. Najbardziej znane to My Khe Beach, Non Nuoc Beach, Bac My An Beach, Thanh Binh Beach, Lang Co Beach, Bai Bac, Tien Sa, Con Beach i wiele innych. Niektóre położone są w samym mieście, inne nieco dalej. Ja odwiedziłam również Botanical Garden-Tinh Vien Son Tra. Poza licznymi atrakcjami w Da Nang znajdziemy bogatą ofertę kulinarną pochodzącą z różnych stron świata, a nie tylko z Wietnamu. Restauracji, kawiarenek i barów jest bardzo dużo. Dla dzieci małych i dużych otworzono Park Rozrywki, czyli Asia Park-Sun World Danang Wonders. Naprawdę jest w czym wybierać. A gdy już nam się tutaj znudzi to w bardzo łatwy sposób możemy przemieścić się z Da Nang do Hoi An, o którym mowa we wpisie www.zycieipodroze.pl/2016/03/04/historyczne-hoi-an-i-jego-cudowne-okolice/, czy też do Hue, o którym znajdziecie słów kilka w poście www.zycieipodroze.pl/2016/04/19/hue-cesarskie-miasto-w-srodkowym-wietnamie/.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Da Nang to niewątpliwie miasto, które warto odwiedzić. Zarówno ono samo, ze swoją historią, jak i okolica ma nam bardzo wiele do zaoferowania. Tutaj każdy znajdzie wyjątkowe atrakcje dla siebie i swoich bliskich. Czy lubimy spędzać czas aktywnie, czy też biernie, możliwości wyboru nie zabraknie. Ja uwielbiam Da Nang ze względu na położenie między morzem i górami, a także bliskością do miejsc, które mnie zachwyciły, bowiem stąd można wyruszyć w każdą stronę i znaleźć interesujące zakątki. I pomyśleć tylko, iż samolotem możemy tutaj dotrzeć w godzinę zarówno z Hanoi, jak i z Ho Chi Minh.

Share

Wrz 08

Największa na świecie kolekcja artefaktów Czamów, czyli Museum of Cham Sculpture …

Odwiedzając Da Nang dowiedziałam się, że największa kolekcja artefaktów Czamów została zgromadzona w tutejszym muzeum, czyli Museum of Cham Sculpture. Położone na rogu ulic Bach Dang i Trung Nu Vuong, w pobliżu rzeki Han,  jest ono dumą obywateli. Kolekcja jest największą na świecie i koniecznie trzeba ją zobaczyć, kiedy odwiedza się tę część Wietnamu. Ja po podziwianiu Marble Mountain, o których mowa we wpisie www.zycieipodroze.pl/2018/08/17/marble-mountains-wyjatkowe-wzgorza-pieciu-zywiolow/ oraz różnych świątyń w tym największej pagody i Lady Buddy, o której napisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2018/09/06/pagoda-linh-ung-i-lady-budda/ udałam się do Museum of Cham Sculpture. I cóż, największa kolekcja artefaktów Czamów zrobiła na mnie wrażenie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Museum of Cham Sculpture mieści się w budynkach, w których kolonialna architektura łączy się z charakterystycznymi elementami występującymi w Królestwie Czamów.   Muzeum zostało założone w 1915 roku przez École Française d’Extrême Orient. Oficjalna inauguracja nastąpiła w 1919 roku. EFEO – skrót odÉcole Française d’Extrême Orient, to collage stowarzyszony z Université de recherche Paris Sciences et Lettres we Francji i Paris Sciences & Lettres Research University w Anglii. Zajmuje się badaniem społeczeństw azjatyckich. Został założony w 1900 roku w ówczesnych Indochinach, a siedzibę umieszczono w Hanoi. Po uzyskaniu niepodległości przez Wietnam jego siedzibę przeniesiono do Paryża. Gównymi dziedzinami badań są archeologia, filologia i badania współczesnych społeczeństw azjatyckich. Stąd duży wkład EFEO w poznawanie także kultury Czamów. Wracając do Museum of Cham Sculpture, to pierwszy raz odnowiono je i powiększono w 1936 roku. Następnie rozbudowano je w latach 2002-2004 zapewniając większą przestrzeń, tak aby największa kolekcja artefaktów mogła się zmieścić. Jednocześnie charakter oryginalnej architektury został dobrze zachowany.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Największa kolekcja artefaktów Czamów znajdująca się w muzeum w Da Nang zawiera niezwykłe i nierzadko jedyne rzeźby i inne dzieła. Tych, które możemy oglądać jest około 500. Ponadto około 1500 jest bezpiecznie przechowywanych. Wszystkie pochodzą z okresu od V do XV wieku. Możemy podziwiać ołtarze Czamów, lingasy, czyli stylizowane fallusy, artefakty przedstawiające Shivę, garudy, czyli istoty niebiańskie, apsaras znane jako niebiańskie nimfy, Ganeshes a także obrazy Shivy, Brahmy i Wisznu. Pochodzą  one z różnych miejsc. Między innymi z Dong Duong, Khuong My, My Son, Tra Kieu i innych zakątków Wietnamu. Posegregowano je dla łatwiejszego zrozumienia według miejsc, w których je odnaleziono oraz okresów, z których pochodzą. Ponadto możemy podziwiać eksponaty poświęcone współczesnej kulturze Czamów. Większość rzeźb znajdujących się w Museum of Cham Sculpture to artefakty oryginalne. Powstały one głównie z piaskowca, terakoty, a także miedzi. Dzieła są piękne, a kreatywność starożytnych artystów żyjących w Królestwie Czamów, którzy wyrzeźbili ponadczasowe arcydzieła, może zadziwić nie jednego z nas.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Największa kolekcja artefaktów Czamów znajdująca się w Da Nang jest imponująca. Warto ją zobaczyć, by móc podziwiać cenne wartości kulturowe Królestwa Czamów i doceniać kunszt tworzących je artystów. Przyznam, że osobiście po odwiedzeniu Museum of Cham Sculpture zaczęłam bardziej interesować się tym tematem. Obecnie jestem na etapie zapoznawania się z nią poprzez szukanie i czytanie różnych publikacji na ten temat. Znalazłam nawet jedną napisaną w języku polskim. Zapewne wspomnę o niej, kiedy zakończę moją czytelniczą podróż z nią. Wracając do tematu, tych, którzy w Da Nang zachęcam do tego, aby odwiedzili Museum of Cham Sculpture, bo największa na świecie kolekcja artefaktów Czamów jest tego warta.

Share

Wrz 06

Pagoda Linh Ung i Lady Budda …

Pagoda Ling Ung i słynna Lady Budda usytuowane są na półwyspie Son Tra. Same w sobie są interesującą atrakcją, a cały kompleks jest największą świątynią w okolicy. Poza tym  rozciąga się stąd przepiękny widok na Da Nang. Panorama miasta wygląda stąd zjawiskowo. Co jest rzadkością w Wietnamie Pagodę Linh Ung i Lady Buddę można podziwiać także wieczorem.

 

 

Już z daleka widoczna Pagoda Ling Ung, a zwłaszcza Lady Budda, przyciąga niemalże wszystkich odwiedzających Da Nang. Kiedy widoczność jest doskonała to wyjątkowe miejsce można już ujrzeć z daleka i to z różnych stron. Nawet odwiedzając Ba Na Hills, o którym mowa w poście www.zycieipodroze.pl/2018/08/14/ba-na-hills-czy-to-na-pewno-wietnam/, widzieliśmy je pomimo znacznej odległości, czy to spacerując na szczycie, czy też przemieszczając się górską kolejką linową. Kompleks został zbudowany w XVIII wieku podczas panowania cesarza Ming Manga.

 

 

Legenda głosi, że mieszkańcy półwyspu zobaczyli buddyjską statuę dryfującą w dół rzeki do lokalnej plaży. Uznawszy to za dobry omen, nazwali miejsce, w którym posąg osiadł na mieliźnie Bai But, co oznacza dosłownie sanktuarium Buddy na ziemi. Zbudowali tam wówczas małą pagodę. Otwarcie świątyni w obecnej  wersji, dla odwiedzających, po 6 latach budowy, miało miejsce w 2010 roku.

 

 

 

 

Biały posąg bogini miłosierdzia patrzy na morze i port łagodnymi oczami. Według wierzeń chroni miejscowych rybaków, dając im siłę do połowów, walki z falami i wiatrami. Pagoda Linh Ung jest świątynią, w której można podziwiać idealne połączenie nowoczesnej i tradycyjnej architektury wietnamskiej, szczególnie w bramie trójdrzwiowej, w głównej komnacie i w domu przodków. Otaczające ją ogrody, liczne posągi Buddy ilustrujące fascynujące mity, legendy, a także historię buddyzmu, są niezwykłe. Spacerując pośród nich wyczuwa się niezwykły spokój i wyjątkową harmonię. Kamienne schody i piękna brama prowadzą na szeroki dziedziniec. Po pokonaniu ich, oczom naszym ukazują się cudne drzewa bonsai i 18 dużych białych kamiennych posągów przedstawiających 18 Arhatów, związanych z duchowymi rytuałami, które wyrażają miłość, nienawiść, smutek, gniew i radość. Cały dziedziniec jest imponujący i idealnie symetryczny.

 

 

 

 

Jednak najbardziej widoczną i spektakularną częścią kompleksu jest najwyższy w Azji Południowo-Wschodniej posąg Bodhisattwy Awalokiteśwary – Bogini Miłosierdzia. Lady Budda ma wysokość 67 metrów, a średnica samego lotosu aż 35. W jej wnętrzu znajduje się 21 małych rzeźb Buddy. Rozmieszczono je na 17 piętrach. Jest to przykład architektury buddyzmu Phat Trung Huu Phat. Z wyżej wymienionych pięter można  zobaczyć całe miasto Da Nang, plaże, morze i  wyjątkowe Marble Mountains, o których pisałam we wpisie www.zycieipodroze.pl/2018/08/17/marble-mountains-wyjatkowe-wzgorza-pieciu-zywiolow/. Widok jest niezwykły, a błękit nieba potęguje doznania.

 

 

Pagoda Linh Ung stała się miejscem kultu, a także działalności, nauki buddyjskich mnichów i mniszek. Jest to również miejsce, które często odwiedzają turyści. Mówi się, że tutaj spotyka się niebo z ziemią i z ludzkim sercem. Ja dotarłam tutaj idąc spacerem brzegiem morza z Da Nang, gdzie spędzaliśmy czas. Można także, co jest znacznie prostsze, podjechać skuterem, motocyklem, taksówką, czy też autobusem. Jeśli ktoś preferuje wybór oferty biur turystycznych, to w Da Nang jest ich sporo.

 

 

Pagoda Linh Ung i Lady Budda są niezwykłe. Otocza je wyjątkowa aura mistycyzmu i spokoju, a harmonia całości jest zaskakująca. Mnie jednak najbardziej urzekły widoki, które mogłam stad podziwiać. Uwielbiam bowiem spoglądać na panoramę całej okolicy rozpościerającą się przede mną. Zwłaszcza gdy idealnie łączy ona elementy nieba, morza, ziemi i zabudowań. To połączenie jest fascynujące, magiczne i piękne niezwykle.

Share

Sie 27

Vung Tau – wietnamskie miasto nadmorskie z bogatą historią …

Ostatnio dość często bywaliśmy w Sajgonie i wybraliśmy się do Vung Tau, aby na chwilę odpocząć od tegoż wielomilionowego miasta. Jest to kurort położony nad Morzem Południowochińskim do którego można dotrzeć najszybciej z Ho Chi Minh City. Aby udać się do Mui Ne, czy Nha Trang potrzeba już więcej czasu. Vung Tau cieszy się spektakularną lokalizacją na półwyspie otoczonym z trzech stron oceanem. Nadaje mu to wyjątkowego charakteru i sprawia, że mikroklimat  jest tutaj wyjątkowy.

 

 

 

 

Vung Tau położone jest w południowym Wietnamie w prowincji Ba Ria-Vung Tau. Było stolicą prowincji, dopóki nie zostało zastąpione przez znacznie mniejsze miasto Ba Ria 2 maja 2012 roku. Historia miasta jest bardzo interesująca. W XIV i XV wieku przylądek na którym obecnie położone jest Vung Tau był portem, do którego regularnie podróżowały europejskie statki handlowe. To właśnie one zainspirowały twórców, aby nadać temu miejscu nazwę Vung Tau od kotwic rzucanych przy jego brzegach. Z kolei francuskie władze panujące w Indochinach nazywały to miejsce Cap Saint Jacques. Obecnie Vung Tau nosi także nazwę Mui Nghinh Phong, co oznacza Przylądek Powitania Wiatru. Choć inna koncepcja głosi, że miejsce to pierwotnie nazywało się Tam Thang, co oznacza Trzy Łódki. A to na cześć pierwszych trzech wsi położonych na tym terenie, czyli Thang Nhat, Thang Nhi i Thang Tam. Znajdowały się one w prowincji Bien Ho za panowania dynastii Nguyen. Za panowania króla Gia Long (1761-1820), piraci malajscy zbudowali tutaj bazę. Jednak kiedy  stali się zagrożeniem dla kupców w mieście król wysłał swoją armię, aby ich wypędzić. Piraci zostali usunięci, a żołnierze otrzymali w nagrodę ziemię. Z kolei 10 lutego 1859 roku po raz pierwszy użyto armat przez armię. Wystrzelono wówczas z niej do francuskich okrętów wojennych z twierdzy Phuoc Thang, położonej 100 metrów od Frontowej Plaży Vung Tau. To był ważny okres w wojnie wietnamskiej przeciwko francuskim najeźdźcom w Wietnamie Południowym, nazywanym wówczas Kochinchina (Cochinchina-nazwa nadana przez Portugalczyków). W 1876 roku, zgodnie z dekretem rządu francuskiego, Vung Tau zostało przyłączone do okręgu Ba Ria z administracją w Sajgonie. 1 maja 1895 roku Gubernator Cochinchina ustanowił Cap Saint Jacques miastem autonomicznym. Jednakże już w roku 1898 miasto po raz kolejny połączyło się ono z okręgiem Ba Ria,  choć nie na długo. Raz je rozdzielano, raz łączono.

 

 

 

 

W 1901 roku liczba zamieszkujących Vung Tau wynosiła 5 690. Aż 2000 osób było imigrantami z północnego Wietnamu. Większość mieszkańców miasta utrzymywała się z rybołówstwa. W dniu 4 kwietnia 1905 roku został utworzony okręg administracyjny prowincji Ba Ria, a w 1929 to Cap Saint Jacques stało się prowincją, prawa miejskie uzyskując w 1934 roku. Podczas wojny wietnamsko-amerykańskiej w Vung Tau stacjonowały jednostki armii australijskiej i amerykańskich. Z kolei  po wojnie wyruszały stąd łodzie z uciekinierami wietnamskimi, którzy opuszczali wówczas kraj. 30 maja 1979 roku miasto Vung Tau zostało stolicą Vung Tau-Con Dao, czyli Specjalnej Strefy Administracyjnej. 12 sierpnia 1991 roku została oficjalnie założona prowincja Ba Ria-Vung Tau, a miasto definitywnie  utrzymało nazwę Vung Tau. Także jak widzicie to na pozór niepozorne miasto miało bardzo bogatą historię. Znajdowało się w centrum wszelkich zawirowań politycznych, wojen i przemian.

 

 

 

 

Obecnie znaczenie miasta jako portu żeglugowego zmniejszyło się. Jednak nadal odgrywa ono znaczącą rolę w wietnamskim przemyśle naftowym. Vung Tau jest centrum wydobycia ropy naftowej w Wietnamie. Działalność wydobywcza ropy naftowej i gazu ziemnego dominuje w gospodarce miasta. Stanowi tym samym  główny dochód. Ponadto Vung Tau jest turystycznym i handlowym centrum prowincji Ba Ria-Vung Tau. Samo miasto jest bardzo rozłożyste. Jego długość szacuje  się na 14 kilometrów, a szerokość około 6. Vung Tau jest jednym z  tych miejsc w Wietnamie, które oferują plaże. Choć te tutaj nie są zbyt  imponujące. Miasto ze względu na swoje położenie zaledwie 125 km od Ho Chi Minh jest atrakcją dla osób mieszkającym w nim. Vung Tau ma tylko dwie pory roku. Pora sucha, która trwa od końca października do kwietnia i pora deszczowa  przeważnie rozpoczynająca się w maju i trwająca do października. Tak naprawdę kąpać można się praktycznie cały rok obserwując i dostosowując się tylko do pory przypływów i odpływów, które są tutaj widoczne gołym okiem.

 

 

 

 

W Vung Tau można poza pobytem nad morzem i korzystaniem z jego uroków odwiedzić wiele interesujących miejsc. Znajdują się pośród nich liczne pagody i świątynie. Zważywszy na to, że tutaj religią dominującą jest Buddyzm jest to całkiem normalne. Zresztą jak i niemalże w całym Wietnamie. Wcześniej mieszkający tutaj Khmerzy praktykowali nieco inną odmianę Buddyzmu. Ten obecny rodzaj został zapoczątkowany już w XVII wieku wraz z przybyciem wietnamskich osadników z północy podczas ekspansji władców dynastii Nguyen. Świątynie Thich Ca Phat Dai i Niet Ban Tinh Xa przyciągają pielgrzymów niemalże z całego kraju. Mieści się też tutaj sporo kościołów katolickich, a na wyróżnienie zasługuje niewątpliwie Chrystus Vung Tau. Jest to ogromny posąg zbudowany przez mniejszość katolicką wietnamską. Znajduje się on na południowym krańcu Małej Góry i spogląda z niej na całą okolicę. Projekt został ukończony w 1974 roku. Wysokość pomnika wynosi 32 metry, a szerokość mierzona rozpiętością wyciągniętych ramion Chrystusa osiąga 18,4 metra. Jest to jeden z najwyższych posągów Chrystusa w Wietnamie, a nawet ponoć w całej Azji.

 

 

 

 

Kolejną atrakcją jest Latarnia Vung Tau usytuowana na szczycie Małej Góry. Po raz pierwszy została ona wybudowana w 1907 roku na dolnym szczycie góry, ale niestety spłonęła po zajęciu się od nafty z lampy. Tą obecną wybudowano w 1911 roku i usytuowano wyżej. Latarnia ma 3 metry średnicy oraz 18 metrów wysokości i rzuca światło na odległość około 65 kilometrów. Wyposażona w teleskopy doskonale służy zarówno do śledzenia, jak i nakierowywania statków na właściwy kurs. Obok niej znajdują się 4 stare armaty francuskie. Mają długości około 10 metrów i  ważą kilka ton. Dawniej były używane do obrony obszaru Vung Tau przed atakami morskimi. Z Latarni można podziwiać panoramę całej okolicy, która prezentuje się wyjątkowo z tegoż miejsca.

 

 

 

 

Kolejną atrakcją jest Villa Blanche, czyli White Palace, zbudowana przez Francuzów. Służyła jako letnia rezydencja francuskiego gubernatora generalnego Paula Doumera. Budynek został nazwany Villa Blanche na cześć jego ulubionej córki. Villa Blanche znajduje się na Wysokiej Górze i położona jest na wysokości 50m nad poziomem morza. Zewnętrzne ściany ozdobiono ornamentami i greckimi posągami. Z balkonu roztacza się panoramiczny widok na plaże i morze. W White Palace obecnie wystawiane są antyki zebrane z Cau Islet-Con Dao. Jest ona tym samym miejscem kultury i przyciąga wielu turystów każdego dnia. Jednakże poza świątyniami, posągiem Chrystusa, Latarnią Morską, Muzeum Armii, Parkiem Rozrywki Ho May Park Vung Tau do którego można dotrzeć kolejką linową i słynną willą, warto tutaj być przede wszystkim ze względu na niezwykłe widoki rozciągające się dookoła. Wspinając się chociażby na najmniejsze wzniesienie możemy je podziwiać w całej rozciągłości. Panorama jest wyjątkowa, niemalże jak z obrazka. Liczne plaże, choć może nie bardzo imponujące przyciągają również turystów. Można skorzystać z promieni słonecznych opalając się, spacerując lub kąpiąc się w morzu. Zielony park położony nad morzem też sprawia, że mamy ochotę zatrzymać się w nim na chwilę. Oferta restauracyjna jest bardzo bogata. Znajdziemy tutaj bowiem wiele restauracji, knajpek i barów z widokiem na morze, w których skosztujemy różnych specjalności. Nas zachwyciła kuchnia włoska zaproponowana w  ,,David Pizzeria,, w porze lunchu. Z kolei wieczorem lokalne i świeże owoce morza podawane pod różną postacią w Lan Rung Restaurant. Bogata oferta hotelowa również zachęca, aby tutaj zatrzymać się choć na jakiś czas.

 

 

 

 

W Vung Tau odbywają się też różnorodne festiwale takie jak: Festiwal Wielorybów, Festiwal Latawców, Światowy Festiwal Żywności i inne. Czyni to miasto jeszcze bardziej atrakcyjnym. I choć może to nie jest mój faworyt na spędzenie czasu nad morzem, gdyż bywałam w miejscach, które bardziej przypadły mi do gustu, to niewątpliwie warto tutaj zajrzeć na kilka chwil. Dla osób mieszkających w Sajgonie to miejsce może okazać się doskonałym pomysłem, gdy zechcą odpocząć od codzienności w wielomilionowym mieście. W zaledwie 2-3 godziny mogą bowiem znaleźć się nad morzem i cieszyć się wyjątkowym mikroklimatem jakże różnym od tego sajgońskiego. Jednak według mnie Vung Tau to przede wszystkim wietnamskie miasto nadmorskie z piękną panoramą i bogatą historią, która nie jednego z nas może zainteresować.

Share

Sie 17

Marble Mountains – wyjątkowe wzgórza pięciu żywiołów …

Zaledwie 10 kilometrów od Da Nang położone są Marble Mountains, czyli wyjątkowe wzgórza pięciu żywiołów. Jak to w Wietnamie bywa z tymi niewielkimi Górami Marmurowymi wiąże się również legenda. Głosi ona, iż pewnego dnia z morza wynurzył się smok, który złożył na plaży Non Nuoc jajo. Minęło tysiąc dni i tysiąc nocy. Wówczas jajo  pękło. Wyszła się z niego piękna dziewczyna. Pozostałe fragmenty skorupki połączyły się z piaskiem z plaży i powstał zalążek gór, które ostatecznie wyrosły na pięć mistycznych Marble Mountains. Góry Marmurowe odegrały nie jednokrotnie znacząca rolę w historii kraju. Odwiedzając Da Nang, czy Hoi An warto je zobaczyć, aby poczuć ich wyjątkowość. Niepozornie wyglądające z zewnątrz mogą nas zaskoczyć swoją nietuzinkowością przy bliższym poznaniu.

 

 

 

 

 

 

Marble Mountain to pięć wapienno-marmurowych wzgórz, których poszczególne nazwy zaczerpnięto od żywiołów. Kim Son  to góra metalu, Moc Son – góra drewna, Thuy Son – góra wody, Hoa Son – góra ognia, Tho Son – góra ziemi. Ogólną nazwę nadali im Francuzi po zbadaniu z czego zbudowane są Marble Mountain. Tworzy je mieszanka wapienia i marmuru powstałego w wyniku przeobrażeń metamorficznych. Góry Marmurowe położone są na terenie wioski Non Nuoc. Słynie ona z licznych warsztatów rzemieślniczych wytwarzających wyjątkowe rękodzieła w postaci rzeźb z marmuru o przeróżnych formach i wielkościach, a także drobniejsze formy artystyczne, jak i biżuterię. W przeszłości jako materiał to tworzenia służyły skały uzyskiwane bezpośrednio z Gór Marmurowych. Obecnie takie wydobycie stało się nielegalne, a materiały do ​​rzeźbienia są transportowane z pobliskich prowincji Quang Nam i Thanh Hoa.

 

 

 

 

 

 

Góry, czy raczej wzgórza, są połączone skomplikowanym systemem tuneli i jaskiń utworzonych przez erozję, wodę i upływ czasu. Wykorzystywano je  jako schronienie przez wietnamskich rewolucjonistów. Wewnątrz Marble Mountain znajduje się wiele jaskiń i świątyń buddyjskich powstałych z tutejszych naturalnych składników. Często odwiedzają je pielgrzymi przybywający z różnych stron. Najwyższą i najbardziej znaną z Marble Mountain jest  Thuy Son, którą możemy zwiedzać i podziwiać z bliska. Choć z dołu nic na to nie wskazuje kryje ona wiele sekretów, które poznajemy wspinając się krok za krokiem w górę po schodach, których jest 156.

 

 

 

 

 

 

Warto wspiąć się na szczyt Thuy Son samodzielnie, choć możliwe jest też skorzystanie z windy. Ja wybrałam spacer, gdyż taką formę preferuję, gdy tylko jest to możliwe. Napotykane świątynie buddyjskie i hinduskie Tam Thai, Tu Tam i Linh Ung oraz pagoda Pho Dong, duży Buddha, a także  jaskinie mogą zaskoczyć formą. Znajdują się w nich rzeźby i płaskorzeźby przedstawiające sceny religijne wykute w marmurze. Z kolei rozciągający się z niej przepiękny widok panoramiczny, na całą okolice i pozostałe wzgórza z górami i morzem w tle możliwy do zobaczenie tylko w niektórych punktach, może zadziwić. Na górę wchodzi się jedną stroną, a schodzi drugą. Mówi się, że jedna z nich jest drogą do nieba, a druga do piekła. Podświadomie czujemy się spokojniej w części nieba, a piekło wyzwala nieco mroczne myśli. Nic dziwnego skoro było to ponoć miejsce tortur. 

 

 

 

 

 

 

Góra Wody jest jednak przede wszystkim domem dla pagód z XVII wieku, do których prowadzi przejście przez bramę Tam Quan. Znajduje się tam także wiele jaskiń. Riverview Tower pochodzi z XVIII wieku, czyli z czasów panowania cesarza Minh Mang. Spacerując w górę i w dół Thuy Son czuje się ducha czasów. Połączenie przeszłości i teraźniejszości oraz wyjątkowego mistycyzmu jest wyraźnie odczuwalne. Van Nguyet Grotto jest przyjemnym miejscem odpoczynku. Można tutaj napić się świeżej wody kokosowej, która zwłaszcza w upalny dzień doskonale gasi pragnienie. Warto również zobaczyć Jaskinię Lantern, niewielką, ale głęboką i wypełnioną lawą oraz jaskinią Am Phu, która prowadzi do bardzo malowniczego punktu widokowego.

 

 

 

 

 

 

Niektóre jaskinie otulone są dość intensywnym zapachem kadzideł unoszących się w powietrzu. Pomyśleć tylko, że ich ściany służyły jako obrona przed pociskami podczas wojny amerykańsko-wietnamskiej. W jaskini Huyen Khong jedna z dużych dziur w suficie powstała, kiedy spadła tutaj bomba. Wewnątrz niej znajduje się wiele świątyń, strażników świątynnych i posągów Buddhy, a na suficie wciąż znajdują się stalaktyty. Z boku jaskini można zauważyć dwa małe stalaktyty, które uważane są za piersi. Jeden kapie, podczas gdy drugi jest suchy. Według legendy, gdy cesarz Tu Duc wszedł i dotknął jednego ze stalaktytów, przestał on kapać i tak już pozostało.

 

 

 

 

 

 

Wietnam to legendy, bogata historia i przepiękne krajobrazy. Wyjątkowe, choć niewielkie Marble Mountains, czyli wzgórza pięciu żywiołów, w których można doświadczyć nieba i piekła, są niewątpliwie jednym z istotnych miejsc, które warto zobaczyć. Zatem nie omijajcie ich odwiedzając Da Nang i jego okolicę, gdyż dopiero spacerując tam poczujecie nietuzinkowość tegoż miejsca. Niepozorne z daleka, a wyjątkowe przy bliższym poznaniu. Takie właśnie są Marble Mountains.

Share

Sie 14

Ba Na Hills – czy to na pewno Wietnam? …

Kiedy ujrzysz Ba Na Hills to zadajesz sobie pytanie, czy to na pewno Wietnam? Po naszych motocyklowych wojażach do różnych cudnych zakątków wietnamskiej krainy jakże to było inne doświadczenie. Do tej pory poznawaliśmy ten kraj zarówno od strony większych miast, małych wiosek, a nawet terenów nie zamieszkanych z typowymi dla nich zabudowaniami, jak i tego, co je otacza. Tym razem poczuliśmy się jakbyśmy się znaleźli gdzieś tam w Europie. W ciągu dnia we Francji z jej typową architekturą, a nocą za sprawą mgły otulającej Ba Na Hills, niczym w Anglii towarzysząc Sherlockowi Holmesowi w rozwiazywaniu zagadek kryminalnych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ba Na Hills to jeden z najnowszych i najbardziej ekscytujących projektów w Wietnamie. Tworzy go kompleks górski, który wygląda jak średniowieczny zamek wraz z okalającymi go murami i budynkami pochodzącymi z tego okresu. Jednakże wewnątrz solidnych, kamiennych murów znajdują się nowoczesne hotele z przyjemnymi pokojami, różne restauracje i mnóstwo innych miejsc z atrakcjami. Wspaniałej przygodzie z tym fantazyjnym miejscem towarzyszą piękne widoki. To tutaj możemy podziwiać zarówno krajobraz górski, jak i morski, gdyż na wysokości Da Nang łączą się one ze sobą.  

 

 

 

 

 

 

Ba Na Hills to stacja górska i położony wokół niej ośrodek. Zlokalizowano je w górach Trường Sơn, 42 kilometry na zachód od miasta Da Nang, w centralnym Wietnamie. Stacja została założona już w 1919 roku przez francuskich kolonialistów. Wówczas w kurorcie znajdowało się 200 willi, ale pozostało z nich tylko kilka ruin. Stacja górska znajduje się obecnie na wysokości 1485 metrów. Imponujący system kolei linowej oddany w 2013 roku tworzą trzy linie kablowe: Mo Stream – Ba Na, Debay – Morin, wodospad Toc Tien – L’Indochine. Łącznie 201 wagoników, którymi może podróżować  3000 pasażerów na godzinę. Zwłaszcza linia wodospad Toc Tien – L’Indochine jest imponująca. Jest uznawana za jeden z najdłuższych na świecie pojedynczy system kolejki linowej. Ma długość 5801 metrów i najwyższą światową różnicę między stacją wsiadkową i wysiadkową 1368 metrów, bijąc tym samym różne Rekordy Guinnessa. Widoki z kolejek zapierają dech w piersiach.

 

 

 

 

 

 

Poniżej dla lepszej orientacji zamieszczam mapę, aby łatwiej można było wyobrazić sobie rozmach tego wyjątkowego projektu i lokalizację poszczególnych miejsc. My rozpoczęliśmy naszą podróż od stacji Toc Tien skąd udaliśmy się pierwszego dnia na samą górę, czyli do przystanku L’Indochina. Na tej wysokości spędziliśmy dzień i noc oczarowani atmosferą tegoż miejsca zwłaszcza nocą. Następnego dnia udaliśmy się kolejką linową ze stacji Louvre do przystanku Bordeaux. Stąd po zwiedzeniu cudnych miejsc, o których za chwile opowiem, kolejką torową przejechaliśmy w stronę stacji Debay mijając po drodze zjazd Ba Na. Dotarliśmy znów na górę na stację Morin. Po obejrzeniu cudnego spektaklu i skosztowaniu smakołyków w restauracji Kavkaz zjechaliśmy na sam dół. Dotarliśmy do  stacji Hoi An, skąd udaliśmy się na spacer, którym zakończyliśmy nasz pobyt w Ba Na Hills.

Tak, jak wspomniałam pierwszego dnia najdłuższą linią kolejki udaliśmy się na samą górę. Francuska wioska, która ukazuje się naszym oczom, kiedy wysiadamy z niej, zachwyca architekturą, romantycznością i urokiem budynków, ale też nieco zniechęca tłumem ludzi. Położona jest ona na wysokości 1500 m n.p.m., co potęguje niezwykłe doznania. Masz wrażenie, że przeniosłeś się w czasie i przestrzeni. Już sam nie dowierzasz, czy znalazłeś się we francuskich Alpach, czy górach wietnamskich. Uczucie to staje się jeszcze intensywniejsze wieczorem i nocą, gdy mgła otula całą okolicę, a ciche uliczki, gdyż na noc zostaje niewielka grupa ludzi – inni już dawno zjechali w dół, wyglądają mrocznie. Mury, budynki, kostka brukowa przenoszą nas w inną epokę. Niedowierzam sama, że wciąż jestem w Wietnamie.

 

 

 

 

 

 

Poza podziwianiem wioski francuskiej na przebywających tutaj czeka wiele atrakcji. Zarówno na jej poziomie, jak i nieco niżej, gdzie zjeżdża się jedną z krótszych linii kolejki. Po spacerze wybrukowanymi  uliczkami pomiędzy średniowiecznymi budynkami, których architektura zachwyca i zjedzeniu lunchu udajemy się wszędzie, gdzie tylko możliwe. Można odwiedzić Festiwal Piwa, choć nazwa wskazywałaby na coś bardziej imponującego. Jednak piwo jest i muzyka na żywo też. Kolejną atrakcją jest ciekawe Muzeum Figur Woskowych. Możemy z bliska podziwiać imitacje wielu sławnych i znanych postaci.

 

 

 

 

 

 

Kolejną atrakcją jest kolejka alpejska, gdzie można poszaleć autami, gdyż osiągają one nawet 40 km/h. Równie ciekawy jest Fantasy Park, w którym mogą zabawić się mali i duzi. Znajdziesz tutaj zarówno różne kolejki, karuzele, strzelnice, jak i różne gry. Ponadto można wziąć udział w Wyścigu Śmierci 4D, podczas którego poczujesz dreszczyk emocji niczym w wyścigu Formuły 1. Stworzono nawet maszyny do wiatru, pary i dymu, które dodatkowo oszukują zmysły. Kolejną atrakcją jest Drop Tower, czyli Spadająca Wieża. Na jej  szczycie jeźdźcy mogą spojrzeć na szklaną kopułę. Potem, bez ostrzeżenia, spadają 29 metrów do jaskini wzorowanej na dwóch powieściach Juliusza Verne’a: „Podróż do centrum ziemi”  i „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskich podróży”. Jednakże najbardziej fascynują nas budynki, wieże, wiatraki, kościół i to, co je otacza. Wszystko dopracowane w najmniejszych szczegółach.

 

 

 

 

 

 

Restauracje i bary oferują smaczne i różnorodne jedzenie. Od autentycznych dań kuchni wietnamskiej po tradycyjne dania kuchni francuskiej, czy włoskiej. To tutaj możemy skosztować świeżo upieczonego chleba i słodkich przysmaków. Zapach dochodzi nas z różnych stron i przyciąga. Tego dnia czujemy się jakbyśmy odwiedzili jednocześnie kulinarnie Włochy, Francję, a jeśli chodzi o piwo Niemcy. Poza doznaniami architektonicznymi, rozrywkowymi i kulinarnymi można zaszyć się na jakiś czas w specjalnej części duchowej z pagodami lub też w kościele, w którym jednakże przebywało sporo osób.

 

 

 

 

 

 

Wieczorem udaliśmy się do groty z całorocznym basenem podgrzewanym. Jest to istotne, gdyż temperatura tutaj jest znacznie niższa niż na poziomie morza, co najmniej 8°C mniej. Nocą, gdy w Da Nang jest około 30°C stopni, tutaj niekiedy zaledwie 15. Przy czym chmury, mgła wieczorna, ewentualny deszcz sprawiają, iż ma się wrażenie, że jest na prawdę chłodno. My pomimo lata panującego obecnie w Wietnamie chodziliśmy w bluzach, zwłaszcza wieczorowa porą także pamiętajcie o zabraniu dodatkowej warstwy odzienia. Kompleks basenów i jacuzzi jest bardzo klimatycznym miejscem doskonale pasującym do całości tegoż niezwykłego miejsca. Można także skorzystać ze Spa.

 

 

 

 

 

 

 

Wieczorny spacer jest pełen wrażeń. Przenosi nas do filmów detektywistycznych z Sherlockiem Holmesem w roli głównej, bądź powieści kryminalnych i obyczajowych Agathy Christie. Uliczki otulone są mgłą, a panująca dookoła cisza i brak ludzi sprawiają, że jest mrocznie. Odnosi się wrażenie, jakby za chwilę miało się coś wydarzyć. Noc spędzamy w uroczym pokoju, w którym zadbano o wszystko. Hotel Mercure Danang French Village Ba Na Hills znajduje się na szczycie pasma górskiego Ba Na. Ten czterogwiazdkowy kompleks urządzono w stylu antycznym. Przepiękne pokoje zostały zaprojektowane zgodnie z XIX-wiecznymi trendami europejskimi. Zapewniają one komfortowy i przyjemny pobyt. Trzeba przyznać, że tutaj w górach i tym niezwykłym otoczeniu, spało nam się bardzo dobrze.

 

 

 

 

 

 

Następnego dnia po krótkim spacerze udajemy się na śniadanie do wyznaczonej restauracji. Nie jesteśmy zachwyceni. Te wczorajsze znacznie bardziej przypadły nam do gustu. Ten element był zdecydowanie ujemny, a restauracja dość zatłoczona i niezbyt czysta. Zatem dość szybko opuściliśmy ją, aby nie psuć sobie obrazu Ba Na Hills. Zjeżdżamy kolejką linową ze stacji Louvre do przystanku Bordeaux. Stąd podziwiamy Złoty Most – Cầu Vàng podtrzymywany Olbrzymimi Dłońmi. Został oddany dopiero w czerwcu i cieszy się ogromną popularnością. Przyznaję, że i na nas robi wrażenie. Widok rozciągający się z niego jest fantastyczny. Pejzaż górski łączy się z morskim, a Da Nang i jego atrakcje takie jak Lady Buddha, czy też  Marble Mountains są doskonale widoczne pomimo chmur zwiastujących deszcz. Tutaj spędzamy sporo czasu.

 

 

 

 

 

 

Paradise Garden i Flower Garden zachwycają. Romantyczny ogród kwiatowy Le Jardin D’Amour jest niezwykły. Tworzy go 9 ogrodów opowiadających 9 interesujących opowieści w 9 unikalnych stylach architektonicznych. Całość stanowi niezwykle barwną przestrzeńLegend Garden do stworzenia którego zaczerpnięto inspirację z Olympia Peak nawiązując do architektury ateńskiej i egipskiej.  Mo Spring Garden składający się ze stopniowanych schodów zachwyca kolorami. Ogród pamięci wraz z 4 dżinami symbolizuje 4 pory poetyckie. Kolejne są równie interesujące, a ich nazwy przemawiające do każdego. Znajduje się pośród nich Ogród Myśli, Miłości, Nieba, Święty, czy też Sekretny. Podziwiamy także 27 metrowego olbrzymiego Buddę i Linh Ung Pagodę. W czasie spaceru można odpocząć chwilkę w herbaciarni, bądź restauracji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Następnie udajemy się do Wine Cellar, czyli piwniczki z winem. Otacza ją, tak jak to bywa we Francji, Ogród Winogronowy. Debay Ancient Wine Cellar to wyjątkowe miejsce, w którym  francuscy architekci wykopali głęboko w Ba Na Mountain w 1923 roku starożytną piwnicę. Ma ona 100 metrów długości, a temperatura w niej jest zawsze utrzymywana na idealnym poziomie od 16 do 20°C. Spacer jej korytarzami jest niezwykłym doświadczeniem.  Po wyjściu z piwnicy kosztujemy odrobinę tegoż szlachetnego trunku, bo jakżeby inaczej. Kolejką szynową przemieszczamy się ze stacji Jardin do D’Amour. Jest to wyjątkowe doświadczenie, choć już nam znane z najwyższej góry Wietnamu, jak i całych Indochin, czyli Phan Xi Pang o której pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2017/09/05/fansipan-czyli-na-dachu-wietnamu-a-nawet-calych-indochin/.

 

 

 

 

 

 

Docierając do stacji Debay wracamy ponownie na górę, czyli do przystanku L’Indochine. Podziwiamy występy artystów przybyłych tutaj z różnych części świata. Kreacje, stylizacje i spotykane postaci są bardzo interesujące, kolorowe i radosne. Udajemy się także na lunch do restauracji Kavkaz Zakharova Romana Jurivicha. Serwuje ona dania kuchni rosyjskiej, gdzie kosztujemy różnych smakołyków. Po tych wrażeniach zjeżdżamy już na dół ze stacji Louvre do przesiadki Bordeaux – Marselle i docieramy do ostatniego przystanku Hoi An. Tutaj jeszcze podziwiamy cudną architekturę, ogrody i bramę wejściowo-wyjściową, przed którą kończymy nasze spotkania z Ba Na Hills.

 

 

 

 

 

 

Przyznam, że Ba Na Hills zrobiło na nas wrażenie. To było niezwykłe doświadczenie. Byliśmy zachwyceni i zaskoczeni tym, że tutaj w Wietnamie mogliśmy poczuć się jak w Europie. Nawet kiedy wysłaliśmy zdjęcia naszym znajomym z Francji i zapytali oni kolegów skąd mogą pochodzić zdjęcia to odpowiadali, że z Francji. Na ogół nie lubimy zatłoczonych miejsc, a w dzień tak na Ba Na Hills jest. Dopiero po 17.00, gdy sporo ludzi zjeżdża w dół, jest cicho i spokojne, a spacer wyludnionymi uliczkami to prawdziwa przyjemność. Choć trzeba przyznać, że otulająca je mgła wywołuje różne odczucia. Jest nieco mrocznie, a przez to niezwykle klimatycznie. Bardzo się cieszymy, że postanowiliśmy tutaj zostać na noc, gdyż inaczej byśmy tego nie doświadczyli. Rano  przed wjazdem pierwszych wagonów kolejki jest równie przyjemnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Do tej pory zadajemy sobie pytanie, czy Ba Na Hills to na pewno Wietnam? Jednak teraz już znamy odpowiedź na nie. Brzmi ona: tak. W Wietnamie, jak widać, wszystko jest możliwe, a niektóre propozycje mogą zadziwić. Ba Na Hills to niesamowity oraz imponujący projekt i to w skali światowej, a nie tylko wietnamskiej, czy też azjatyckiej. My spędziliśmy w tym miejscu niezwykłe chwile i każdego kto zawita do Da Nang zachęcamy, aby odwiedził także stację górską Ba Na Hills i położony wokół niej wyjątkowy kompleks.

Share

Sie 10

Cytaty o ludziach, czyli o nas i dla nas …

„Ludzie Cię inspirują lub ciągną w dół – wybieraj ich mądrze.”

Hans F. Hansen

 

***

 

„Wystarczy zwrócić uwagę na człowieka, by stał się pociągający i na swój sposób piękny.”

Zofia Nałkowska

 

***

 

„Ludzie spieszą się oceniać innych, bo boją się oceniać siebie.”

Albert Camus

 

 

„Niezłomność człowieka polega na tym, że potrafi poświęcić sprawy ważne dla spraw ważniejszych.”

Paulo Coelho

 

***

 

„Twój czas jest ograniczony, a więc nie marnuj go na życie cudzym życiem.

Nie daj się złapać w pułapkę przeżywania życia, będąc sterowanym przez innych.

Nie pozwól, by zgiełk opinii innych zagłuszył twój wewnętrzny głos.

I co najważniejsze, miej odwagę podążać za swoim sercem i intuicją.

One jakimś cudem już wiedzą, kim tak naprawdę chcesz zostać.

Wszystko inne ma wartość drugorzędną!”

Steve Jobs

 

***

 

„Człowiek nie może zrozumieć u innych tego, czego sam nie przeżył.”

Hesse Hermann

 

 

 

„Być człowiekiem znaczy: każdego dnia starać się być lepszym.”

Friedrich Dessauer

 

***

 

„Człowiek musi przejść przez różne etapy, zanim wypełni swe przeznaczenie.”

Paulo Coelho

 

***

 

„Celem nie jest bycie lepszym od kogoś innego lecz bycie lepszym od tego kim samemu było się wcześniej.”

XIV Dalajlama

 

***

 

„Sztuka życia polega na tym, by cieszyć się małym, a wytrzymywać najgorsze.”

William Hazlitt

 

***

 

„Okazywanie wdzięczności jest miarą naszego człowieczeństwa.”

Jan Stępień

 

 

 

„Wszystko, co irytuje nas w innych może nas zaprowadzić do zrozumienia samego siebie.”

Carl Jung

 

***

 

„Przestań pozwalać,

by ludzie robiący dla Ciebie tak mało,

mieli tak duży wpływ na Twoje myśli, uczucia i emocje.”

Will Smith

 

***

 

„Są ludzie, którzy zasługują na wiele, a nie oczekują niczego w zamian.

Są też tacy, dla których robimy wszystko, mimo że na to nie zasługują, a dla nich to i tak za mało.”

Anonim

 

***

 

„Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy.

Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem.”

Arystoteles

 

***

 

„Nie trać czasu na wyjaśnienie. Ludzie i tak słyszą to, co chcą usłyszeć.”

Paulo Coelho

 

 

„Mądrzy ludzie nie potrzebują rady, głupcy jej nie przyjmują.”

Benjamin Franklin

 

***

 

„Pokora i delikatność nie są cnotami słabych, lecz mocnych,

którzy nie potrzebują źle traktować innych, aby czuć się ważnymi.”

Papież Franciszek

 

***

 

„Może to dobrze robi człowiekowi, jeśli od czasu do czasu upadnie. Byle tylko nie potłukł się na kawałki.”

John Maxwell Coetzee

 

 

„Niektórzy ludzie są jak chmury. Kiedy znikają nastaje piękny dzień.”

Anonim

 

***

 

„Chodź własnymi drogami, nawet po obcych rajach.”

Stanisław Jerzy Lec

 

***

 

„Ludzie są tacy zaskoczeni, kiedy nagle zaczynasz postępować z nimi tak, jak oni z Tobą!”

Anonim

Share

Sie 06

Odnaleźć siebie …

Odnaleźć siebie, czyli jak dalej żyć? …

 

Kiedy odchodzi najbliższa naszemu sercu osoba jest trudno, wali nam się nasz świat. Gdy dotyczy to dziecka, z którym spędziło się piętnaście cudownych lat razem tym bardziej jest ciężko. Zaczyna docierać do Ciebie, że już nie porozmawiacie i nie usłyszycie niezwykłych pytań, nie posłuchacie mądrych słów, zdań, podsumowań i rozwiązań. Nie przytulicie się do siebie i już nie padną słowa: ,,kocham cię mamusiu,, … ,,moi kochani rodzice,, … ,, jesteście najlepszymi rodzicami na świecie,, i tym podobne. A gdy to wszystko ma miejsce na emigracji tym bardziej jest to dotkliwe. Po chwilowej ucieczce, która może trwać krócej, bądź dłużej nasuwa się pytanie jak dalej żyć? Przychodzi dzień, w którym czujemy potrzebę, aby odnaleźć siebie. A gdzie możemy znaleźć odpowiedź na nią i pytanie wirujące w głowie? No właśnie gdzie? W moim przypadku odpowiedź brzmi, że w górach. Po bolesnej stracie rozdzierającej serce, gdy nasz Adaś, synek jedyny i najdroższy, odszedł do świata aniołów doświadczyłam stanu, w którym moją dominującą aktywnością był sen. Gdyby nie mąż, siostra i przyjaciele mogłabym spać i spać. Pewnego dnia zrozumiałam, że niestety nikt nie może mnie z niego wyciągnąć i muszę zrobić to sama. Poszukiwałam odpowiedzi na pytanie, jak dalej żyć. I cóż odpowiedź przyszła w czasie wędrówki po Nepalu, a ściślej ujmując w Himalajach.

Minęło pół roku od momentu, gdy Adasia nie było już z nami w ziemskim wymiarze. Wyruszyliśmy w góry, tylko ja i mój mąż, we dwoje. Tylko my, nasze plecaki i czuwający nad nami synek. Chcieliśmy dojść do przełęczy Thorong La położonej na wysokości  5416 m n.p.m.., czyli dość wysoko. Szliśmy tak krok za krokiem każdego dnia. Byliśmy coraz wyżej i wyżej. Nasz trekking dookoła Annapurny trwał, a we mnie zachodziła przemiana. Poczułam, że chcę dalej żyć pełną piersią, uśmiechać się, radować i cieszyć każdą chwilą. Spotykani po drodze Nepalczycy, ich skromne życie i towarzysząca nam przez cały czas dobroć ukazały mi, jak dalej żyć. A mianowicie to wszystko pokazało mi, że chcę żyć tu i teraz oraz cieszyć się każdą chwilą. Dodatkowo trudy wędrówki na wysokość ponad pięć tysięcy metrów, nasze różne dolegliwości związane z nabieraniem wysokości przybliżyły jeszcze bardziej mnie i mojego męża. Co prawda w czasie emigracji i ostatnich lat naszego życia z synkiem już byliśmy blisko. Z kolei bolesna strata Adasia raz nas przybliżała, raz oddalała. Każdy uciekał myślami, czy emocjami w swoją stronę. Jednak Nepal i Himalaje zcementowały bardzo mocno naszą relację partnerską. Właśnie tam byliśmy duchowo i emocjonalnie blisko siebie tak, jak nigdy dotąd. Dzięki temu udało nam się wejść na przełęcz Thorong La, choć mój mąż miał problemy z oddychaniem, a ja walczyłam z bólem głowy. Po drodze przeżyliśmy wiele przygód, spotkaliśmy wspaniałych ludzi i podziwialiśmy niezwykłe, magiczne i majestatyczne Himalaje. Najważniejsze jednak było to, że szliśmy każdego dnia, krok za krokiem ciesząc się i wspierając w trudniejszych momentach. Nawet, gdy plecaki wydawały się z dnia na dzień coraz cięższe my z naszą miłością do siebie nawzajem, do ukochanych gór i niosąc w sercu najdroższego synka szliśmy dalej.

To była zdecydowanie bardzo istotna droga. Po podróży przez życie z naszym synkiem Adasiem najważniejsza. Osiągnęliśmy zamierzony cel, doświadczyliśmy niezwykłych Himalajów i zbliżyliśmy się do siebie w niewyobrażalny sposób. A ja ? No cóż, ja po powrocie znałam już odpowiedź na pytanie jak dalej żyć i tam wysoko w Himalajach odnalazłam siebie. Byłam gotowa zmierzyć się z codziennością, choć wówczas dopiero rozpoczął się ten etap, ta nowa droga, która wciąż trwa.

 

O Himalajach i Nepalu była mowa również w postach:

 

Wrócimy tam jeszcze, czyli Nepal i Himalaje …

Im dalej pójdziemy, tym lepiej siebie poznamy, czyli nasz trekking dookoła Annapurny – część 1 …

Im dalej pójdziemy, tym lepiej siebie poznamy, czyli nasz trekking dookoła Annapurny – część 2 …

Ciekawostek i słów kilka o Himalajach …

Ciekawostek i słów kilka o Nepalu …

 

 

Share

Starsze posty «