Cze 22

Gobelin – wietnamska opowieść o miłości, tajemnicach, przetrwaniu i zemście …

„Gobelin” to epicka opowieść o miłości, tajemnicach, przetrwaniu i zemście osadzona w sztywnych realiach obyczajowych Wietnamu początku XX wieku. Jest to niezwykła, chwytająca za serce historia chłopca, która jednocześnie wprowadza nas w zawiłe zakamarki dotyczące życia i niekiedy niezrozumiałych norm obowiązujących zarówno na wietnamskim dworze cesarskim, jak i wśród jego poddanych.

 

 

Co stanie się z dziećmi ropuchy, które złapała złota rybka?

Czy dowiedzą się kiedyś, kim są naprawdę, i uciekną z niewoli?”

 

„Gobelin” przedstawia niezwykłe i zawiłe losy rodziny Kien Nguyena osadzone w realiach wietnamskich pierwszej połowy XX wieku. To swoisty rodzaj pamiętnika dziadka autora, który był hafciarzem gobelinów na dworze ostatniego cesarza Wietnamu. Jego życie było burzliwe i nierzadko brutalne. Przekazał on małemu Kienowi w niemalże bajkowej formie swoją historię, kiedy ten leżał w bambusowej kołysce zawieszonej na sznurach umocowanych pod sufitową belką. Dziadek opowiadał, a babcia nuciła prastare wietnamskie pieśni, grając przy tym na lutni. Te wspomnienia, magia treści i forma przekazu sprawiły, że już jako dorosły człowiek Kien Nguyen zapragnął spisać zasłyszane w dzieciństwie historie. W ten sposób powstał „Gobelin”. Barwna i zarazem okrutna powieść obyczajowa z historycznymi nutami. Opowieść o miłości, oddaniu i zemście. Czyta się ją jak zmyśloną historię, która wcale nie musiała się wydarzyć. Zawiera bowiem w sobie wiele cech typowych dla baśni i bajek. Zło zostaje ukarane, zakochani muszą pokonać wiele przeszkód na swej drodze, aby cieszyć się z bycia razem. Kolorytu tej historii dodają umieszczone w tle opisy realiów życia codziennego Wietnamu początku XX wieku. Nieznane w kulturze europejskiej obyczaje, tryb życia dworskiego, działalność i styl życia mandarynów to dla wielu z nas wciąż orientalna egzotyka, która niewątpliwie zaskakuje. Autor opowieści „Gobelin” opisuje świat, który już bezpowrotnie przeminął.

 

Wietnam, rok 1916, wioska Cam Le, położona nad Rzeką Perfumową. Dan Nguyen ma zaledwie siedem lat, kiedy dochodzi do skutku zaaranżowane przez jego rodzinę małżeństwo. Zostaje on ożeniony z Ven. Dziewczyna jest o 17 lat starsza. Poprzez małżeństwo z Danem staje się tak naprawdę służącą jego rodziny. W dzieciństwie chłopiec doświadcza tragedii, o której Ven nie pozwala mu zapomnieć. Ojciec Dana i jego dwie żony zostają podstępnie zgładzeni przez wroga. Asesor Toan, którego syn piastuje stanowisko burmistrza wioski, zdradza a następnie unicestwia rodzinę Dana. Żona, która jest dla niego jak matka, wciąż powtarza historię rodziny i tego, co ją spotkało, wychowując chłopca w duchu zemsty. Ven poza tym doskonale zajmuje się chłopcem, ale kiedy choruje na malarię szuka dla niego bezpiecznego miejsca. Decyduje się sprzedać go rodzinie Toanów ukrywając jego pochodzenie. Dan zostaje osobistym sługą córki burmistrza Tai May. Wbrew wszystkiemu i wszystkim zakochuje się w ślicznej wnuczce asesora i to z wzajemnością. Dwójkę młodych ludzi łączy głębokie uczucie, ale rozdziela przeszłość i niezabliźnione rany, które doprowadzają do niejednej tragedii. Dan musi uciekać i radzić sobie sam. Dzięki talentowi tkackiemu, który zostaje doceniony, znajduje pracę jako hafciarz na dworze cesarskim w Hue. Jego życie się zmienia, ale on wciąż, mimo upływu lat, nie przestaje myśleć o swojej najdroższej …

 

Historia Dana porusza w niezwykły sposób. Jest przepełniona emocjami i obrazami sprawiającymi, że czujemy się jakbyśmy znaleźli się w centrum wydarzeń. Czyta się ją z niedowierzaniem starając się zrozumieć realia wietnamskie początku XX wieku. Prawdziwe obrazy przenoszą nas tam, a losy bohaterów, miłość, tajemnice przetrwanie, walka o prawdę i zemsta sprawiają, że „Gobelin”, choć napisany dość powściągliwym językiem, wywołuje w nas szereg emocji, które towarzyszą podróży z tą wyjątkową wietnamską opowieścią.

Share

Cze 12

Bajkowa sceneria wietnamska, czyli Nguyen Shack-Ninh Binh …

Bajkowa sceneria wietnamska potrafi zachwycić i zadziwić, a takie perełki jak oryginalne Nguyen Shack-Ninh Binh zaskoczyć i urzec. Odkryliśmy to magiczne miejsce podczas jednej z naszych weekendowych wypraw motocyklowych. Polecamy je osobom pragnącym w ciszy, pośród przepięknej, dziewiczej i zapierającej dech w piersiach natury, spędzić choć kilka chwil.

 

 

 

 

Lokalizacja Nguyen Shack-Ninh Binh  jest niesamowita, a otaczająca je sceneria bajkowa. Ma się wrażenie, że jest to kraina niemalże surrealistyczna. Istnieje jednak naprawdę i cieszy swym pięknem oraz niezwykłością niemalże wszystkie zmysły. Prowadzi do niej wąska ścieżka wiodąca przez wioskę usytuowaną pośród gór i pól. Po dojściu na miejsce oczom naszym ukazuje się obraz niezwykły. Mamy wrażenie, że to, co widzimy jest tak niezwykłe, że aż nierealne. Piękne góry, jeziorko i niezwykle klimatyczne domki usytuowane pośród nich. Ta bajkowa sceneria wietnamska wyróżnia w niezwykły sposób Nguyen Shack-Ninh Binh,  czyniąc je miejscem zdecydowanie nietuzinkowym.

 

 

 

 

Nguyen Shack-Ninh Binh to ekoturystyczna perełka znajdująca się w okolicach wyjątkowo zielonego, uznawanego za jedną z najważniejszych  wietnamskich atrakcji, Ninh Binh. Piękne góry wapienne porośnięte bujną roślinnością i widok na jezioro wyróżniają ją pośród innych miejsc odpoczynku, a domki wykonane z materiałów naturalnych sprawiają, iż ma się wrażenie, że cofnęło się w czasie kilkaset lat. Bambusy i liście z których są zrobione sprawiają wrażenie niezwykłej bliskości z naturą. Wygodne hamaki umieszczone na tarasach są doskonałym elementem wystroju, z których można podziwiać całą krainę, która nas otacza lub spędzić miły czas na rozmowie z partnerem, czy też z książką. Uwierzcie, że jest na co patrzeć i o czym rozmawiać, gdyż natura tutaj jest po prostu piękna i zachwycająca. Domki pomimo, że są bardzo naturalne i prosto urządzone wyposażono w nowoczesne udogodnienia. Znajduje się w nich  łóżko z materacem, mini-bar, wentylator na gorące dni i noce, czy też  w sezonie zimowym i grzejnik. W każdym z nich wydzielono część łazienkową, w której znajduje się prysznic i toaleta. Dla tych, którzy potrzebują jest także dostępne wifi. Na terenie obiektu Nguyen Shack-Ninh Binh znajduje się restauracja oferująca przepyszne dania, a goście mogą bezpłatnie korzystać z zestawu do parzenia kawy i herbaty oraz częstować się przekąskami całą dobę. Także, jak można zauważyć bajkowej scenerii w wietnamskim wydaniu towarzyszą całkiem nowoczesne rozwiązania, które sprawiają, że pobyt w Nguyen Shack-Ninh Binh jest nie tylko bardzo wyjątkowy, ale też i komfortowy.

 

 

 

 

Bajkowa sceneria Nguyen Shack-Ninh Binh zachęca, aby tutaj zostać ciesząc się spokojem i niezwykłym klimatem tegoż miejsca. Można też wyruszać stąd codziennie, aby odkrywać piękną krainę Ninh Binh i to wszystko, co ma do zaoferowania, a trzeba przyznać, że jest co zwiedzać, poznawać i odkrywać. O niektórych z tych atrakcji możecie przeczytać w poście poświęconym okolicom Ninh Binh z początków naszego pobytu w Wietnamie.

 

 

 

 

Uwielbiam nasze motocyklowe wojaże i miejsca, które odkrywamy dzięki nim. Pośród nich znajdują się bowiem niezwykłe perełki, które wyróżniają się niezwykłym położeniem, bądź zaskakują oryginalnością. Do takich zapewne należy bajkowa sceneria wietnamska, której można doświadczyć odwiedzając Nguyen Shack-Ninh Binh.

Share

Cze 01

Historia wędkarstwa …

Historia wędkarstwa jest bardzo interesująca i sięga wiele tysięcy lat wstecz. Już ludzie pierwotni łowili ryby. Na początku robiono to rękami i nie używano żadnych pomocy, czy przyrządów. Jednak stopniowo wszystko się zmieniało. Przez wieki wynaleziono różne narzędzia pomocne w wędkowaniu. Obecnie jest ich tak wiele, że nierzadko trudno dokonać wyboru spośród bogatej oferty.

Historia wędkarstwa rozpoczęła się wieki temu. Na początku, tak jak wspomniałam, ludzie łowili ryby gołymi rękami, a nieco później specjalnie zaostrzonymi prętami i wymyślonymi przez siebie prymitywnymi przyrządami. Wykonywano je często z kości. Takie proste narzędzia służyły do łowienia ryb w jeziorach i rzekach. Z kolei w wodach rozległych, obfitujących w ryby, używano sieci. Następnym wynalazkiem były haczyki, które wyrabiano z kości i drewna. Mocowano je na sznurze ze zwierzęcych ścięgien lub cienkich, ale bardzo mocnych włókien roślinnych pozyskiwanych z pnączy, korzeni i traw. Najstarszy znaleziony haczyk wędkarski,  zrobiony z muszli, pochodzi z około 42 000 lat temu. Jako przynętę wykorzystywano wówczas robaki, małże i małe rybki. Spławiki zaczęto robić znacznie później, ale zapewne przed rokiem 3000 p.n.e., czyli mniej więcej w tym samym czasie, gdy zaczęto stosować sztuczne przynęty w Grecji. Jakież to nieprawdopodobne, ale jak pokazuje historia wędkarstwa, prawdziwe. Wielu badaczy przypuszcza, że już w starożytnej Grecji pojawiło się wędkarstwo sportowe, czyli takie, które uprawia się dla rozrywki i przyjemności traktując jako hobby. Około 200 roku p.n.e. wędkarstwo, jako dyscyplinę sportową, rozwinęli znacząco Chińczycy. Wówczas zaczęli stosować jedwabne linki oraz metalowe haczyki. W tym samym czasie Macedończycy stosowali przynęty z włosia i piór.  Najstarsza literatura wędkarska, poświęcona łowieniu ryb na wędkę dla przyjemności, jest dziełem rzymianina Claudiusa Aelianusa. Teksty powstały około 170 – 230 p.n.e., a autor opisywał w nich jak mieszkańcy Macedonii łowili pstrągi na sztuczną muchę. Ponoć wcześniej też już o wędkarstwie pisano, ale nie jest dokładnie to potwierdzone. Z kolei, jak pokazuje historia wędkarstwa, pierwsze kołowrotki zostały wynalezione w Chinach w IV wieku. W Polsce najstarsze odkrycia pochodzą z Biskupina. Uważa się, że powstały one w okresie od 550 do 400 roku p.n.e.. Podczas prac archeologicznych znaleziono haczyki i spławiki, a także ości sumów i szczupaków.

 

 

Kamieniem milowym w rozwoju wędkarstwa był „Traktat o łowieniu ryb na wędkę”. Został napisany przez Juliane Berners i wydany w Anglii w 1496 roku. Był on częścią dzieła znanego pod nazwą „Księga Świętego Albana”.  Adresowana była ona do szlachty. Traktowała o sztuce polowania, łowienia ryb i innych rozrywkach tamtych czasów dostępnych dla bogatszych warstw społeczeństwa. Autorka opisywała w nim techniki i metody, ale także podkreślała znaczenie zależności między człowiekiem, a  naturą. Juliane Berners uważała, że wędkarz powinien odznaczać się głęboką czcią dla przyrody, filozoficznym usposobieniem i idealizmem. Powinien samodzielnie wytwarzać wędki, żyłki, sznurki i sztuczne przynęty oraz o ile to możliwe wykorzystywać te naturalne. Nieco później, bo w roku 1653, powstał „Podręcznik wędkarstwa” o podtytule „Kontemplacyjny wypoczynek człowieka”. Dziś dzieło Izaaka Waltona uznawane jest za klasykę. Podjął on w nim tematy związane z metodami łowienia ryb. Podkreślał ważność tradycji sportu wędkarskiego i jego idei. Najważniejsze, że wędkarstwo traktowano jako sposób spędzania wolnego czasu i  jedynie jako hobby oraz możliwość kontaktu z przyrodą. Wędkarz, według autora, był miłośnikiem piękna natury i romantykiem. Z kolei istotą wędkarstwa stało się udoskonalanie sprzętu oraz poprawianie technik operowania wędkami i przynętami.

 

 

Jednakże tak naprawdę, jak historia wędkarstwa pokazuje, rozwój sprzętu nabrał tempa dzięki rewolucji przemysłowej w połowie XIX wieku. Nowe rozwiązania i masowa produkcja sprawiły, że wędkarstwo stało się sportem, który stał się dostępny niemalże dla każdego.  Łapanie ryb na wędkę zdobywało coraz więcej zwolenników na całym świecie, zwłaszcza w  Europie i USA. Istotnym momentem było stworzenie w 1846 roku przez amerykańskiego lutnika wędziska bambusowego. Było ono znacznie lżejsze od poprzednich i dawało większy wyrzut. Coraz częściej używano kołowrotków. Pierwsze kołowrotki spinningowe pojawiły się na początku XX wieku. Model prototypowy wykonano w angielskim mieście Bradford, w 1905 roku. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej dokonała się rewolucja w wędkarstwie. Wprowadzono wówczas żyłki syntetyczne oraz wędziska z włókien szklanych. Już znacznie później, bo około roku 1970 zaczęto używać wędzisk wykonanych z włókna węglowego. Stosowano je zarówno w wędkarstwie muchowym, jak i do spinningu. Obecnie wykorzystuje się włókna węglowe i szklane, a także różne ich połączenia. Przynęty mogą być naturalne (ochotka, pinka, biały robak, kukurydza, pszenica, rosówka, ślimak i wiele innych) oraz sztuczne, które są imitacją żywych robaków, rybek lub innych stworzeń (twistery oraz rippery, woblery,  błystki, mormyszki i inne). Możliwości jest bardzo dużo, a producenci prześcigają się w dostarczaniu nowości. Poza akcesoriami wędkarskimi nie należy zapominać o wykorzystywaniu łodzi różnej wielkości, a także sprzętu elektronicznego typu echosondy, czy inne urządzenia do nawigacji i lokalizacji.

Na całym świecie wiele milionów osób wędkuje. W samej Polsce jest ich znacznie więcej niż 2 miliony. Wędkarze są ogromną grupą, która zrzesza się w wielu organizacjach. Poświęcę im swoją uwagę w jednym z kolejnych postów na temat wędkarstwa. Dziś tematem jest ogólna historia wędkarstwa i na niej się skupiłam. Mam nadzieję, że udało mi się ten temat Wam przybliżyć. Wybrałam najistotniejsze według mnie fakty, które były bardzo ważne i w znaczący sposób wpłynęły na historię wędkarstwa. Jak sami się możecie się domyśleć temat, którego korzenie sięgają wiele tysięcy lat wstecz, trudno uchwycić w jednym artykule, ale myślę, że to, co najistotniejsze zostało w nim zawarte.

Share

Maj 30

Dookoła Hanoi szlakiem jezior …

Kiedy mieszka się w bardzo dużym, zatłoczonym i hałaśliwym mieście w weekendy szuka się ciszy i spokoju pozwalającego odpocząć. My bardzo często wybieramy się motocyklem przemierzając górskie krainy lub relaksując się z wędkami nad brzegiem stawu, czy jeziorka. Towarzyszy nam niezwykła natura, zieleń, błękit, nierzadko słońce i co bardzo ważne świeże powietrze. Jednak tym razem podczas jednego z ostatnich weekendów wybraliśmy się na przejażdżkę motocyklową szlakiem jezior położonych niedaleko od Hanoi.

 

 

Tak jak wspomniałam wiele naszych weekendów spędzaliśmy podróżując motocyklem przez różne górskie krainy. Niekiedy również i nadmorskie. O niektórych z nich możecie przeczytać w postach je relacjonujących. Były to niezwykłe przygody, pełne wrażeń i różnych doświadczeń. Oto kilka z nich: www.zycieipodroze.pl/2017/05/31/weekend-motocykl-gory-mai-chau/, www.zycieipodroze.pl/2017/06/14/zielona-gorska-kraina-czyli-niezwykly-polnocno-zachodni-wietnam/, www.zycieipodroze.pl/2016/02/15/piekna-trasa-motocyklowa-czyli-okolice-mai-chau/, www.zycieipodroze.pl/2016/11/15/przygoda-motocyklowa-w-magicznych-gorach-cao-bang-i-ha-giang-czyli-zwykle-zycie-jest-niezwykle/, www.zycieipodroze.pl/2016/05/04/niezwykla-trasa-motocyklowa-w-polnocno-wschodnim-wietnamie/ i www.zycieipodroze.pl/2016/04/01/wspaniala-wielkanoc-na-motorze/.

 

 

Tym razem wybraliśmy się w podróż szlakiem jezior położonych niedaleko od Hanoi. Nasza dwudniowa wycieczka była bardzo interesująca. Naszym celem była nie tylko motocyklowa wyprawa dookoła jezior, ale też wyszukanie miejsc nadających się na kemping i wędkowanie. Odwiedziliśmy w tym czasie siedem jezior. Większość bardzo piękna, z zaskakująco czystą wodą i niezwykłą zielenią dookoła. Położonych jest nad nimi kilka resortów i miejsc noclegowych, czy też postojowo-biwakowych. Do niektórych jezior dostęp jest łatwy, a do innych jeśli chce się pobyć z dala od ludzi, już niekoniecznie. Znajduje się pośród nich wiele pozarastanych i zapomnianych przez ludzi zakątków. I choć wydawałoby się, że mogą być idealne takimi nie są, gdyż dostęp do wody jest utrudniony, a dzika przyroda jest siedliskiem komarów i innych osobników, z którymi lepiej nie przebywać dłużej w jednym miejscu niż jest to konieczne. I choć nie było to łatwe odkryliśmy kilka miejsc, gdzie moglibyśmy spędzić weekendowy czas. I cóż pewnie tam wrócimy, tym razem już z wędkami. Taka przejażdżka motocyklowa szlakiem jezior uświadamia na pewno jedno, że pomimo dużej ilości jezior nie jest wcale łatwo znaleźć miejsce dla siebie, które spełniałoby nasze oczekiwania.

 

 

Podróżując szlakiem jezior w pierwszej kolejności odwiedziliśmy największe z nich. Jezioro Hồ Đồng Mô, o którym mowa, położone jest w obszarze turystycznym w okolicach Son Tay, niedaleko Ba Vi, o którym pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2016/01/23/ba-vi-national-park-zielona-gorzysta-kraina-z-atrakcjami-dla-kazdego/. Jest to rozległy zbiornik o powierzchni około 500 hektarów z licznym maleńkimi i większymi wysepkami. Usytuowano tutaj poza resortami i kempingami wyjątkową wioskę etniczną, czyli skansen, o którym pisałam we wpisie www.zycieipodroze.pl/2017/03/21/wyjatkowa-i-nietuzinkowa-wioska-etniczna/. Odwiedzający przyjeżdżają tu, aby zobaczyć jezioro, podziwiać majestatyczne góry, czystą wodę, wędkować, czy też kosztować kuchni regionalnej. Znajduje się tu również słynne pole golfowe do którego dopływa się łodzią. Wietnamczycy bardzo chętnie spędzają tutaj czas nie żałując pieniędzy, a przyznam, że niektóre resorty, czy też usługi do najtańszych nie należą. Legenda głosi, że Hồ Đồng Mô, było drogą wodną, gdzie bóg gór i bóg wód toczyli swoje potyczki o rękę księżniczki Me Nuong, stąd jego nietypowy, rozłożysty kształt.  To nie jedyna tego typu historia dotycząca tego miejsca. Jako ciekawostkę dodam, że Hồ Đồng Mô jest naturalnym środowiskiem dla żółwia Sin-hoe, czyli tego wszystkim znanego z jeziora Hoan Kiem, o którym pisałam w artykule www.zycieipodroze.pl/2016/03/14/ostatni-zolw-w-jeziorze-hoan-kiem-i-symbol-pokoju/. Dzika przyroda ułatwia zachowanie także różnych gatunków, które sobie ją upodobały. Jezioro jest bardzo ładne i otulone roślinnością. Położone zaledwie 40 kilometrów od Hanoi i niewątpliwie można tutaj spędzić czas oddychając pełną piersią i rozkoszując się widokami.

 

 

Następnie udaliśmy się w kierunku jeziora Đập Đồng. To niewielki zbiornik przepływowy położony pośród gór, pól i łąk. Miejsce spokojne i urzekające. Stworzone zarówno do wypoczynku, jak i wędkowania. Można pokusić się i zostać na dłużej w resorcie położonym tuż przy nim. Piękna sceneria i aura tutaj panująca są niezwykłe. Otoczenie gór i lasu sosnowego położonego nieopodal czynią to miejsce nietuzinkowym. Zdecydowanie jeden z moich faworytów.Tutaj można odpocząć od zgiełku miasta i tłumu ludzi rozkoszując się piękna naturą, spokojem, celebrując chwilę, która trwa.

 

 

Kolejnym naszym wyborem było jezioro Hồ Cua. Położone tuż w pobliżu Parku Ba Vi i wejścia do niego. Otaczają go zewsząd góry, pola herbaciane i niezwykła roślinność. Choć miejsce jest piękne, co zwłaszcza widać z góry jadąc trasą przez park to niekoniecznie jest wymarzone na wędkowanie, czy kamping. Tuż przy nim położony jest resort, ale chyba czasy świetności ma już za sobą.  Można tutaj i owszem pospacerować, ale raczej nie zatrzymując się na dłużej. Stąd już bardzo blisko do kolejnego jeziora.

 

 

Kontynuując naszą podróż szlakiem jezior docieramy do Hồ Ao Vua kompletnie nie nadającego się, aby tutaj wędkować, czy też rozbić namiot. Z kolei odkrywamy tutaj resort z różnymi atrakcjami w postaci basenów, różnorodnych rur z wodą i kolejek. To miejsce dla rodzin z dziećmi, czy też osób lubiących tego rodzaju rozrywki. Spędzamy tutaj tylko chwilę i ruszamy w dalsza drogę. Postanawiamy udać się na drugą stronę Rzeki Czerwonej w nadziei na odnalezienie ciekawszych z naszego punktu widzenia miejsc.

 

 

Kiedy docieramy na drugi brzeg rzeki postanawiamy poszukać miejsca na nocleg. Wcale nie jest to łatwe, gdyż większość miejsc jest pozajmowana. Znów nasuwa nam się jedno, że Wietnamczycy lubią spędzać czas weekendowy poza Hanoi. Resorty i hotele, a nawet luksusowe miejsca są pozajmowane niemalże do ostatnich pokoi. Wiele rodzin wietnamskich spędza w nich czas nie żałując na to pieniędzy. My już to dawno zrozumieliśmy, że Wietnam to wcale nie jakiś zaścianek i że część mieszkańców wydaje dość duże kwoty na rozrywki, zwłaszcza że ceny pokoi, czy domków nie rzadko zaczynają się od 50 $, a sięgają do 150-200 $ za dobę. Wiadomo, że to nie wszystkie wydatki. Doliczyć trzeba wyżywienie i inne atrakcje. Nie przeszkadza to w tym, że co tydzień goszczą w takich miejscach tysiące Wietnamczyków. My znaleźliśmy pokój w jednym z takich miejsc i mogliśmy odpocząć przed kolejnym dniem. Po gorącym dniu, kiedy już jedliśmy kolację, przyszła burza i to intensywna trwająca bardzo długo. Na szczęście my i nasz motocykl byliśmy już bezpieczni.

 

 

Następnego dnia pierwszym naszym wyborem było jezioro Hồ Hàm Lợn. Położone ono jest u stóp gór, z których najwyższa jest Núi Hàm Lợn nazywana niekiedy, choć nie wiem dlaczego, górą świń. Ma ona 462 metry wysokości i góruje nad okolicą. Jezioro jest niewielkie i ma kolor błękitny. Tuż przy nim znajdują się lasy świerkowe. Już się przyzwyczaiłam, że potrafią one rosnąć tuż przy innych drzewach liściastych, a nawet w towarzystwie palm. Tutaj mieści się miejsce na kemping, ale nam nie przypadło do gustu, gdyż niski poziom wody sprawia, że zbiornik pozostaje nieosłonięty, co przy temperaturach 40 stopni nie przemawia na jego korzyść przede wszystkim z punktu widzenia wędkarza.

 

 

Kolejnym miejscem do którego docieramy jest jezioro Câu Cá. Pierwsze, co rzuca się tutaj w oczy, to czystość. Tak, jest czysto, bardzo czysto. Czy oby na pewno nadal jesteśmy w Wietnamie? Tak, wciąż jesteśmy. Kiedy na co dzień inne widoki dominują to, gdy widzi się miejsce niemalże sterylnie czyste, robi to ogromne wrażenie. Jezioro jest bardzo ładne, otoczone piękną roślinnością i otulone górami. Zdecydowanie numer jeden jak dla mnie, czy to na kemping, na wędkowanie, czy też czas spędzony w książką. Można powiedzieć coś czego szukaliśmy i znaleźliśmy. Spędziliśmy tutaj kilka uroczych chwil, a następnie wyruszyliśmy dalej. Co do wędkowania to sprawdzimy już wkrótce, gdyż w najbliższym czasie mamy zamiar tam wrócić.

 

 

Jeszcze jednym, choć już niemalże ostatnim odwiedzonym przez nas tego dnia, gdyż o pozostałych nie warto wspominać, było jezioro Họ Đồng Quan. Znajduje się zaledwie 35 kilometrów od Hanoi, niedaleko Soc Son. Wcześniej jezioro było tylko małym strumieniem. Jednak w 2000 roku zbudowano zaporę, aby nawadniać grunty orne i powiększono je. Jezioro jest ciekawie usytuowane, położone w dolinie i otoczone górami oraz lasami sosnowymi, które posadzono ponad 30 lat temu. Obecnie ma około 60 hektarów, a długość ponad 2 kilometry. Piękne krajobrazy zachęcają, aby wybrać się tutaj na piknik, czy tez kemping. Można spotkać tutaj także wielu wędkarzy. Dookoła jeziora znajduje się kilka restauracji i miejsc odpoczynku. Nam nie przypadło do gustu tylko z jednego powodu, gdyż było miejscami po prostu brudno. Ludzie przebywający tutaj chyba naprawdę nie wiedzą co czynią zaśmiecając takie miejsca. Tak trudno po sobie posprzątać? Niestety rzeczywistość jest tak, że często tak, najwyraźniej trudno. Czasami aż żal patrzeć.

 

 

My zakończyliśmy nasza wycieczkę motocyklową szlakiem jezior dookoła Hanoi i wróciliśmy do domu. Wybraliśmy te, które chcieliśmy lepiej poznać, jak i takie, których wcześniej nie odwiedzaliśmy.  Tym razem udało nam się znaleźć nasze ulubione i zapewne do tych wybranych wrócimy. To był piękny weekend pełen pięknej natury, towarzyszącej nam zieleni, błękitu nieba, promieni słonecznych, ale i burz, które szalały nam nami. Jednakże o tej porze roku w Hanoi i okolicach są one bardzo częstym zjawiskiem. Była to mała odmiana po naszych górskich wojażach i nowe doświadczenia. Jeśli nie macie pomysłu na weekend poza miastem odwiedźcie je i korzystajcie z ciszy i spokoju, kontaktu z naturą oraz czystego powietrza, o które w mieście trudno, zwłaszcza w tak ogromnym, jak Hanoi.

Share

Maj 24

Nietuzinkowy Spring River Resort i „21” rocznica ślubu …

Nietuzinkowy Spring River Resort  to wyjątkowe miejsce w Laosie, w którym warto się zatrzymać. Tym wpisem chcę zapoczątkować serię o takich specjalnych perełkach, w których spędzony czas będzie niezwykły. Z przyjemnością będę rekomendować te najlepsze, zwłaszcza jeśli przerosły nasze oczekiwania i to znacznie. A dzięki Spring River Resort nasza 21 rocznica ślubu pozostanie niezapomniana.

 

 

 

 

Spring River Resort  to najlepsze miejsce odpoczynku jakie poznaliśmy będąc w Laosie zarówno za pierwszym razem, jak i teraz odwiedzając ten kraj po raz drugi. Pojechaliśmy do niego dość spontanicznie, poprzedniego wieczoru rezerwując w nim bungalow. Złożyło się niezwykle szczęśliwie, że wybraliśmy to idylliczne miejsce właśnie 26 kwietnia. Tego dnia świętowaliśmy bowiem 21 rocznicę ślubu, a resort okazał się strzałem w przysłowiową 10. To urocze, zielone i spokojne miejsce urzekło nas. W efekcie pozostaliśmy tam na dwie noce, a nie jedną, jak wcześniej zamierzaliśmy. Przywitano nas drinkiem powitalnym i rozmową. Widok z bungalowu był po prostu magiczny. Z przyjemnością usiedliśmy na tarasie i delektując się szampanem w tych niezwykłych okolicznościach przyrody radowaliśmy się tą chwilą i świętowaliśmy rocznicę ślubu.

 

 

 

 

 

 

Znów chodziliśmy boso, tak jak w miejscu, o którym pisałam we wpisie www.zycieipodroze.pl/2016/09/06/ide-boso-czyli-miedzy-rzeka-a-morzem/, gdzie wszędzie był piasek miły dla stóp. Tutaj z kolei, gdyż  w całym resorcie chodzi się po drewnianych podłogach, chodniczkach i pomostach. Wspaniałe uczucie. My lubimy chodzić boso, a Wy?  Czyż można chcieć więcej w taki dzień? Kochający się ludzie, malowniczy pejzaż, góry, rzeka, piękna dziewicza natura, cisza przerywana śpiewem ptaków i ten spokój, cudowny spokój.

 

 

 

 

Z tarasu pokoju mogliśmy obserwować ludzi mieszkających w wiosce tuż obok resortu płynących do źródełka po wodę, a w innym miejscu dzieci radujące się kąpielą w rzece. To wszystko takie naturalne i jakże codzienne dla nich. Tutaj ludzie żyją przy rzece i z rzeką. Ze źródełek czerpią wodę pitną. W innych miejscach biorą kąpiel, czy robią pranie. Stanowi ona także miejsce zdobywania pożywienia.

 

 

 

 

Spring River Resort  położony jest na terenie niezwykłej zielonej krainy, czyli Phou Hin Poun National Bio-Diversity Conservation Area, nad rzeką Nam Hinboun, zaledwie 2 kilometry od niezwykłej jaskini Kong Lor, o której możecie przeczytać w poście www.zycieipodroze.pl/2018/05/14/kong-lor-magiczna-jaskinia-krasowa-ukryta-w-gorach-annamskich/.  Znajduje się w nim 16 tradycyjnych bungalowów. 6 z nich położonych jest tuż przy rzece z widokiem na nią. 10 kolejnych umieszczono w ogrodzie, skąd rozciąga się widok na to wyjątkowo zielone miejsce z pięknym kwiatami i górami w tle. Niezwykły widok na rzekę rozpościera się również z restauracji i pomostu.

 

 

 

 

Pokoje są urządzone pięknie. Bardzo lubię połączenie drewna i bambusa. Moskitiera nie tylko chroni przed niepowołanymi gośćmi, ale też dodaje niepowtarzalnego uroku. Pokoje są bardzo czyste i spędza się w nich z przyjemnością czas, choć my woleliśmy nasz taras z widokiem na rzekę, góry i dżunglę. W całym resorcie dodatki są drewniane, bądź bambusowe. Nawet kosze, wszelkie balustrady i poręcze. To wszystko otulone tropikalnym ogrodem z przepiękną roślinnością.

 

 

 

 

Dodatkowym walorem przemawiającym za wyborem Spring River Resort  jest doskonała obsługa, bardzo uprzejmy i przyjaźnie usposobiony personel oraz serwis najwyżej jakości. To także restauracja oferująca przepyszne dania kuchni laotańskiej, tajskiej i zachodniej. Przygotowywane są one przez szefa kuchni pochodzącego z Tajlandii. Dla niego przesyłamy głębokie ukłony, gdyż właśnie tutaj jedliśmy najpyszniejsze dania w całej podróży. Rozkosz dla oczu, podniebienia i węchu. Niesamowite doznania kulinarne, doskonałe połączenia smaków, które zapamiętamy na długo. Do tego wybór trunków niespotykany często w Laosie, łącznie z naszym ulubionym winem Shiraz. Piwa Beer Lao także nie zabrakło.

 

 

 

 

 

 

Spędzając czas w Spring River Resort  można skorzystać z wielu aktywności. To stąd możemy wyruszyć, aby zwiedzić jaskinie, udać się na wspinaczkę lub trekking, popływać w rzece, odwiedzić źródła wody pitnej lub płynąc łódką rzeką obserwować codzienne życie mieszkańców wiosek położonych przy niej. Można też podziwiać pola ryżowe, kukurydziane i tytoniowe położone niedaleko udając się na przejażdżkę. Tutaj wiele jest do odkrycia. Zarówno Park Narodowy Phou Hin Poun, jak i rzeka Nam Hinboun mają wiele do zaoferowania. Dziewicza natura, źródła, strumienie, wodospady mniejsze i większe, rzeki podziemne zachęcają, aby je odkryć, zobaczyć i odwiedzić.

 

 

 

 

Jeśli zawitacie w te strony, będąc w Laosie, odwiedźcie Spring River Resort , a nie będziecie zawiedzeni. My byliśmy urzeczeni tym miejsce. Malowniczy pejzaż, góry, rzeka, piękna dziewicza natura, cisza przerywana śpiewem ptaków spokój, a do tego różne możliwości aktywności i przepyszne jedzenie zasługują na najwyższą rekomendację. Nietuzinkowy Spring River Resort  skradł nasze serca. Na długo zapamiętamy tę naszą 21 rocznicę ślubu.

Share

Maj 22

Laos – kolejna odsłona …

Laos to kraj wyjątkowy, a tym razem drugie nasze spotkanie z nim, kolejna odsłona. Siedem dni, trzy loty samolotami, tysiąc dwieście pięćdziesiąt kilometrów przejechanych na motocyklu po drogach i bezdrożach oraz trzydzieści kilometry przepłynięte łódkami zarówno w słońcu, jak i w towarzystwie burz. I cóż, znów było magicznie, pięknie i wyjątkowo. W tym czasie odwiedziliśmy sześć prowincji, cztery miasta, gościliśmy w czterech parkach narodowych, widzieliśmy kilka jaskiń, magiczne pasma gór i rzeki z niezwykle czystą, przezroczysta wodą, jeziora o kolorze szmaragdowym, pola ryżowe, tytoniowe i kukurydziane. Znów mogliśmy przyglądać się codziennemu życiu, które jest takie niezwykłe. W kilku miejscach czas się zatrzymał. Cofnęliśmy się a czasie o sto, a może i więcej lat. Chcemy się podzielić z Wami naszymi odczuciami i zdjęciami.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To nasze kolejne spotkanie z niezwykłą i w wielu miejscach jeszcze dziewiczą krainą jaką jest Laos. To kraj spokojny, pełen jaskiń, pięknej natury, biednych terenów, niezwykłych ludzi zamieszkujących wsie i dość leniwych mieszkańców miast. Dla nas była to podróż pełna magicznych chwil, nowych doświadczeń, wrażeń i przygód różnorodnych. Czas spotkań z cudną naturą oraz sympatycznymi ludźmi. Kilka pięknych dni z magicznymi chwilami, choć i z takimi, które mogą zmrozić krew w żyłach. Najpiękniejsze widoki i spotkania z naturą miały miejsce w parkach narodowych, czyli Nam Kading National Bio-Diversity, Phou Hi Poun National Bio-Diversity, Nakai-Nam Theun NBCA i Hin Nammo National Bio-Diversity. Nasza trasa wiodła przez sześć prowincji, czyli Vientine, Bolikhamxai, Khammouan, Savanakhet, Salavan i Champasak. W tym czasie byliśmy też w czterech miastach: Vientiane, Thakhek, Savannakhet i Pakse. W większości teren pokryty jest górami i wyżynami z nielicznymi płaskowyżami. Dziewicza dżungla nie jest tutaj niczym nadzwyczajnym i występuje dość często, zwłaszcza w parkach narodowych. Nie mogę nie wspomnieć o dwóch niezwykłych i wyjątkowych jaskiniach, o których była mowa w poprzednich postach o Laosie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Naszą przygodę rozpoczęliśmy w Vientiane, czyli stolicy Laosu. „Miasto Drewna Sandałowego” położone jest w środkowo-zachodniej części Laosu, nad rzeką Mekong. O spływie tą wyjątkową rzeką wspominałam we wpisie www.zycieipodroze.pl/2016/03/22/ekscytujacy-splyw-mekongiem-przez-niezwykly-laos/.  Vientiane jest jedną z najmniejszych stolic w południowo-wschodniej Azji. W przeciwieństwie do wielu miast nie ma tutaj drapaczy chmur, czy też wysokich budynków. Dominuje zabudowa raczej niska. Miasto jest spokojne i dość urokliwe.  Zostało założone pod koniec XIII wieku, a w 1560 roku  król Setthathirath przeniósł stolicę królestwa Laosu do Vientiane z Luang Prabang, o którym pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2016/03/24/laos-i-urocze-luang-prabang/. W 1778 Vientiane znalazł się pod kontrolą Syjamu, a na przełomie 1827/1828 roku został złupiony i zniszczony, gdy poddany król laotański zbuntował się przeciwko hegemonii syjamskiej. Od 1893 roku z wyjątkiem okupacji japońskiej w 1945 roku Vientiane było siedzibą francuskiego gubernatora i francuskiej stolicy administracyjnej. Dopiero w roku 1949 roku miasto odzyskało niepodległość. Obecnie stolica Laosu przyciąga turystów. My spędziliśmy tutaj niewiele czasu przed naszą wyprawą motocyklową. Troszkę pospacerowaliśmy nad rzeką, zwiedziliśmy kilka świątyń, takich jak: Pha That Luang, Sisaket Temple, Wat That Khao, Wat Si Mung, Wat Phra Kaew i inne. Ponadto spędziliśmy chwilę w Chao Anouvong Park, gdzie znajduje się King Anouvong Statue. Odwiedziliśmy także Patuxay Monument, czyli Łuk Triumfalny, z którego rozciąga się widok na całe miasto. Chociażby dla niego warto pokonać schody. Po drodze na pięterkach znajdują się sklepiki z pamiątkami i letnimi ciuszkami. Łuk Triumfalny jest charakterystycznym miejsce stolicy Laosu, choć może nie najpiękniejszym. My zakończyliśmy na nim swoje zwiedzanie Vientiane i udaliśmy się na kolację i piwo Lao Beer, jak dla nas jedno z najlepszych w Azji, aby nazajutrz wyruszyć już w trasę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kolejnego dnia, tuż po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę. Chcieliśmy dotrzeć do miejsc, gdzie znajdują się ukryte pośród gór jaskinie. Będąc pierwszy raz w Laosie zwiedzaliśmy już kilka położonych w okolicach Vang Vieng, o czym możecie przeczytać w artykule www.zycieipodroze.pl/2016/03/25/magiczne-vang-vieng-w-laosie/. Wówczas zwłaszcza jedna nas urzekła. Tym razem tego dnia za cel obraliśmy Park Narodowy Pho Hi Poun, w którym znajduje się jaskinia Kong Lor. Dotarliśmy do Spring River Resort, gdzie postanowiliśmy uczcić obchodzoną tego dnia 21rocznicę ślubu. W drodze towarzyszyły nam niesamowite widoki i urocze miejsca oraz radujący się na nasz widok Laotańczycy. Ci mieszkający na wsiach są bardzo przyjaźni i mili. Piękne góry, pola, rzeki zachwycały i sprawiły, że podróż minęła bardzo szybko, a wybór miejsca postoju doskonały. Było tak wspaniale, że zamiast zostać na jedną noc przedłużyliśmy pobyt do dwóch. Tego dnia świętowaliśmy pijąc szampana i winko zajadając pyszności serwowane przez szefa kuchni. Myślę, że to miejsce zasługuje na to, aby poświęcić mu odrębny post. Po bardzo udanym popołudniu i wieczorze spędzonym w niezwykłych warunkach przyrody oraz pysznym śniadanku wyruszyliśmy w kierunku jaskini Kong Lor. Była to kilkugodzinna wyjątkowa podróż, a jaskinia magiczna. Zresztą sami zobaczcie i podziwiajcie, bo mowa o niej we wpisie www.zycieipodroze.pl/2018/05/14/kong-lor-magiczna-jaskinia-krasowa-ukryta-w-gorach-annamskich/. Nic dodać, nic ująć tylko doświadczyć. Po powrocie odpoczywaliśmy ciesząc się sobą, dziewiczą naturą i ciszą panująca dookoła nas. To był czas niezwykły, w czasie którego zmieniliśmy plany. Postanowiliśmy dotrzeć następnego dnia do kolejnej wyjątkowej jaskini, gdyż po Kong Lor nabraliśmy apetytu na więcej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Aby do niej dotrzeć pokonaliśmy motocyklem ponad 300 kilometrów od jaskini Kong Lor. Większość trasy drogami szutrowymi, a nawet takimi, których mapa google nie pokazuje. Ujrzymy je tylko na mapach satelitarnych. Towarzyszyły nam różne przygody i zmienna pogoda. W pewnym momencie dotarliśmy do rzeki, a mostu nie było. Jest on dopiero w trakcie budowy. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że płynie w naszym kierunku łódeczka. Spojrzeliśmy na siebie z niedowierzaniem, aby już za kilka minut płynąć nią na drugi brzeg. Aż niemożliwe, że pomieściła ona 2 motocykle i 5 osób. A jednak. To było dość ekstremalne doświadczenie. Później droga też wcale nie była dużo łatwiejsza, ale rzeki już nie trzeba było pokonywać. Dotarliśmy w końcu do wioski na końcu świata przy której położona jest właśnie ona, nietuzinkowa jaskinia o nazwie Xe Bang Fai Cave, czyli Tham Khoun Xe. Pozostaliśmy tutaj na noc, aby następnego dnia zobaczyć ten kolejny cud natury. Znalezienie noclegu nie było łatwe, ale po kilkunastu minutach udało się. Ugościła nas kobieta w   guest housie.  Mieliśmy dach nad głową i strawę, choć skromną to smaczną, a także mogliśmy się umyć. Co prawda służyła nam w tym celu miska, ale można było się odświeżyć. Czułam się, jak po normalnym prysznicu, nieco tylko trochę chłodniejszym. Bez wifi spędziliśmy czas na rozmowie, a reszta nocy minęła w wyjątkowej ciszy. Dawno nie było tak cichutko. Poranek przywitał nas lekkim deszczykiem. Po skromnym śniadaniu, które smakowało wyjątkowo w tym biednym zakątku Laosu, ruszyliśmy w stronę jaskini.– fragment pochodzi z wcześniejszego wpisu, w którym i o samej jaskini możecie przeczytać na stronie www.zycieipodroze.pl/2018/05/17/xe-bang-fai-jaskinia-na-koncu-swiata/. To były wyjątkowe, choć i dość trudne dwa dni ze względu na drogi, których czasami nawet nie było, pełne różnych doświadczeń, pięknych wrażeń, niezapomnianych widoków i bajkowych scenerii oraz wioski i jaskini na końcu świata, bynajmniej tego laotańskiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wracając z jaskini i jej okolic pełnych dziewiczej natury wyruszyliśmy w drogę do Thakhek, gdzie po trudach podróży postanowiliśmy odpocząć nad rzeką Mekong. Motocykl również potrzebował odpoczynku i małej interwencji mechanika. Miasta nie zwiedzaliśmy, gdyż przyszła burza i ulewa. Po kolacji z przyjemnością udaliśmy się na zasłużony odpoczynek, aby następnego ranka wyruszyć dalej. I tak też uczyniliśmy. Ponieważ zostaliśmy dwa dni w Spring River Resort i wybraliśmy się do jaskini Xe Bang Fai teraz musieliśmy przyspieszyć. Po śniadaniu, ruszyliśmy w stronę Pakse, naszego miejsca docelowego na ten dzień. Po drodze zatrzymaliśmy się na lunch w Savannakhet, zresztą bardzo smaczny. Podróż ze względu na burze i deszcze była utrudniona, a postoje konieczne. Jednakże wieczorem udało nam się dotrzeć do Pakse. Po odpoczynku nocnym następnego dnia zwiedziliśmy troszkę miasto, wymyliśmy nasz motocykl, aby go zwrócić czystym. Służył nam dzielnie pomimo niełatwych dróg, które wybraliśmy. Pożegnaliśmy wynajęty motocykl i tuk tukiem pojechaliśmy na lotnisko skąd udaliśmy się do Vientiane. W stolicy Laosu spędziliśmy jeszcze kilka godzin. Zjedliśmy lunch i pospacerowaliśmy nad Mekongiem, aby już wieczorem udać się w drogę powrotną do domu, do Hanoi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To była już druga odsłona Laosu dla nas. Tym razem skupiliśmy się na jaskiniach, ale też i spędziliśmy fantastyczną 21rocznicę ślubu w niezwykłym miejscu. Laos najbardziej wciąż zaskakuje swoją dziewiczością wielu miejsc, magiczną naturą i niezwykłymi jaskiniami. Dla nas po raz kolejny to była przygoda niezwykła i zapewne niezapomniana. I choć było to tylko siedem dni, ale dla nas aż siedem. Kilka pięknych dni z magicznymi chwilami, choć i z takimi, które mogą zmrozić krew w żyłach na chwilę. Zapewne ten czas będziemy długo, długo pamiętać, a Laos, kraina jaskiń i dziewiczej natury, będzie wciąż gościł w naszych sercach.

Share

Maj 17

Xe Bang Fai – jaskinia na końcu świata …

Xe Bang Fai, czyli Tham Khoun Xe-co oznacza ,,jaskinię u źródła rzeki”, to jaskinia na końcu świata, bynajmniej tego laotańskiego. Cóż, aby do niej dotrzeć trzeba się troszkę wysilić. Laos jest niewątpliwie krainą jaskiń, a naturalna i jedna z największych Xe Bang Fai jest jedną z nich. W poprzednim poście pisałam również o magicznym miejscu z rzeką podziemną w roli głównej www.zycieipodroze.pl/2018/05/14/kong-lor-magiczna-jaskinia-krasowa-ukryta-w-gorach-annamskich/. Także tym razem jest podobnie. Dzisiejsza bohaterka postu jest podobnym rodzajem jaskini. Choć odróżnia ją to, że w przeciwieństwie do poprzedniczki nawet odrobina jej wnętrza nie jest podświetlona. Podróżuje się w całkowitej ciemności płynąc maleńką łódką z przewodnikiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

Aby do niej dotrzeć pokonaliśmy motocyklem ponad 300 kilometrów od jaskini Kong Lor. Większość trasy drogami szutrowymi, a nawet takimi, których mapa google nie pokazuje. Ujrzymy je tylko na mapach satelitarnych. Towarzyszyły nam różne przygody i zmienna pogoda. W pewnym momencie dotarliśmy do rzeki, a mostu nie było. Jest on dopiero w trakcie budowy. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że płynie w naszym kierunku łódeczka. Spojrzeliśmy na siebie z niedowierzaniem, aby już za kilka minut płynąć nią na drugi brzeg. Aż niemożliwe, że pomieściła ona 2 motocykle i 5 osób. A jednak. To było dość ekstremalne doświadczenie. Później droga też wcale nie była dużo łatwiejsza, ale rzeki już nie trzeba było pokonywać. Dotarliśmy w końcu do wioski na końcu świata przy której położona jest właśnie ona, nietuzinkowa jaskinia o nazwie Xe Bang Fai Cave, czyli Tham Khoun Xe. Pozostaliśmy tutaj na noc, aby następnego dnia zobaczyć ten kolejny cud natury. Znalezienie noclegu nie było łatwe, ale po kilkunastu minutach udało się. Ugościła nas kobieta w   guest housie.  Mieliśmy dach nad głową i strawę, choć skromną to smaczną, a także mogliśmy się umyć. Co prawda służyła nam w tym celu miska, ale można było się odświeżyć. Czułam się, jak po normalnym prysznicu, nieco tylko trochę chłodniejszym. Bez wifi spedziliśmy czas na rozmowie, a reszta nocy minęła w wyjątkowej ciszy. Dawno nie było tak cichutko. Poranek przywitał nas lekkim deszczykiem. Po skromnym śniadaniu, które smakowało wyjątkowo w tym biednym zakątku Laosu, ruszyliśmy w stronę jaskini.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jaskinia położona jest na rzece Xe Bang Fai, na płaskowyżu Nakhai, w Hin Nammo National Bio-Diversity Conservation Area, w odległym zakątku prowincji Khammuan. Jej źródło znajduje się w pasie Gór Annamskich między Laosem i Wietnamem. Chociaż  badania francuskie trwały już od 1905 roku  jaskinia ta pozostała praktycznie nieznana. Oczywiście z wyjątkiem mieszkańców okolicznych wsi. Długość korytarzy w niej występujących wynosi co najmniej 14 kilometrów. Łodzią można przepłynąć 2 kilometry. Jaskinia nadal pozostaje częściowo niezbadana. Wejście do jaskini, czyli wywierzysko, ma formę łuku skalnego o wysokości około 60 metrów. Główny korytarz ma średnio 76 m szerokości i 53 m wysokości stanowiąc jeden z największych aktywnych korytarzy jaskiniowych na świecie. Komory mają wysokość nawet 120 metrów i szerokość 200. Liczne formy krasowe, nacieki, stalagmity osiągające długość 20 metrów, a stalagnaty, stalaktyty, kolumny, jeziora krasowe mogą zadziwić.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Atmosfera panująca w jaskini jest niezwykła. Towarzyszy nam całkowita ciemność, wilgotność i cisza. Jesteśmy tutaj tylko my i nasz przewodnik lokalny oraz nietoperze nad naszymi głowami. Jest pięknie. Zresztą sami zobaczcie na zdjęciach, które wcale nie łatwo było zrobić. Uwierzcie jednak, że nie oddają one klimatu panującego w jaskini. Nasze spotkanie z jaskinią trwa około 2 godzin. W tym czasie płyniemy łódką, jak i spacerujemy poznając jej zakamarki. W pewnym momencie docieramy do tarasu widokowego, z którego otuleni ciemnością możemy podziwiać wejście do jaskini oświetlone światłem dziennym. Widok jest niesamowity. Światło przedostaje się jakby przez mgłę spowodowaną bardzo wysoką wilgotnością panująca w jaskini. A mech porastający skały, paprocie i inne rośliny sprawiają, ze wywierzysko wygląda wyjątkowo i magicznie, aż trudno oczy oderwać od tego widoku.

 

 

 

 

 

 

 

 

Według legendy  jaskinia jest zamieszkana przez ducha. Pewnego razu złamany instrument muzyczny khaen został pozostawiony przy wejściu do jaskini. Następnie został znaleziony w nienagannym stanie. Ktoś przywrócił mu wygląd początkowy. Wierzono, ze zrobił to duch.  Krążyły również opowieści o duchu, który użyczał pięknych ubrań osobom na różne ceremonie. Trwało to dopóki pewnego razu jeden z pożyczających zwrócił nie wypraną odzież. Uważa się również, że obrońcy dusz pomagają wieśniakom, jeśli spadną z urwiska, próbując złapać jaskółki i nietoperze w pobliżu wejścia do jaskini, ponieważ nikt nie zginął podczas upadku. Mieszkańcy wierzą, że duch jest życzliwy, chociażby dlatego, że w czasie wojny bomby nie dotarły do jaskini. Chroniła ona wówczas mieszkańców przed nimi, a północna armia wietnamska, która podróżowała szlakiem Ho Chi Minh, również się w niej ukrywała. Jej wielkość sprawia, że może pomieścić ona tysiące ludzi. Co roku składane są dary dla ducha, aby wciąż zapewniał ochronę. Zgodnie z tradycją nie wchodzi się do jaskini bez przewodnika, bo to zły omen. Dodatkowo najlepiej odwiedzać jaskinię w porze od października do maja, gdyż później poziom wód może być bardzo wysoki przez co jest bardziej niebezpiecznie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Droga do Xe Bang Fai nie była łatwa, ale pokonawszy ją znaleźliśmy się na końcu świata. Dosłownie się tak czuliśmy. Mieszkańcy wioski położonej przy jaskini żyją bardzo skromnie. Tylko część z nich zarabia na życie dzięki jaskini pracując jako przewodnicy. Pomyślcie sami, że my byliśmy jedynymi poza mieszkańcami, którzy spali w wiosce. Dzieje się tak dlatego, że pojedynczy odwiedzający zostający w wiosce na noc zdarzają się tutaj bardzo rzadko. A szkoda. Bo nie jednemu z nas pobyt choć przez chwile w takim miejscu dobrze robi. Sprawia, że bardziej doceniamy to, co mamy. Z kolei jaskinia Xe Bang Fai niewątpliwie jest wyjątkową ze względu na panującą w niej aurę i naturalność, którą my uwielbiamy. Tak rzadko bowiem obecnie można przebywać w takich miejscach i podziwiać je takimi jakimi je natura stworzyła. Czasami warto dotrzeć na koniec świata, choćby jak w tym przypadku tego laotańskiego.

Share

Maj 14

Kong Lor – magiczna jaskinia krasowa ukryta w Górach Annamskich …

Kong Lor Cave, czyli Tham Kong Lo to magiczna jaskinia krasowa ukryta w laotańskiej części Gór Annamskich, które w dużym stopniu pokryte są dżunglą.  Jest jednym z najbardziej spektakularnych miejsc w całej południowo-wschodniej Azji. Dla miłośników jaskiń to niewątpliwie zjawisko niezwykłe i to aż niewiarygodne, że pozostaje nadal dość mało znana. Zupełnie inaczej niż po stronie wietnamskiej gór. Tutaj jaskinie,  jak chociażby Phong Nha, o której pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2018/03/28/phong-nha-malownicza-jaskinia-z-najdluzsza-rzeka-podziemna-i-starozytnymi-inskrypcjami/, będąca również jaskinią z rzeką podziemną, są wręcz oblegane przez turystów. W Laosie jest zupełnie inaczej. Niewiele osób dociera w rejony z jaskiniami. Dzięki temu wciąż pozostają one dość dziewicze i nie naruszone, co niewątpliwie czyni je wyjątkowymi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Laos to kraina jaskiń. Znajduje się ich tutaj bardzo dużo, wiele jeszcze dotąd nie zbadanych. Kong Lor jest jedną z nich, choć niewątpliwie wyjątkową ze względu na przepływającą przez nią rzeką podziemną Nam Hinboun. Jest to krasowa jaskinia wapienna  położona w Phou Hin Poun National Biodiversity Conservation Area. Park Narodowy leży w pięknej, choć dość biednej prowincji Khammouane. Jaskinia znajduje się około 130 kilometrów na północ od Thakhek. Dotrzeć do niej można podróżując pośród pól tytoniowych i ryżowych, bądź płynąc łódką przez dżunglę. Już sama droga, która prowadzi do jaskini, jest niezwykła. Tak, jak wspomniałam, można dojechać wiejską drogą z Ban Khoun Kham lub dopłynąć łodzią z wioski Ban Tiou, co my uczyniliśmy. Z resztą była to bardzo dobra decyzja, gdyż to, co zobaczyliśmy urzekło nas bardzo. Łódka zabrała nas ze Spring River Resort. Podróż była niezwykła. Poziom wody bardzo niski. Łódka pomimo starań sternika nierzadko grzęzła w piasku, bądź uderzała o kamienie i konary drzew leżące na dnie.  Aż niewiarygodne, że przewodnicy tak dobrze radzą sobie w tych warunkach i potrafią tak manewrować, aby nic nie uszkodzić i dowieźć wszystkich bezpiecznie do celu. To wyjątkowe doświadczenie dla nas, widoki niezwykłe i spotkania z ludźmi żyjącymi tutaj jak przed wiekami. Czas się tutaj zdecydowanie zatrzymał. Odnieśliśmy wrażenie, że cofnęliśmy się co najmniej o 100 lat. Ludzie mieszkający przy rzece wykorzystują ją na różne sposoby. Ze źródełek czerpią wodę pitną. W innych miejscach biorą kąpiel, czy robią pranie. Stanowi ona także miejsce zdobywania pożywienia, czy też hodowli kaczek i bawołów, których mijaliśmy wiele płynąc łódką. Rzeka Nam Hinboun w porze suchej miejscami jest bardzo, bardzo płytka, ale kiedy wpada do jaskini jej nurt jest znacznie szybszy. Osiąga nawet do 100 m³ / s przepływu. Jest dostępna tylko dla małych łodzi. Typowa łódź może pomieścić do pięciu pasażerów plus dwóch członków załogi. Jednakże na ogół płynie sternik i dwie osoby.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kong Lor jest jaskinią, którą uważa się za jeden z geologicznych cudów Azji Południowo-Wschodniej. Ma łączną długość 12,4 kilometra. My płynęliśmy 7,5 kilometra w jedną stronę i tą samą drogą wracaliśmy, gdyż podróż podzielona jest na etapy. Jaskinia jest bardzo szeroka i wysoka, a tutejszy system rzeczny jest jednym z najdłuższych na świecie. Spektakularna Kong Lor ma ponad 100 metrów wysokości i jest pełna starożytnych stalaktytów i stalagmitów. Niektóre przypominają wyglądem żabę, sowę, czy też przedstawiają wizerunek Buddhy. Legenda głosi, że podziemna rzeka została odkryta w XVI wieku po tym, jak mieszkańcy wioski zauważyli dziwacznie wyglądającą kaczkę, która nie pochodziła z tego obszaru. Pływała ona w szmaragdowym basenie. Do dziś mieszkańcy uważają, że woda w nim świeci jasnym szmaragdowym kolorem, który oni uważają za święty. Wierzą, że odbija ona skórę hinduskiego boga Indry. Poza kaczką mieszkańców zainteresował zakwitający ryż i drewniane jarzmo bawołów. Zaczęli oni podejrzewać, że rzeka Nam Hinboun może przedostawać się przez górę. Ponoć po trzech dniach eksploracji przy świetle pochodni płynąc łódką dotarli na drugą stronę, gdzie założyli wioski Ban Sianglae ​​i Ban Kkunkeo. Przez długi czas jaskinia pozostawała w cieniu gór. Odkryto ją ponownie w 1995 roku, a w 2002 została udostepniona odwiedzającym. Mieszkańcy wsi Natan, znajdującej się po drugiej stronie rzeki, nadal korzystają z jaskini jako głównej metody transportu, ze względu na okropne drogi w okolicy. Kiedy muszą wysyłać zbiory tytoniu na rynek w Thakhek, stolicy prowincji, po prostu ładują go na łódki i przemierzając rzeką przez ciemną jaskinię transportują go. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Do jaskini wchodzi się na nogach, aby później maleńką łódką popłynąć w otchłań otuloną ciemnością. Doświadczony sternik doskonale radzi sobie zarówno z prądem rzecznym, jak i brakiem światła. Jest tylko on, my, czołówki, łódka, cisza i niezwykła jaskinia spowita mrokiem. Silnik pracuje miarowym rytmem, ale czasami trzeba go wyłączyć, gdyż skały są blisko, albo woda jest zbyt płytka. Wówczas wiosła służą do poruszania. W jednym miejscu opuszczamy łódkę i przenosimy ją, gdyż napotykamy niby maleńki wodospad, ale niemożliwe jest pokonanie go nasza łupinką. To niesamowite jak dobrze nasz przewodnik zna tę jaskinię, każdy jej zakamarek. Zapewne gdybyśmy my mieli sterować bardzo szybko rozbilibyśmy się o którąś ze skał, choć sami żeglujemy, o czym pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2017/05/04/zeglowanie-czyli-poczatek-niezwyklej-pasji/. Jednakże tutaj wszystko wygląda inaczej. Płyniesz rzeką podziemną przez jaskinię otuloną mrokiem ze świadomością, że wokół i pod wodą mnóstwo skał, kamieni i zmienna głębokość wody. To już nie przelewki. Tutaj trzeba doskonale nawigować i tak jak lokalni przewodnicy znać niemalże każde miejsce w jaskini, aby bezpiecznie dotrzeć na jej druga stronę. Każdy niewłaściwy ruch mógłby bowiem spowodować wywrócenie łódki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Łódką płynie się około 45 minut w jedną stronę. Jednak w międzyczasie, po kilku minutach wpłynięcia do jaskini, nasz przewodnik zatrzymuje się i odwiedzamy spacerując niezwykłą komnatę. Jest leciutko podświetlona, więc można podziwiać znajdujące się w niej różne formy krasowe.   Stalagmity i stalaktyty mogą zadziwić, a kolumny prezentują się doskonale. Spędzamy tutaj kilka chwil, aby po drugiej stronie komnaty wsiąść znów na łódkę. Ruszamy w dalszą drogę znów otuloną ciemnością. Docieramy do końca i naszym oczom ukazuje się magiczna górska sceneria niczym z bajki. Opuszczamy łódkę i udajemy się w miejsce odpoczynku na przerwę. Tutaj zorganizowano miejsce postoju, w którym można posilić się i napić, gdy ktoś jest spragniony, bądź głodny. Możemy przyjrzeć się też pracy miejscowych tkaczek, a nawet zakupić ich dzieła. Praca na krosnach wcale nie jest taka prosta, ale panie zręcznie przekładają kolorowe nici. Po odpoczynku wracamy na nasza łódkę i udajemy się w drogę powrotną, aby ponownie przemierzyć 7,5 kilometra pośród ciemnych otchłani tejże jakże niezwykłej jaskini Kong Lor. Po opuszczeniu jej jeszcze długo wpatrujemy się w jej otchłań. Towarzyszą nam przy tym jaskółki. Przed jaskinią ku naszemu zaskoczeniu wysoko ponad nami buszują w dżungli małpy. Tuż obok wejścia do jaskini pływa mnóstwo ryb, które mogliśmy nakarmić pelletem zakupionym na miejscu. Przychodzi czas, aby pożegnać się z jaskinią oraz jej otoczeniem i udać się w drogę powrotną. Tym razem łódka ma nieco lżej, gdyż płynie z prądem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niewątpliwie to była wyjątkowa podróż  i niezwykła jaskinia. Kong Lor zachwyciła nas swą naturalnością, zaskoczyła ciemnością i niesamowitymi, ogromnymi formami krasowymi, a płynąca przez nią rzeka uczyniła ją jeszcze bardziej interesującą. Ta tajemnicza jaskinia bardzo nas urzekła. Warto pokonać dżunglę i do niej dotrzeć, gdyż to piękny zakątek Laosu i wciąż nie zadeptany. Po powrocie z niej postanowiliśmy udać się w kierunku kolejnej jaskini, do której prowadziła droga, której nawet mapa google nie pokazuje. Jednak o tym napiszę w innym poście.

Share

Maj 08

Ciekawostki i interesujące fakty o rybach i wędkarstwie …

Najstarsze ryby zidentyfikowane przez naukowców pochodzą sprzed 425 milionów lat. Były to pozbawione szczęki podwodne stworzenia z pancernymi płytami okrywającymi ciało.

 

 

Najstarsza literatura wędkarska, poświęcona łowieniu ryb na wędkę dla przyjemności, jest dziełem rzymianina Claudiusa Aelianusa. Teksty powstały około 170 – 230 p.n.e., a autor opisywał w nich jak mieszkańcy Macedonii łowili pstrągi na sztuczną muchę.

*****

Najstarszy znaleziony haczyk wędkarski pochodzi z około 42 000 lat temu. Zrobiony był z muszli.

*****

Istnieją dowody archeologiczne, że ludzka rasa je ryby od 40 000 lat.

*****


Pierwsze kołowrotki zostały wynalezione w Chinach w IV wieku.

*****

Wędkarstwo muchowe jest najbardziej popularnym stylem wędkarstwa, a ponadto jest najstarszym ze wszystkich stylów. Ta forma połowów została wymyślona około 200 roku naszej ery.

*****

Na całym świecie żyje 32 000 żywych gatunków ryb. Jest ich więcej niż jakiejkolwiek innej grupy kręgowców.

*****

Szacuje się, że istnieje ponad 15 000 gatunków ryb, których jeszcze nie zidentyfikowano. Oceany są ogromne i kto wie, co się w nich jeszcze kryje. Naukowcy zbadali tylko 1% głębokości oceanu. Uważają oni, że miliony nowych gatunków zwierząt i ryb wciąż czeka na odkrycie.

 

 

 

 

 

 

Ryby mają zazwyczaj dość mały mózg w stosunku do wielkości ciała w porównaniu z innymi kręgowcami. Stanowi on zazwyczaj jedną piętnastą, czyli 0,06 procenta masy mózgu ptaka lub ssaka o podobnej wielkości.

 

*****

 

Ryby nigdy nie zamykają oczu ponieważ nie mają powiek. Jedynymi wyjątkami są rekiny, które je posiadają.

 

 *****

 

Pyszczek służy rybom do wykonywania wielu czynności. Używany jest do zdobywania jedzenia, budowania schronień i opieki nad potomstwem.

 

*****

 

Linia boczna jest organem zmysłowym znajdującym się głównie u ryb. Pozwala im na przykład na podążanie za wirami wytworzonymi przez uciekającą ofiarę, na orientację i na świadomość przestrzenną.

 

*****

 

Większość ryb ma kubki smakowe na całym ciele.

 

*****


97% wszystkich znanych ryb rozmnaża się poprzez złożenie jaj.

 

*****

 

Większość ryb nie może pływać do tyłu. Te, które mogą przynależą głównie do jednej z rodzin węgorzy.

 

 

 

Ryby słodkowodne są w większości krótkowidzami. Ich zdolność dobrego widzenia ograniczona jest do 1-2 metrów.

 

 *****

 

Niektóre ryby nie mają łusek. Na przykład rekiny mają szorstką skórę z piaskiem zamiast nich.

 

 *****

 

Największą żyjącą obecnie rybą na świecie jest rekin wielorybi. Osiąga on długość nawet 16 metrów i może ważyć nawet ponad 11 ton. I o dziwo żywi się wyłącznie planktonem.

 

*****

 

Najmniejszą ryba morską jest Trimmatom nanus. Należy ona do rodziny babkowatych. Osiąga długość 8-10 milimetrów. Występuje w paśmie tropikalnym między 8° szerokości geograficznej północnej i 10° szerokości geograficznej południowej. Według Księgi Rekordów Guinnesa jest to najmniejsza ryba i zarazem najmniejszy kręgowiec świata.

 

 *****

 

Najmniejszą rybą słodkowodną jest babka filipińska-pandaka. Samice dorastają do 13,5 milimetra, samce do 12,5. Występuje tylko w jeziorach dystryktu Bato oraz Buhi na filipińskiej wyspie Luzon. Grozi jej wyginięcie z powodu nadmiernych połowów i wprowadzenia tilapii do zasiedlonych przez nią ekosystemów.

*****

Najszybszą rybą jest żaglica. Może pływać tak szybko, jak samochód na drogach szybkiego ruchu. Żaglica na krótkim dystansie może osiągać prędkość do 130 km/h. 

 *****

Sailfish i wahoo mogą przekraczać prędkość 90 km / h, włócznik 90 km/h, marlin 80 km/h a tuńczyk 75 km/h.

 

 

 

 

Makrele osiągają prędkość 50 km / h, łososie do 39 km/h a pstrągi 35 km/h. Przy czym średnio ryba osiąga maksymalną prędkość 20 km / h.

 *****

Najwolniejszą rybą jest konik morski. Płynie tak wolno, że człowiek ledwo może powiedzieć, że się porusza.

 *****

Nie wszystkie ryby spędzają cały swój czas w wodzie. Niektóre z nich mogą latać na krótkich dystansach. Przeciętnie latające ryby mogą szybować około 50 metrów, ale niektóre nawet 200 metrów i osiągać wysokość do 6 metrów.

*****


Najbardziej trującą rybą na świecie jest kamienna ryba. Jej ugryzienie może wywołać szok, wstrząs, paraliż, a nawet śmierć, jeśli człowiek nie zostanie poddany leczeniu w ciągu kilku godzin.

 *****

W Japonii fugu, czyli ryba puffer, jest soczystym, ale śmiertelnym przysmakiem. Zawiera tetrodotoksynę, czyli śmiertelną truciznę. Jednak jest pyszna, więc japońscy smakosze ryzykują życie. Aby przyrządzić to ryzykowne danie szefowie kuchni muszą mieć certyfikat ze specjalnej szkoły, która uczy przygotowywania tej toksycznej ryby. 

*****

Największymi konsumentami ryb na świecie są Japonia, Chiny i Stany Zjednoczone.

 *****

Chiny są wiodącym krajem pod względem rybołówstwa.

 

 

Im bardziej głodna jest ryba, tym łatwiej ją złapać.

 

Share

Kwi 23

Ryby, wędkarstwo, życie – powiedzenia, myśli i cytaty …

„Każdy jest geniuszem.

Ale jeśli zaczniesz oceniać rybę pod względem jej zdolności wspinania się na drzewa,

to przez całe życie będzie myślała, że jest głupia.”

Albert Einstein

*****

„Nie ma ryby bez ości i człowieka bez wad.”

przysłowie norweskie

 

 

„Człowiek bez swobody jak ryba bez wody.”

przysłowie polskie

*****

„Ryba psuje się od głowy, a człowiek od serca.”

Mariusz Fiedorek

*****

„Machaj wędą – ryby będą.”

autor nieznany

 

 

„Gość i ryba trzeciego dnia cuchnie.”

przysłowie polskie

 *****

„Wędkowanie to znacznie więcej niż ryba. Jest to wspaniała okazja,

aby powrócić do wspaniałej prostoty naszych przodków “.

Herbert Hoover

 *****

„Człowiek bez pas­ji nie zro­zumie dru­giego, który wsta­je o 3.30 żeby pójść na ryby.”

Claudette

*****

„Jak ryby na wędkę, tak ludzi łowią na grzeczność.”

przysłowie polskie

*****

„Nie ma ryby bez ości i człowieka bez wad.”

przysłowie norweskie

*****

„Rzuć szczęściarza do wody, a wypłynie z rybą w zębach.”

Julian Tuwim

*****

„Ryba widzi nie haczyk, a przynętę.”

przysłowie rosyjskie

 *****

„Teraz, gdy już nauczyliśmy się latać w powietrzu jak ptaki, pływać pod wodą jak ryby,

brakuje nam tylko jednego: nauczyć się żyć na ziemi jak ludzie.”

George Bernard Shaw

 *****

„Nierzadko ryba więcej powie niż mocno wygadany człowiek.”

autor nieznany

 *****

„W czasie łowienia ryb należy zachowywać najwyższą ostrożność – zwłaszcza gdy się jest rybą.”

Dwight D. Eisenhower

*****

„Żebyś dorszowi włożył marchew do gęby, a pomidora pod ogon, nie stanie się łososiem.”

przysłowie norweskie

 

 

„Gdyby ptak kochał rybę, gdzie mogliby zamieszkać?.”

                            Donya Al-Nahi

 *****

„Istnieją ludzie, którzy łowią ryby, i tacy, którzy tylko mącą wodę.”

przysłowie chińskie

Share

Starsze posty «