Lip 09

Mac Lake – jezioro ukryte w Parku Narodowym Cuc Phuong …

Mac Lake jest jednym z naszych ulubionych jezior na weekendowe plenerowe wyjazdy wędkarskie. Zwłaszcza latem, gdy upał zaczyna mocno doskwierać i szukamy zacienionych miejsc, w których można spędzić czas z dala od miasta. Z Hanoi to około 120 kilometry, więc niewiele ponad dwie godziny jazdy samochodem, bądź nieco dłużej motocyklem, a z Ninh Binh to tylko niecałe 45 kilometrów, co zajmuje około godziny.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mac Lake  położone jest u stóp gór w najstarszym Parku Narodowym w Wietnamie, a mianowicie Cuc Phuong. Sam park jest miejscem wyjątkowym. Poświęcę mu jednak oddzielny wpis. Dzisiaj chcę skupić się na samym jeziorze, które de facto jest zbiornikiem sztucznym, ale wygląda niezwykle naturalnie. Położone jest nie więcej niż dwa kilometry od bramy wjazdowej do parku skąd można dotrzeć samochodem, rowerem, meleksem, bądź pieszo. Kiedy do niego docieramy naszym oczom ukazuje się cudny zbiornik położony u stóp gór wapiennych, pośród drzew i pięknej zieleni. Słyszymy śpiew ptaków i odgłosy dżungli, a dookoła nas fruwają motyle. Ich barwy poprzez biel, żółć, pomarańcz, aż po czerń sprawiają, że wyglądają niczym namalowane na obrazku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mac Lake jest bardzo ładnym jeziorem do którego dostęp jest z każdej strony, co w Wietnamie nie zawsze jest takie proste. Można spacerować wzdłuż jego brzegów przygotowaną w tym celu drogą, obserwować okolicę z uroczego mostku, bądź przysiąść na brzegu i wsłuchiwać się w naturę. Może tylko poza godzinami wieczornymi zwłaszcza w sobotę, gdy dobiegają nas dźwięki karaoke od strony restauracji, gdzie spędzają czas przyjezdni Wietnamczycy, jest spokojnie i cicho. Jezioro jest wyjątkowo czyste. Znajdują się tutaj domki, bungalowy i dormitoria, w których może pomieścić się dość sporo osób mających ochotę zostać tutaj na dłużej. Restauracja serwuje posiłki i napoje, więc jeśli się nie ma ochoty stąd ruszać na miejscu znajdziemy wszystko, co potrzebne. Personel jest bardzo przyjazny, radosny i pomocny, co czyni pobyt tym bardziej miłym i udanym.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mac Lake jest doskonałym miejscem służącym jako baza wypadowa w głąb Parku Narodowego Cuc Phuong. Można stąd wyruszać i wracać, kiedy ma się tylko ochotę. Dla nas jest to jednak przede wszystkim miejsce w którym uwielbiamy spędzać czas i wędkować. Rybki tutaj, choć może nie pokaźnych rozmiarów-największa ważyła trzy kilogramy, są takie radosne. Uwielbiają próbować różnorodne nasze propozycje zanęty i przynęt. My mamy dobrą zabawę, a one pokosztują różności. Oczywiście po złapaniu cmok i wracają do wody.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Każdy kto ma ochotę odpocząć z dala od miasta pośród gór, zieleni, w domku położonym nad sama wodę, nad jeziorem Mac Lake znajdzie spokój i przyjazne otoczenie. My polubiliśmy to miejsce od pierwszego spotkania z nim i chętnie tam wracamy. Jeśli zawitasz w te strony odwiedź Mac Lake i ciesz się pobytem nad jeziorem ukrytym w Parku Narodowym Cuc Phuong ciesząc się pięknem tej krainy.

Share

Lip 05

Ru – czy to na pewno kołysanka (?) …

W języku wietnamskim słowo ru oznacza „kołyskę” lub „kołysankę” (kołysać do snu) i może zastanawiać nas dlaczego Kim Thúy wybrała taki, a nie inny tytuł dla swojej debiutanckiej  książki, a raczej powinnam rzec pamiętnika składającego się z okruchów przeszłości i teraźniejszości. „Ru” jest autobiograficzną nowelą, w której ukazane są losy dziewczynki wyrwanej z korzeniami z ziemi ojczystej, która będąc już dorosłą osobą postanawia się podzielić swoimi przeżyciami. Zbiera je niczym obrazy składające się z pojedynczych scen z życia w całość. Są one  dobrane zupełnie jakoby przypadkowo, ale czy oby na pewno?

 

 

„Raj i piekło splotły się ze sobą a brzuchu naszego statku.

Raj obiecywał zwrot w naszym życiu, nową przyszłość, nowa historię.

Piekło natomiast rozpościerało przed nami nasze lęki:

strach przed piratami, strach przed śmiercią głodową, strach, że nigdy nie dotknie się twardego lądu,

strach, że się nie zobaczy więcej twarzy rodziców,

siedzących gdzieś tam w półmroku, pośród tych dwóch setek ludzi.”

 

Już sama okładka przyciąga niczym magnes. Jest niby prosta, ale czyż źdźbła ryżu nie są sugestywne? Czy nie są zwiastunem czegoś nowego, początku życia, a może pierwszych dni na emigracji. A do tego ten tytuł, który w jednym słowie „Ru” zawiera niemalże wszystko. Ru po wietnamsku tak, jak wspomniałam, znaczy „kołyska”, „kołysanka”, czy też „kołysać do snu”. Z kolei w języku francuskim tłumaczone jest jako „źródełko”, „strumyczek” i jest interpretowane jako upływ … czasu, łez, krwi, czy też pieniędzy. Nie bez powodu zatem autorka wybrała taki, a nie inny tytuł dla swej noweli. Niby prosty, ale zawierający w sobie tak wiele, jak i zresztą cała książka. Tak zaiste jest. Autorka ujęła bowiem na zaledwie 160 stronach całe swoje życie, jego sens i bezsens, całą jego wielkość i małość zarazem, raj i piekło, obietnicę i stratę, powitania i rozstania. Jego poszczególne etapy, od dzieciństwa po macierzyństwo, doświadczenie bycia matką dziecka autystycznego, o czym pięknie pisze swoimi słowami ukazując przy tym całą wielkość matczynej miłości.

 

„Nie krzyczałam ani nie płakałam,

kiedy powiedziano mi, że mój syn Henri jest uwięziony we własnym świecie, k

iedy oznajmiono mi, że jest jednym z tych dzieci, które nas nie słyszą,

które do nas nie mówią, chociaż nie są ani głuche, ani nieme.

Jest też jednym z tych dzieci, które trzeba kochać z dala,

nie dotykając ich, nie całując, nie uśmiechając się do nich, bo woń naszej skóry,

natężenie naszego głosu, muśnięcie naszych włosów, odgłos naszego bijącego serca

byłyby gwałtem na ich zmysłach, na każdym po kolei”

 

Powściągliwa zdawałoby się forma „Ru” nie przeszkadza w przekazaniu emocji, spostrzeżeń, wydarzeń przesuwających się przed wzrokiem czytelnika niczym slajdy oglądane na ekranie. Bogactwo miesza się z biedą, wojna z pokojem, ucieczka z nowym domem, strach przed ludźmi z próbą zaufania im, autorytety z małością ludzką. A to wszystko, pomyśleć tylko, widziane oczami małej dziewczynki, która w końcu staje się dorosła, ale wciąż żyje jakoby ze swoistym piętnem, tęsknotami których może i sama do końca nie rozumie. Mając nowy dom myśli o tym dawnym odnajdując go, co niezwykłe, w zapachu, uważając przy tym za najważniejszy bagaż w podróży książki, które towarzyszą jej niemalże wszędzie. „Ru” to historia autentyczna, ale czy oby na pewno w całości prawdziwa? Zapewne jest ona emocjonalną podróżą przez życie pozornie ubraną w proste słowa. Zawiera wiele wątków, które splatają się w jedną całość. Czyta się ją mając wrażenie widoku przed oczami obrazów malowanych słowami, zdjęć umieszczonych w albumie, rodzaju fotorelacji, choć tekst żadnych rysunków nie zawiera.

 

„To wspomnienie tłumaczy, dlaczego wyjeżdżając skądś biorę najwyżej jedną walizkę.

Wywożę tylko książki. Wszystko inne nigdy nie staje się naprawdę moje.

Sypiam równie dobrze w łóżku hotelowym, u przyjaciół w gościnie

lub u kogoś nieznanego, jak we własnym łóżku.

Właściwie to zawsze jestem szczęśliwa wyprowadzając się,

bo mam dzięki temu okazję pozbyć się części rzeczy, zostawić niektóre po to ,

by moja pamięć mogła stać się naprawdę selektywna,

by mogła zatrzymać tylko te obrazy, które za zamkniętymi powiekami pozostają świetliste.

Wolę wspominać moje wewnętrzne niepokoje, moje oszołomienia,

wstrząsy, wahania, zmiany nastrojów, moje błędy…

Wolę to, bo to takie wspomnienia mogą kształtować zależnie od barwy czasu,

podczas gdy przedmiot jest niezmienny, zastygły, kłopotliwy.

 

Kim Thúy to kanadyjska pisarka wietnamskiego pochodzenia. Urodziła się w Sajgonie, w czasie wojny amerykańsko-wietnamskiej, w 1968 roku. Jej rodzina musiała uciekać z kraju, gdyż groziły jej represje. Jedyną dostępną formą była łódź, która tak jak i wielu innych Wietnamczyków, zabrała ich na jedną z malezyjskich wysp skąd zostali wysłani do Kanady. Pod koniec 1979 roku Kim Thúy i jej rodzina przybyli do Granby. Zamieszkali w Quebecu ze względu na znajomość języka francuskiego. Później osiedlili się w Montrealu, gdzie dziewczynka wykształciła się i rozpoczęła karierę zawodową oraz założyła rodzinę. Była krawcową, tłumaczką, adwokatem, prowadziła swoją restaurację, a teraz jest pisarką. Obecnie Kim Thúy ma na swoim koncie już kilka książek. Debiutowała recenzowaną dziś autobiograficzną nowelą „Ru” przedstawiając w niej obraz swojego życia i siebie samej sugestywnie ubierając wszystko w niby prostą formę i niewyszukane słowa. Książka ukazująca życie jako dar została przetłumaczona na 15 języków. Po przeczytaniu nie dziwi mnie to, że po niej pojawiły się następne.

Share

Lip 02

Depesze – przejmujący reportaż z wojny amerykańsko – wietnamskiej …

„Depesze” to reportaż z wojny amerykańsko-wietnamskiej. Recenzja tej relacji jest kontynuacją poprzedniego postu, w którym mowa o „Smutku wojny” Bao Ninha www.zycieipodroze.pl/2018/06/27/smutek-wojny-ofiara-wojny-jest-zawsze-czlowiek/.  W jednej z tych pozycji możemy zobaczyć obraz wojny przedstawiony przez autora wietnamskiego biorącego udział w walkach, a w drugiej relację amerykańskiego pisarza, który był korespondentem wojennym. „Depesze” pokazują wojnę amerykańsko-wietnamską w taki sposób w jaki nikt jeszcze jej nie pokazał. To współczujące świadectwo wojny, lektura nie łatwa, ale potrzebna.

 

 

„Pojechałem na wojnę wiedziony prostackim, choć poważnym przekonaniem,

że trzeba umieć patrzeć na wszystko.

Poważnym, bo wprowadziłem je w czyn, a prostackim,

bo nie wiedziałem – dopiero wojna mnie tego nauczyła – że jesteś tak samo odpowiedzialny

za to, na co patrzysz, jak za to, co robisz”.

 

Michaell Herr w latach 1967-1969 pracował jako korespondent wojenny dla pisma ,,Esquire”. Był świadkiem wojny amerykańsko-wietnamskiej towarzyszącym żołnierzom na linii frontu. W książce „Depesze” opisał wydarzenia, których doświadczył, bądź o których słyszał. Malując językiem okopów obrazy pokazał  portrety ludzi przesiąkniętych wojną. Czynił to  zarówno z punktu widzenia obserwatora, jak i uczestnika wojny doświadczającego tych samych emocji co żołnierze. Kiedy latał Chinookami, czy też maszerował przez dżunglę, krył się przed ostrzałem lub palił marihuanę w obozie, Michael Herr czuł zmiany zachodzące w sobie, jak i  obserwował te zachodzące pośród żołnierzy. Wcale nie jest dziwne to, że po powrocie do kraju cierpiał na depresję. To co przeżył zarówno w czasie pobytu w Wietnamie, jak i po powrocie, doprowadziło do powstania książki, która została uznana za arcydzieło reportażu wojennego.

 

„ Może to była klasyczna sytuacja, może tęskniłem nie do lat sześćdziesiątych,

tylko do swoich dwudziestu paru, ale tęsknić zacząłem, jeszcze zanim którakolwiek z tych dekad się domknęła.

Tamten rok miał taką temperaturę, że wywołał chyba spięcie w całej dekadzie,

i to, co przyszło potem, to była jakaś mutacja, jakiś okropny 1969-X.

Nie chodziło tylko o to, że się starzeję:

czas wyciekał ze mnie, jak gdybym nosił w sobie odłamek amerykańskiej miny przeciwpiechotnej,

od którego można umrzeć, a na rentgenie i tak nic nie wyjdzie.

Hemingway opisał kiedyś, jak leżał ranny i przez chwilę udało mu się zobaczyć własną duszę:

cienka, biała chustka wysunęła się z jego ciała, popłynęła w powietrzu, a później wróciła.

Ze mnie wysuwał się raczej jakiś wielki, szary spadochron, a ja przez pewien czas trwałem w zwieszeniu,

czekając, aż się otworzy – albo i nie.

Moje życie i moja śmierć zmieszały się z życiem i śmiercią tamtych ludzi,

bez przerwy Tańczyłem Jak Ocalały między jednym a drugim, sprawdzając, co mnie bardziej pociąga,

chociaż nie pragnąłem ani jednego, ani drugiego.

W którymś momencie było już tak fatalnie,

że zacząłem myśleć o zabitych jako o tych, którym po prostu oszczędzono potwornego cierpienia”.

 

„Depesze” to prawdziwy majstersztyk i obraz tego, co działo się naprawdę na polach walki i poza nimi. To malowany słowami współczujący reportaż przedstawiający to, czego świadkiem był autor w czasie pobytu w Wietnamie i co postanowił pokazać światu. Pierwszy obraz amerykańskiego żołnierza walczącego w wojnie amerykańsko-wietnamskiej prosto z linii frontu. „Depesze” to relacja prawdziwa, przesiąknięta krwią rozlaną na wietnamskiej ziemi. Obraz drastycznych scen i wydarzeń chwytający za serce. Ukazuje niszczycielskie efekty wojny, szał zabijania i emocje, które temu towarzyszą. Są to strach, hipnotyczne wizje będące nierzadko efektem zażywania narkotyków i wypaczonej wojną psychiki oraz, co zatrważające i niewyobrażalne dla kogoś kto nie doświadczył wojny, surrealistyczne wręcz upojenie wojną. To rodzaj wojennego delirium, z którego już chyba rzadko kto będzie w stanie się wyleczyć. „Depesze” przedstawiają w bardzo obrazowy sposób to, jak wyglądało życie w strefie walk i jaki towarzyszył temu wszystkiemu chaos zarówno na polu walki, jak i w głowach walczących. Wojna, śmierć, chęć przetrwania, sugestywne oskarżenia to codzienność dla nich wszystkich.

 

„Czasem człowiek stawał jak wryty, totalna dezorientacja, zero wskazówek, i myślał:

„Gdzie ja, kurwa, jestem?”,

to był jakiś nienaturalny styk Wschodu z Zachodem, opłacony kalifornijski korytarz w głąb Azji,

który sobie wyrąbaliśmy, a potem już nikt nie pamiętał, po co”.

 

„Depesze” to niezwykle poruszający reportaż, który czyta się ze ściśniętym sercem, nie mogąc się od niego oderwać. W podróży czytelniczej z nim wciąż zadajemy sobie pytanie, jaki jest sens wojny i wszelkich działań z nią związanych? Dlaczego tak wielu musi ginąć, bądź przetrwać i nosić wciąż jej piętno w sobie? Czy wciąż musimy oglądać obrazy wojny przepełnione drastycznymi scenami, obłędem, chaosem, bezsensem i bólem oraz być świadkami koszmarnych i niezrozumiałych decyzji i wydarzeń? Dlaczego pomimo wielu świadectw wojny pokazujących towarzyszące jej zło, cierpienie, okrucieństwo, nieszczęście, gwałt wciąż one mają miejsce. Czy zapominamy o tym, że jej ofiarą jest zawsze człowiek?

Share

Cze 27

,,Smutek wojny” – ofiarą wojny jest zawsze człowiek …

„Smutek wojny” to ocalały rękopis, można rzec rodzaj pamiętnika i jednocześnie autoterapii. Stanowi prawdziwe świadectwo tego, co dzieje się z tymi, których dotyka wojna i jak ogromne spustoszenie ona wywołuje. I pomimo, że towarzyszy jej zło, cierpienie, okrucieństwo, nieszczęście, gwałt, rozpacz, wręcz rodzaj psychozy to słowo „smutek” ma najgłębszy wymiar, oddając to wszystko, a jej ofiarą jest zawsze człowiek.

 

 

„Smutek wojny w sercu żołnierza w dziwny sposób przypomina smutek miłości.

To był ten sam rodzaj nostalgii, jaki spływa na cały świat o zmierzchu.

To była niedola, żal i ból, które kierują myśli ku przeszłości.

Smutku pola bitwy nie da się zazwyczaj odnieść do jakiegoś konkretnego wydarzenia

czy nawet pojedynczej osoby.

Jeśli skupisz uwagę na jednym wydarzeniu, wkrótce zamieni się on w rozdzierający ból.

Toteż szczególnie ważne było, aby nie myśleć, o ile to możliwe, o zmarłych.

A jednak Kien, aż do ostatnich chwil swego życia, będzie pamiętał … ”

 

„Smutek wojny” Bao Ninha to powieść będąca prawdziwym, wstrząsającym obrazem wojny amerykańsko-wietnamskiej. Jest jedynym tego rodzaju świadectwem i retrospekcją tych kilku lat walk, które w znaczący sposób zmieniły niemalże wszystko, przesuwając granice człowieczeństwa i zmieniając przestrzeń znajdującą się w jej zasięgu. Jesteśmy świadkami zarówno makabrycznych, okrutnych scen wojennych, jak i pięknych chwil będących wspomnieniami sprzed wybuchu walk. Powieść jest doskonale skonstruowana i pokazuje jak wojna potrafi zniszczyć człowieka, wpłynąć na jego losy. Nietuzinkowa narracyjność sprawia, że jako jedyna oddaje w niezwykły sposób to czymże dla człowieka jest wojna i co po sobie pozostawia.

 

„Pozostał mu smutek, ogromny, niezmierzony smutek tego, który przeżył. Smutek wojny.”

 

Bao Ninh (Hoàng Ấu Phương), autor powieści, urodził się w 1952 roku w Hanoi. W wieku siedemnastu lat zgłosił się do armii i brał udział w wojnie amerykańsko-wietnamskiej. Na front  wyruszył w 1969 roku i jako jeden z tych, którzy mieli szczęście, jeśli tak można to określić, przetrwał. Spośród członków jego jednostki, czyli 27 Brygady Młodzieżowej przeżyło tylko dziesięć osób, w tym Kien, będący książkowym odpowiednikiem autora. Powrót do Hanoi już po wojnie nie wprowadza spokoju w jego życie, wciąż dręczą go demony, a serce rozdziera „smutek wojny”. Nocą obrazy są najbardziej intensywne, a duch miasta jest bardziej widoczny, co potęguje jego przeżycia.

 

„Duch Hanoi najmocniejszy jest nocą, a już zwłaszcza podczas deszczu.

Jak choćby teraz, kiedy całe miasto wydaje się opuszczone, mokre, samotne, zimne i bardzo smutne.”

 

To sprawia, że Kien czuje ogromną potrzebę pisania. Przelania tego wszystkiego, czego doświadczył, na papier. Jest to bardzo silna potrzeba.

 

„*** „Muszę pisać” – powiedział sobie Kien. Noc po nocy, z postawionym do góry kołnierzem,

ciasno owinięty płaszczem, przemierzał pieszo ciche ulice Hanoi, czyniąc sobie obietnice,

przywołując rozmaite slogany, aby uporządkować swe myśli.

„Muszę pisać! To będzie, jak rozbijanie pięściami granitu,

jak wywracanie samego siebie na lewa stronę i ujawnianie całemu światu wszystkich moich tajemnic” .

„Muszę pisać! Aby uwolnić się od tych diabłów, aby moja udręczona dusza mogła wreszcie odpocząć,

miast pływać w sadzawce wstydu i smutku.”

 

Kien ma potrzebę spisania wspomnień i ukazania obrazu człowieka, żołnierza wracającego z wojny jako jednego z wielu. Co z tym pokoleniem. Czy ono ma jeszcze szansę, aby żyć tak, jak przed wojną, czy jest już stracone?  Pisanie jest mu potrzebne, a z drugiej strony sprawia mu ogromny ból. Czy możliwe, że wraz z zakończeniem rękopisu nadejdzie spokój, czy smutek wciąż będzie zbyt bolesny. Czy Kien potrzebował tej retrospekcji? Może w ten sposób podjął próbę ocalenia swojego pokolenia?

 

Kiedy ją wreszcie napisał, stała mu się zbędna.

Wszelkie diabły, od jakich chciał się uwolnić, zniknęły.

Ta powieść była popiołem po egzorcyzmach, jakie nad nimi odprawił”.

 

Powieść „Smutek wojny” to wstrząsające świadectwo wojny i obraz człowieka, a właściwie tego, co po nim zostaje, gdy ona się kończy. Celowo nie przytaczam opisów przedstawiających przebieg walk, gdyż są one bardzo brutalne, makabryczne i bolesne. Jednakże jednocześnie to one ukazują czym jest wojna i jakie spustoszenie wywołuje. I pomimo wielu słów, którymi można ją określać jedno słowo mieści je w sobie wszystko, spina je klamrą, która brzmi „smutek” … „smutek wojny” …

 

***

 

Zdaję sobie sprawę, że to może nie być propozycja czytelnicza dla Was wszystkich, ale gdy chce się poznać kraj, w którym się mieszka i jego historię to warto się z nią zmierzyć. Jej przekaz jest bardzo istotny i zdecydowanie wpływa na postrzeganie i zrozumienie tego, czego doświadczyli mieszkańcy tej krainy i jakie były konsekwencje wojny amerykańsko-wietnamskiej dla Wietnamczyków z punktu widzenia pojedynczego człowieka. Następna recenzja będzie z kolei dotyczyła również wojny amerykańsko-wietnamskiej, ale tym razem będzie to świadectwo amerykańskiego reportera. Jego oczami zobaczymy to, co wówczas miało miejsce. Czy będzie się to różnić od obrazu, który poznaliśmy w powieści „Smutek wojny” ? Sami odpowiecie sobie na to pytanie.

Share

Cze 22

Gobelin – wietnamska opowieść o miłości, tajemnicach, przetrwaniu i zemście …

„Gobelin” to epicka opowieść o miłości, tajemnicach, przetrwaniu i zemście osadzona w sztywnych realiach obyczajowych Wietnamu początku XX wieku. Jest to niezwykła, chwytająca za serce historia chłopca, która jednocześnie wprowadza nas w zawiłe zakamarki dotyczące życia i niekiedy niezrozumiałych norm obowiązujących zarówno na wietnamskim dworze cesarskim, jak i wśród jego poddanych.

 

 

Co stanie się z dziećmi ropuchy, które złapała złota rybka?

Czy dowiedzą się kiedyś, kim są naprawdę, i uciekną z niewoli?”

 

„Gobelin” przedstawia niezwykłe i zawiłe losy rodziny Kien Nguyena osadzone w realiach wietnamskich pierwszej połowy XX wieku. To swoisty rodzaj pamiętnika dziadka autora, który był hafciarzem gobelinów na dworze ostatniego cesarza Wietnamu. Jego życie było burzliwe i nierzadko brutalne. Przekazał on małemu Kienowi w niemalże bajkowej formie swoją historię, kiedy ten leżał w bambusowej kołysce zawieszonej na sznurach umocowanych pod sufitową belką. Dziadek opowiadał, a babcia nuciła prastare wietnamskie pieśni, grając przy tym na lutni. Te wspomnienia, magia treści i forma przekazu sprawiły, że już jako dorosły człowiek Kien Nguyen zapragnął spisać zasłyszane w dzieciństwie historie. W ten sposób powstał „Gobelin”. Barwna i zarazem okrutna powieść obyczajowa z historycznymi nutami. Opowieść o miłości, oddaniu i zemście. Czyta się ją jak zmyśloną historię, która wcale nie musiała się wydarzyć. Zawiera bowiem w sobie wiele cech typowych dla baśni i bajek. Zło zostaje ukarane, zakochani muszą pokonać wiele przeszkód na swej drodze, aby cieszyć się z bycia razem. Kolorytu tej historii dodają umieszczone w tle opisy realiów życia codziennego Wietnamu początku XX wieku. Nieznane w kulturze europejskiej obyczaje, tryb życia dworskiego, działalność i styl życia mandarynów to dla wielu z nas wciąż orientalna egzotyka, która niewątpliwie zaskakuje. Autor opowieści „Gobelin” opisuje świat, który już bezpowrotnie przeminął.

 

Wietnam, rok 1916, wioska Cam Le, położona nad Rzeką Perfumową. Dan Nguyen ma zaledwie siedem lat, kiedy dochodzi do skutku zaaranżowane przez jego rodzinę małżeństwo. Zostaje on ożeniony z Ven. Dziewczyna jest o 17 lat starsza. Poprzez małżeństwo z Danem staje się tak naprawdę służącą jego rodziny. W dzieciństwie chłopiec doświadcza tragedii, o której Ven nie pozwala mu zapomnieć. Ojciec Dana i jego dwie żony zostają podstępnie zgładzeni przez wroga. Asesor Toan, którego syn piastuje stanowisko burmistrza wioski, zdradza a następnie unicestwia rodzinę Dana. Żona, która jest dla niego jak matka, wciąż powtarza historię rodziny i tego, co ją spotkało, wychowując chłopca w duchu zemsty. Ven poza tym doskonale zajmuje się chłopcem, ale kiedy choruje na malarię szuka dla niego bezpiecznego miejsca. Decyduje się sprzedać go rodzinie Toanów ukrywając jego pochodzenie. Dan zostaje osobistym sługą córki burmistrza Tai May. Wbrew wszystkiemu i wszystkim zakochuje się w ślicznej wnuczce asesora i to z wzajemnością. Dwójkę młodych ludzi łączy głębokie uczucie, ale rozdziela przeszłość i niezabliźnione rany, które doprowadzają do niejednej tragedii. Dan musi uciekać i radzić sobie sam. Dzięki talentowi tkackiemu, który zostaje doceniony, znajduje pracę jako hafciarz na dworze cesarskim w Hue. Jego życie się zmienia, ale on wciąż, mimo upływu lat, nie przestaje myśleć o swojej najdroższej …

 

Historia Dana porusza w niezwykły sposób. Jest przepełniona emocjami i obrazami sprawiającymi, że czujemy się jakbyśmy znaleźli się w centrum wydarzeń. Czyta się ją z niedowierzaniem starając się zrozumieć realia wietnamskie początku XX wieku. Prawdziwe obrazy przenoszą nas tam, a losy bohaterów, miłość, tajemnice przetrwanie, walka o prawdę i zemsta sprawiają, że „Gobelin”, choć napisany dość powściągliwym językiem, wywołuje w nas szereg emocji, które towarzyszą podróży z tą wyjątkową wietnamską opowieścią.

Share

Cze 12

Bajkowa sceneria wietnamska, czyli Nguyen Shack-Ninh Binh …

Bajkowa sceneria wietnamska potrafi zachwycić i zadziwić, a takie perełki jak oryginalne Nguyen Shack-Ninh Binh zaskoczyć i urzec. Odkryliśmy to magiczne miejsce podczas jednej z naszych weekendowych wypraw motocyklowych. Polecamy je osobom pragnącym w ciszy, pośród przepięknej, dziewiczej i zapierającej dech w piersiach natury, spędzić choć kilka chwil.

 

 

 

 

Lokalizacja Nguyen Shack-Ninh Binh  jest niesamowita, a otaczająca je sceneria bajkowa. Ma się wrażenie, że jest to kraina niemalże surrealistyczna. Istnieje jednak naprawdę i cieszy swym pięknem oraz niezwykłością niemalże wszystkie zmysły. Prowadzi do niej wąska ścieżka wiodąca przez wioskę usytuowaną pośród gór i pól. Po dojściu na miejsce oczom naszym ukazuje się obraz niezwykły. Mamy wrażenie, że to, co widzimy jest tak niezwykłe, że aż nierealne. Piękne góry, jeziorko i niezwykle klimatyczne domki usytuowane pośród nich. Ta bajkowa sceneria wietnamska wyróżnia w niezwykły sposób Nguyen Shack-Ninh Binh,  czyniąc je miejscem zdecydowanie nietuzinkowym.

 

 

 

 

Nguyen Shack-Ninh Binh to ekoturystyczna perełka znajdująca się w okolicach wyjątkowo zielonego, uznawanego za jedną z najważniejszych  wietnamskich atrakcji, Ninh Binh. Piękne góry wapienne porośnięte bujną roślinnością i widok na jezioro wyróżniają ją pośród innych miejsc odpoczynku, a domki wykonane z materiałów naturalnych sprawiają, iż ma się wrażenie, że cofnęło się w czasie kilkaset lat. Bambusy i liście z których są zrobione sprawiają wrażenie niezwykłej bliskości z naturą. Wygodne hamaki umieszczone na tarasach są doskonałym elementem wystroju, z których można podziwiać całą krainę, która nas otacza lub spędzić miły czas na rozmowie z partnerem, czy też z książką. Uwierzcie, że jest na co patrzeć i o czym rozmawiać, gdyż natura tutaj jest po prostu piękna i zachwycająca. Domki pomimo, że są bardzo naturalne i prosto urządzone wyposażono w nowoczesne udogodnienia. Znajduje się w nich  łóżko z materacem, mini-bar, wentylator na gorące dni i noce, czy też  w sezonie zimowym i grzejnik. W każdym z nich wydzielono część łazienkową, w której znajduje się prysznic i toaleta. Dla tych, którzy potrzebują jest także dostępne wifi. Na terenie obiektu Nguyen Shack-Ninh Binh znajduje się restauracja oferująca przepyszne dania, a goście mogą bezpłatnie korzystać z zestawu do parzenia kawy i herbaty oraz częstować się przekąskami całą dobę. Także, jak można zauważyć bajkowej scenerii w wietnamskim wydaniu towarzyszą całkiem nowoczesne rozwiązania, które sprawiają, że pobyt w Nguyen Shack-Ninh Binh jest nie tylko bardzo wyjątkowy, ale też i komfortowy.

 

 

 

 

Bajkowa sceneria Nguyen Shack-Ninh Binh zachęca, aby tutaj zostać ciesząc się spokojem i niezwykłym klimatem tegoż miejsca. Można też wyruszać stąd codziennie, aby odkrywać piękną krainę Ninh Binh i to wszystko, co ma do zaoferowania, a trzeba przyznać, że jest co zwiedzać, poznawać i odkrywać. O niektórych z tych atrakcji możecie przeczytać w poście poświęconym okolicom Ninh Binh z początków naszego pobytu w Wietnamie.

 

 

 

 

Uwielbiam nasze motocyklowe wojaże i miejsca, które odkrywamy dzięki nim. Pośród nich znajdują się bowiem niezwykłe perełki, które wyróżniają się niezwykłym położeniem, bądź zaskakują oryginalnością. Do takich zapewne należy bajkowa sceneria wietnamska, której można doświadczyć odwiedzając Nguyen Shack-Ninh Binh.

Share

Cze 01

Historia wędkarstwa …

Historia wędkarstwa jest bardzo interesująca i sięga wiele tysięcy lat wstecz. Już ludzie pierwotni łowili ryby. Na początku robiono to rękami i nie używano żadnych pomocy, czy przyrządów. Jednak stopniowo wszystko się zmieniało. Przez wieki wynaleziono różne narzędzia pomocne w wędkowaniu. Obecnie jest ich tak wiele, że nierzadko trudno dokonać wyboru spośród bogatej oferty.

Historia wędkarstwa rozpoczęła się wieki temu. Na początku, tak jak wspomniałam, ludzie łowili ryby gołymi rękami, a nieco później specjalnie zaostrzonymi prętami i wymyślonymi przez siebie prymitywnymi przyrządami. Wykonywano je często z kości. Takie proste narzędzia służyły do łowienia ryb w jeziorach i rzekach. Z kolei w wodach rozległych, obfitujących w ryby, używano sieci. Następnym wynalazkiem były haczyki, które wyrabiano z kości i drewna. Mocowano je na sznurze ze zwierzęcych ścięgien lub cienkich, ale bardzo mocnych włókien roślinnych pozyskiwanych z pnączy, korzeni i traw. Najstarszy znaleziony haczyk wędkarski,  zrobiony z muszli, pochodzi z około 42 000 lat temu. Jako przynętę wykorzystywano wówczas robaki, małże i małe rybki. Spławiki zaczęto robić znacznie później, ale zapewne przed rokiem 3000 p.n.e., czyli mniej więcej w tym samym czasie, gdy zaczęto stosować sztuczne przynęty w Grecji. Jakież to nieprawdopodobne, ale jak pokazuje historia wędkarstwa, prawdziwe. Wielu badaczy przypuszcza, że już w starożytnej Grecji pojawiło się wędkarstwo sportowe, czyli takie, które uprawia się dla rozrywki i przyjemności traktując jako hobby. Około 200 roku p.n.e. wędkarstwo, jako dyscyplinę sportową, rozwinęli znacząco Chińczycy. Wówczas zaczęli stosować jedwabne linki oraz metalowe haczyki. W tym samym czasie Macedończycy stosowali przynęty z włosia i piór.  Najstarsza literatura wędkarska, poświęcona łowieniu ryb na wędkę dla przyjemności, jest dziełem rzymianina Claudiusa Aelianusa. Teksty powstały około 170 – 230 p.n.e., a autor opisywał w nich jak mieszkańcy Macedonii łowili pstrągi na sztuczną muchę. Ponoć wcześniej też już o wędkarstwie pisano, ale nie jest dokładnie to potwierdzone. Z kolei, jak pokazuje historia wędkarstwa, pierwsze kołowrotki zostały wynalezione w Chinach w IV wieku. W Polsce najstarsze odkrycia pochodzą z Biskupina. Uważa się, że powstały one w okresie od 550 do 400 roku p.n.e.. Podczas prac archeologicznych znaleziono haczyki i spławiki, a także ości sumów i szczupaków.

 

 

Kamieniem milowym w rozwoju wędkarstwa był „Traktat o łowieniu ryb na wędkę”. Został napisany przez Juliane Berners i wydany w Anglii w 1496 roku. Był on częścią dzieła znanego pod nazwą „Księga Świętego Albana”.  Adresowana była ona do szlachty. Traktowała o sztuce polowania, łowienia ryb i innych rozrywkach tamtych czasów dostępnych dla bogatszych warstw społeczeństwa. Autorka opisywała w nim techniki i metody, ale także podkreślała znaczenie zależności między człowiekiem, a  naturą. Juliane Berners uważała, że wędkarz powinien odznaczać się głęboką czcią dla przyrody, filozoficznym usposobieniem i idealizmem. Powinien samodzielnie wytwarzać wędki, żyłki, sznurki i sztuczne przynęty oraz o ile to możliwe wykorzystywać te naturalne. Nieco później, bo w roku 1653, powstał „Podręcznik wędkarstwa” o podtytule „Kontemplacyjny wypoczynek człowieka”. Dziś dzieło Izaaka Waltona uznawane jest za klasykę. Podjął on w nim tematy związane z metodami łowienia ryb. Podkreślał ważność tradycji sportu wędkarskiego i jego idei. Najważniejsze, że wędkarstwo traktowano jako sposób spędzania wolnego czasu i  jedynie jako hobby oraz możliwość kontaktu z przyrodą. Wędkarz, według autora, był miłośnikiem piękna natury i romantykiem. Z kolei istotą wędkarstwa stało się udoskonalanie sprzętu oraz poprawianie technik operowania wędkami i przynętami.

 

 

Jednakże tak naprawdę, jak historia wędkarstwa pokazuje, rozwój sprzętu nabrał tempa dzięki rewolucji przemysłowej w połowie XIX wieku. Nowe rozwiązania i masowa produkcja sprawiły, że wędkarstwo stało się sportem, który stał się dostępny niemalże dla każdego.  Łapanie ryb na wędkę zdobywało coraz więcej zwolenników na całym świecie, zwłaszcza w  Europie i USA. Istotnym momentem było stworzenie w 1846 roku przez amerykańskiego lutnika wędziska bambusowego. Było ono znacznie lżejsze od poprzednich i dawało większy wyrzut. Coraz częściej używano kołowrotków. Pierwsze kołowrotki spinningowe pojawiły się na początku XX wieku. Model prototypowy wykonano w angielskim mieście Bradford, w 1905 roku. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej dokonała się rewolucja w wędkarstwie. Wprowadzono wówczas żyłki syntetyczne oraz wędziska z włókien szklanych. Już znacznie później, bo około roku 1970 zaczęto używać wędzisk wykonanych z włókna węglowego. Stosowano je zarówno w wędkarstwie muchowym, jak i do spinningu. Obecnie wykorzystuje się włókna węglowe i szklane, a także różne ich połączenia. Przynęty mogą być naturalne (ochotka, pinka, biały robak, kukurydza, pszenica, rosówka, ślimak i wiele innych) oraz sztuczne, które są imitacją żywych robaków, rybek lub innych stworzeń (twistery oraz rippery, woblery,  błystki, mormyszki i inne). Możliwości jest bardzo dużo, a producenci prześcigają się w dostarczaniu nowości. Poza akcesoriami wędkarskimi nie należy zapominać o wykorzystywaniu łodzi różnej wielkości, a także sprzętu elektronicznego typu echosondy, czy inne urządzenia do nawigacji i lokalizacji.

Na całym świecie wiele milionów osób wędkuje. W samej Polsce jest ich znacznie więcej niż 2 miliony. Wędkarze są ogromną grupą, która zrzesza się w wielu organizacjach. Poświęcę im swoją uwagę w jednym z kolejnych postów na temat wędkarstwa. Dziś tematem jest ogólna historia wędkarstwa i na niej się skupiłam. Mam nadzieję, że udało mi się ten temat Wam przybliżyć. Wybrałam najistotniejsze według mnie fakty, które były bardzo ważne i w znaczący sposób wpłynęły na historię wędkarstwa. Jak sami się możecie się domyśleć temat, którego korzenie sięgają wiele tysięcy lat wstecz, trudno uchwycić w jednym artykule, ale myślę, że to, co najistotniejsze zostało w nim zawarte.

Share

Maj 30

Dookoła Hanoi szlakiem jezior …

Kiedy mieszka się w bardzo dużym, zatłoczonym i hałaśliwym mieście w weekendy szuka się ciszy i spokoju pozwalającego odpocząć. My bardzo często wybieramy się motocyklem przemierzając górskie krainy lub relaksując się z wędkami nad brzegiem stawu, czy jeziorka. Towarzyszy nam niezwykła natura, zieleń, błękit, nierzadko słońce i co bardzo ważne świeże powietrze. Jednak tym razem podczas jednego z ostatnich weekendów wybraliśmy się na przejażdżkę motocyklową szlakiem jezior położonych niedaleko od Hanoi.

 

 

Tak jak wspomniałam wiele naszych weekendów spędzaliśmy podróżując motocyklem przez różne górskie krainy. Niekiedy również i nadmorskie. O niektórych z nich możecie przeczytać w postach je relacjonujących. Były to niezwykłe przygody, pełne wrażeń i różnych doświadczeń. Oto kilka z nich: www.zycieipodroze.pl/2017/05/31/weekend-motocykl-gory-mai-chau/, www.zycieipodroze.pl/2017/06/14/zielona-gorska-kraina-czyli-niezwykly-polnocno-zachodni-wietnam/, www.zycieipodroze.pl/2016/02/15/piekna-trasa-motocyklowa-czyli-okolice-mai-chau/, www.zycieipodroze.pl/2016/11/15/przygoda-motocyklowa-w-magicznych-gorach-cao-bang-i-ha-giang-czyli-zwykle-zycie-jest-niezwykle/, www.zycieipodroze.pl/2016/05/04/niezwykla-trasa-motocyklowa-w-polnocno-wschodnim-wietnamie/ i www.zycieipodroze.pl/2016/04/01/wspaniala-wielkanoc-na-motorze/.

 

 

Tym razem wybraliśmy się w podróż szlakiem jezior położonych niedaleko od Hanoi. Nasza dwudniowa wycieczka była bardzo interesująca. Naszym celem była nie tylko motocyklowa wyprawa dookoła jezior, ale też wyszukanie miejsc nadających się na kemping i wędkowanie. Odwiedziliśmy w tym czasie siedem jezior. Większość bardzo piękna, z zaskakująco czystą wodą i niezwykłą zielenią dookoła. Położonych jest nad nimi kilka resortów i miejsc noclegowych, czy też postojowo-biwakowych. Do niektórych jezior dostęp jest łatwy, a do innych jeśli chce się pobyć z dala od ludzi, już niekoniecznie. Znajduje się pośród nich wiele pozarastanych i zapomnianych przez ludzi zakątków. I choć wydawałoby się, że mogą być idealne takimi nie są, gdyż dostęp do wody jest utrudniony, a dzika przyroda jest siedliskiem komarów i innych osobników, z którymi lepiej nie przebywać dłużej w jednym miejscu niż jest to konieczne. I choć nie było to łatwe odkryliśmy kilka miejsc, gdzie moglibyśmy spędzić weekendowy czas. I cóż pewnie tam wrócimy, tym razem już z wędkami. Taka przejażdżka motocyklowa szlakiem jezior uświadamia na pewno jedno, że pomimo dużej ilości jezior nie jest wcale łatwo znaleźć miejsce dla siebie, które spełniałoby nasze oczekiwania.

 

 

Podróżując szlakiem jezior w pierwszej kolejności odwiedziliśmy największe z nich. Jezioro Hồ Đồng Mô, o którym mowa, położone jest w obszarze turystycznym w okolicach Son Tay, niedaleko Ba Vi, o którym pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2016/01/23/ba-vi-national-park-zielona-gorzysta-kraina-z-atrakcjami-dla-kazdego/. Jest to rozległy zbiornik o powierzchni około 500 hektarów z licznym maleńkimi i większymi wysepkami. Usytuowano tutaj poza resortami i kempingami wyjątkową wioskę etniczną, czyli skansen, o którym pisałam we wpisie www.zycieipodroze.pl/2017/03/21/wyjatkowa-i-nietuzinkowa-wioska-etniczna/. Odwiedzający przyjeżdżają tu, aby zobaczyć jezioro, podziwiać majestatyczne góry, czystą wodę, wędkować, czy też kosztować kuchni regionalnej. Znajduje się tu również słynne pole golfowe do którego dopływa się łodzią. Wietnamczycy bardzo chętnie spędzają tutaj czas nie żałując pieniędzy, a przyznam, że niektóre resorty, czy też usługi do najtańszych nie należą. Legenda głosi, że Hồ Đồng Mô, było drogą wodną, gdzie bóg gór i bóg wód toczyli swoje potyczki o rękę księżniczki Me Nuong, stąd jego nietypowy, rozłożysty kształt.  To nie jedyna tego typu historia dotycząca tego miejsca. Jako ciekawostkę dodam, że Hồ Đồng Mô jest naturalnym środowiskiem dla żółwia Sin-hoe, czyli tego wszystkim znanego z jeziora Hoan Kiem, o którym pisałam w artykule www.zycieipodroze.pl/2016/03/14/ostatni-zolw-w-jeziorze-hoan-kiem-i-symbol-pokoju/. Dzika przyroda ułatwia zachowanie także różnych gatunków, które sobie ją upodobały. Jezioro jest bardzo ładne i otulone roślinnością. Położone zaledwie 40 kilometrów od Hanoi i niewątpliwie można tutaj spędzić czas oddychając pełną piersią i rozkoszując się widokami.

 

 

Następnie udaliśmy się w kierunku jeziora Đập Đồng. To niewielki zbiornik przepływowy położony pośród gór, pól i łąk. Miejsce spokojne i urzekające. Stworzone zarówno do wypoczynku, jak i wędkowania. Można pokusić się i zostać na dłużej w resorcie położonym tuż przy nim. Piękna sceneria i aura tutaj panująca są niezwykłe. Otoczenie gór i lasu sosnowego położonego nieopodal czynią to miejsce nietuzinkowym. Zdecydowanie jeden z moich faworytów.Tutaj można odpocząć od zgiełku miasta i tłumu ludzi rozkoszując się piękna naturą, spokojem, celebrując chwilę, która trwa.

 

 

Kolejnym naszym wyborem było jezioro Hồ Cua. Położone tuż w pobliżu Parku Ba Vi i wejścia do niego. Otaczają go zewsząd góry, pola herbaciane i niezwykła roślinność. Choć miejsce jest piękne, co zwłaszcza widać z góry jadąc trasą przez park to niekoniecznie jest wymarzone na wędkowanie, czy kamping. Tuż przy nim położony jest resort, ale chyba czasy świetności ma już za sobą.  Można tutaj i owszem pospacerować, ale raczej nie zatrzymując się na dłużej. Stąd już bardzo blisko do kolejnego jeziora.

 

 

Kontynuując naszą podróż szlakiem jezior docieramy do Hồ Ao Vua kompletnie nie nadającego się, aby tutaj wędkować, czy też rozbić namiot. Z kolei odkrywamy tutaj resort z różnymi atrakcjami w postaci basenów, różnorodnych rur z wodą i kolejek. To miejsce dla rodzin z dziećmi, czy też osób lubiących tego rodzaju rozrywki. Spędzamy tutaj tylko chwilę i ruszamy w dalsza drogę. Postanawiamy udać się na drugą stronę Rzeki Czerwonej w nadziei na odnalezienie ciekawszych z naszego punktu widzenia miejsc.

 

 

Kiedy docieramy na drugi brzeg rzeki postanawiamy poszukać miejsca na nocleg. Wcale nie jest to łatwe, gdyż większość miejsc jest pozajmowana. Znów nasuwa nam się jedno, że Wietnamczycy lubią spędzać czas weekendowy poza Hanoi. Resorty i hotele, a nawet luksusowe miejsca są pozajmowane niemalże do ostatnich pokoi. Wiele rodzin wietnamskich spędza w nich czas nie żałując na to pieniędzy. My już to dawno zrozumieliśmy, że Wietnam to wcale nie jakiś zaścianek i że część mieszkańców wydaje dość duże kwoty na rozrywki, zwłaszcza że ceny pokoi, czy domków nie rzadko zaczynają się od 50 $, a sięgają do 150-200 $ za dobę. Wiadomo, że to nie wszystkie wydatki. Doliczyć trzeba wyżywienie i inne atrakcje. Nie przeszkadza to w tym, że co tydzień goszczą w takich miejscach tysiące Wietnamczyków. My znaleźliśmy pokój w jednym z takich miejsc i mogliśmy odpocząć przed kolejnym dniem. Po gorącym dniu, kiedy już jedliśmy kolację, przyszła burza i to intensywna trwająca bardzo długo. Na szczęście my i nasz motocykl byliśmy już bezpieczni.

 

 

Następnego dnia pierwszym naszym wyborem było jezioro Hồ Hàm Lợn. Położone ono jest u stóp gór, z których najwyższa jest Núi Hàm Lợn nazywana niekiedy, choć nie wiem dlaczego, górą świń. Ma ona 462 metry wysokości i góruje nad okolicą. Jezioro jest niewielkie i ma kolor błękitny. Tuż przy nim znajdują się lasy świerkowe. Już się przyzwyczaiłam, że potrafią one rosnąć tuż przy innych drzewach liściastych, a nawet w towarzystwie palm. Tutaj mieści się miejsce na kemping, ale nam nie przypadło do gustu, gdyż niski poziom wody sprawia, że zbiornik pozostaje nieosłonięty, co przy temperaturach 40 stopni nie przemawia na jego korzyść przede wszystkim z punktu widzenia wędkarza.

 

 

Kolejnym miejscem do którego docieramy jest jezioro Câu Cá. Pierwsze, co rzuca się tutaj w oczy, to czystość. Tak, jest czysto, bardzo czysto. Czy oby na pewno nadal jesteśmy w Wietnamie? Tak, wciąż jesteśmy. Kiedy na co dzień inne widoki dominują to, gdy widzi się miejsce niemalże sterylnie czyste, robi to ogromne wrażenie. Jezioro jest bardzo ładne, otoczone piękną roślinnością i otulone górami. Zdecydowanie numer jeden jak dla mnie, czy to na kemping, na wędkowanie, czy też czas spędzony w książką. Można powiedzieć coś czego szukaliśmy i znaleźliśmy. Spędziliśmy tutaj kilka uroczych chwil, a następnie wyruszyliśmy dalej. Co do wędkowania to sprawdzimy już wkrótce, gdyż w najbliższym czasie mamy zamiar tam wrócić.

 

 

Jeszcze jednym, choć już niemalże ostatnim odwiedzonym przez nas tego dnia, gdyż o pozostałych nie warto wspominać, było jezioro Họ Đồng Quan. Znajduje się zaledwie 35 kilometrów od Hanoi, niedaleko Soc Son. Wcześniej jezioro było tylko małym strumieniem. Jednak w 2000 roku zbudowano zaporę, aby nawadniać grunty orne i powiększono je. Jezioro jest ciekawie usytuowane, położone w dolinie i otoczone górami oraz lasami sosnowymi, które posadzono ponad 30 lat temu. Obecnie ma około 60 hektarów, a długość ponad 2 kilometry. Piękne krajobrazy zachęcają, aby wybrać się tutaj na piknik, czy tez kemping. Można spotkać tutaj także wielu wędkarzy. Dookoła jeziora znajduje się kilka restauracji i miejsc odpoczynku. Nam nie przypadło do gustu tylko z jednego powodu, gdyż było miejscami po prostu brudno. Ludzie przebywający tutaj chyba naprawdę nie wiedzą co czynią zaśmiecając takie miejsca. Tak trudno po sobie posprzątać? Niestety rzeczywistość jest tak, że często tak, najwyraźniej trudno. Czasami aż żal patrzeć.

 

 

My zakończyliśmy nasza wycieczkę motocyklową szlakiem jezior dookoła Hanoi i wróciliśmy do domu. Wybraliśmy te, które chcieliśmy lepiej poznać, jak i takie, których wcześniej nie odwiedzaliśmy.  Tym razem udało nam się znaleźć nasze ulubione i zapewne do tych wybranych wrócimy. To był piękny weekend pełen pięknej natury, towarzyszącej nam zieleni, błękitu nieba, promieni słonecznych, ale i burz, które szalały nam nami. Jednakże o tej porze roku w Hanoi i okolicach są one bardzo częstym zjawiskiem. Była to mała odmiana po naszych górskich wojażach i nowe doświadczenia. Jeśli nie macie pomysłu na weekend poza miastem odwiedźcie je i korzystajcie z ciszy i spokoju, kontaktu z naturą oraz czystego powietrza, o które w mieście trudno, zwłaszcza w tak ogromnym, jak Hanoi.

Share

Maj 24

Nietuzinkowy Spring River Resort i „21” rocznica ślubu …

Nietuzinkowy Spring River Resort  to wyjątkowe miejsce w Laosie, w którym warto się zatrzymać. Tym wpisem chcę zapoczątkować serię o takich specjalnych perełkach, w których spędzony czas będzie niezwykły. Z przyjemnością będę rekomendować te najlepsze, zwłaszcza jeśli przerosły nasze oczekiwania i to znacznie. A dzięki Spring River Resort nasza 21 rocznica ślubu pozostanie niezapomniana.

 

 

 

 

Spring River Resort  to najlepsze miejsce odpoczynku jakie poznaliśmy będąc w Laosie zarówno za pierwszym razem, jak i teraz odwiedzając ten kraj po raz drugi. Pojechaliśmy do niego dość spontanicznie, poprzedniego wieczoru rezerwując w nim bungalow. Złożyło się niezwykle szczęśliwie, że wybraliśmy to idylliczne miejsce właśnie 26 kwietnia. Tego dnia świętowaliśmy bowiem 21 rocznicę ślubu, a resort okazał się strzałem w przysłowiową 10. To urocze, zielone i spokojne miejsce urzekło nas. W efekcie pozostaliśmy tam na dwie noce, a nie jedną, jak wcześniej zamierzaliśmy. Przywitano nas drinkiem powitalnym i rozmową. Widok z bungalowu był po prostu magiczny. Z przyjemnością usiedliśmy na tarasie i delektując się szampanem w tych niezwykłych okolicznościach przyrody radowaliśmy się tą chwilą i świętowaliśmy rocznicę ślubu.

 

 

 

 

 

 

Znów chodziliśmy boso, tak jak w miejscu, o którym pisałam we wpisie www.zycieipodroze.pl/2016/09/06/ide-boso-czyli-miedzy-rzeka-a-morzem/, gdzie wszędzie był piasek miły dla stóp. Tutaj z kolei, gdyż  w całym resorcie chodzi się po drewnianych podłogach, chodniczkach i pomostach. Wspaniałe uczucie. My lubimy chodzić boso, a Wy?  Czyż można chcieć więcej w taki dzień? Kochający się ludzie, malowniczy pejzaż, góry, rzeka, piękna dziewicza natura, cisza przerywana śpiewem ptaków i ten spokój, cudowny spokój.

 

 

 

 

Z tarasu pokoju mogliśmy obserwować ludzi mieszkających w wiosce tuż obok resortu płynących do źródełka po wodę, a w innym miejscu dzieci radujące się kąpielą w rzece. To wszystko takie naturalne i jakże codzienne dla nich. Tutaj ludzie żyją przy rzece i z rzeką. Ze źródełek czerpią wodę pitną. W innych miejscach biorą kąpiel, czy robią pranie. Stanowi ona także miejsce zdobywania pożywienia.

 

 

 

 

Spring River Resort  położony jest na terenie niezwykłej zielonej krainy, czyli Phou Hin Poun National Bio-Diversity Conservation Area, nad rzeką Nam Hinboun, zaledwie 2 kilometry od niezwykłej jaskini Kong Lor, o której możecie przeczytać w poście www.zycieipodroze.pl/2018/05/14/kong-lor-magiczna-jaskinia-krasowa-ukryta-w-gorach-annamskich/.  Znajduje się w nim 16 tradycyjnych bungalowów. 6 z nich położonych jest tuż przy rzece z widokiem na nią. 10 kolejnych umieszczono w ogrodzie, skąd rozciąga się widok na to wyjątkowo zielone miejsce z pięknym kwiatami i górami w tle. Niezwykły widok na rzekę rozpościera się również z restauracji i pomostu.

 

 

 

 

Pokoje są urządzone pięknie. Bardzo lubię połączenie drewna i bambusa. Moskitiera nie tylko chroni przed niepowołanymi gośćmi, ale też dodaje niepowtarzalnego uroku. Pokoje są bardzo czyste i spędza się w nich z przyjemnością czas, choć my woleliśmy nasz taras z widokiem na rzekę, góry i dżunglę. W całym resorcie dodatki są drewniane, bądź bambusowe. Nawet kosze, wszelkie balustrady i poręcze. To wszystko otulone tropikalnym ogrodem z przepiękną roślinnością.

 

 

 

 

Dodatkowym walorem przemawiającym za wyborem Spring River Resort  jest doskonała obsługa, bardzo uprzejmy i przyjaźnie usposobiony personel oraz serwis najwyżej jakości. To także restauracja oferująca przepyszne dania kuchni laotańskiej, tajskiej i zachodniej. Przygotowywane są one przez szefa kuchni pochodzącego z Tajlandii. Dla niego przesyłamy głębokie ukłony, gdyż właśnie tutaj jedliśmy najpyszniejsze dania w całej podróży. Rozkosz dla oczu, podniebienia i węchu. Niesamowite doznania kulinarne, doskonałe połączenia smaków, które zapamiętamy na długo. Do tego wybór trunków niespotykany często w Laosie, łącznie z naszym ulubionym winem Shiraz. Piwa Beer Lao także nie zabrakło.

 

 

 

 

 

 

Spędzając czas w Spring River Resort  można skorzystać z wielu aktywności. To stąd możemy wyruszyć, aby zwiedzić jaskinie, udać się na wspinaczkę lub trekking, popływać w rzece, odwiedzić źródła wody pitnej lub płynąc łódką rzeką obserwować codzienne życie mieszkańców wiosek położonych przy niej. Można też podziwiać pola ryżowe, kukurydziane i tytoniowe położone niedaleko udając się na przejażdżkę. Tutaj wiele jest do odkrycia. Zarówno Park Narodowy Phou Hin Poun, jak i rzeka Nam Hinboun mają wiele do zaoferowania. Dziewicza natura, źródła, strumienie, wodospady mniejsze i większe, rzeki podziemne zachęcają, aby je odkryć, zobaczyć i odwiedzić.

 

 

 

 

Jeśli zawitacie w te strony, będąc w Laosie, odwiedźcie Spring River Resort , a nie będziecie zawiedzeni. My byliśmy urzeczeni tym miejsce. Malowniczy pejzaż, góry, rzeka, piękna dziewicza natura, cisza przerywana śpiewem ptaków spokój, a do tego różne możliwości aktywności i przepyszne jedzenie zasługują na najwyższą rekomendację. Nietuzinkowy Spring River Resort  skradł nasze serca. Na długo zapamiętamy tę naszą 21 rocznicę ślubu.

Share

Maj 22

Laos – kolejna odsłona …

Laos to kraj wyjątkowy, a tym razem drugie nasze spotkanie z nim, kolejna odsłona. Siedem dni, trzy loty samolotami, tysiąc dwieście pięćdziesiąt kilometrów przejechanych na motocyklu po drogach i bezdrożach oraz trzydzieści kilometry przepłynięte łódkami zarówno w słońcu, jak i w towarzystwie burz. I cóż, znów było magicznie, pięknie i wyjątkowo. W tym czasie odwiedziliśmy sześć prowincji, cztery miasta, gościliśmy w czterech parkach narodowych, widzieliśmy kilka jaskiń, magiczne pasma gór i rzeki z niezwykle czystą, przezroczysta wodą, jeziora o kolorze szmaragdowym, pola ryżowe, tytoniowe i kukurydziane. Znów mogliśmy przyglądać się codziennemu życiu, które jest takie niezwykłe. W kilku miejscach czas się zatrzymał. Cofnęliśmy się a czasie o sto, a może i więcej lat. Chcemy się podzielić z Wami naszymi odczuciami i zdjęciami.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To nasze kolejne spotkanie z niezwykłą i w wielu miejscach jeszcze dziewiczą krainą jaką jest Laos. To kraj spokojny, pełen jaskiń, pięknej natury, biednych terenów, niezwykłych ludzi zamieszkujących wsie i dość leniwych mieszkańców miast. Dla nas była to podróż pełna magicznych chwil, nowych doświadczeń, wrażeń i przygód różnorodnych. Czas spotkań z cudną naturą oraz sympatycznymi ludźmi. Kilka pięknych dni z magicznymi chwilami, choć i z takimi, które mogą zmrozić krew w żyłach. Najpiękniejsze widoki i spotkania z naturą miały miejsce w parkach narodowych, czyli Nam Kading National Bio-Diversity, Phou Hi Poun National Bio-Diversity, Nakai-Nam Theun NBCA i Hin Nammo National Bio-Diversity. Nasza trasa wiodła przez sześć prowincji, czyli Vientine, Bolikhamxai, Khammouan, Savanakhet, Salavan i Champasak. W tym czasie byliśmy też w czterech miastach: Vientiane, Thakhek, Savannakhet i Pakse. W większości teren pokryty jest górami i wyżynami z nielicznymi płaskowyżami. Dziewicza dżungla nie jest tutaj niczym nadzwyczajnym i występuje dość często, zwłaszcza w parkach narodowych. Nie mogę nie wspomnieć o dwóch niezwykłych i wyjątkowych jaskiniach, o których była mowa w poprzednich postach o Laosie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Naszą przygodę rozpoczęliśmy w Vientiane, czyli stolicy Laosu. „Miasto Drewna Sandałowego” położone jest w środkowo-zachodniej części Laosu, nad rzeką Mekong. O spływie tą wyjątkową rzeką wspominałam we wpisie www.zycieipodroze.pl/2016/03/22/ekscytujacy-splyw-mekongiem-przez-niezwykly-laos/.  Vientiane jest jedną z najmniejszych stolic w południowo-wschodniej Azji. W przeciwieństwie do wielu miast nie ma tutaj drapaczy chmur, czy też wysokich budynków. Dominuje zabudowa raczej niska. Miasto jest spokojne i dość urokliwe.  Zostało założone pod koniec XIII wieku, a w 1560 roku  król Setthathirath przeniósł stolicę królestwa Laosu do Vientiane z Luang Prabang, o którym pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2016/03/24/laos-i-urocze-luang-prabang/. W 1778 Vientiane znalazł się pod kontrolą Syjamu, a na przełomie 1827/1828 roku został złupiony i zniszczony, gdy poddany król laotański zbuntował się przeciwko hegemonii syjamskiej. Od 1893 roku z wyjątkiem okupacji japońskiej w 1945 roku Vientiane było siedzibą francuskiego gubernatora i francuskiej stolicy administracyjnej. Dopiero w roku 1949 roku miasto odzyskało niepodległość. Obecnie stolica Laosu przyciąga turystów. My spędziliśmy tutaj niewiele czasu przed naszą wyprawą motocyklową. Troszkę pospacerowaliśmy nad rzeką, zwiedziliśmy kilka świątyń, takich jak: Pha That Luang, Sisaket Temple, Wat That Khao, Wat Si Mung, Wat Phra Kaew i inne. Ponadto spędziliśmy chwilę w Chao Anouvong Park, gdzie znajduje się King Anouvong Statue. Odwiedziliśmy także Patuxay Monument, czyli Łuk Triumfalny, z którego rozciąga się widok na całe miasto. Chociażby dla niego warto pokonać schody. Po drodze na pięterkach znajdują się sklepiki z pamiątkami i letnimi ciuszkami. Łuk Triumfalny jest charakterystycznym miejsce stolicy Laosu, choć może nie najpiękniejszym. My zakończyliśmy na nim swoje zwiedzanie Vientiane i udaliśmy się na kolację i piwo Lao Beer, jak dla nas jedno z najlepszych w Azji, aby nazajutrz wyruszyć już w trasę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kolejnego dnia, tuż po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę. Chcieliśmy dotrzeć do miejsc, gdzie znajdują się ukryte pośród gór jaskinie. Będąc pierwszy raz w Laosie zwiedzaliśmy już kilka położonych w okolicach Vang Vieng, o czym możecie przeczytać w artykule www.zycieipodroze.pl/2016/03/25/magiczne-vang-vieng-w-laosie/. Wówczas zwłaszcza jedna nas urzekła. Tym razem tego dnia za cel obraliśmy Park Narodowy Pho Hi Poun, w którym znajduje się jaskinia Kong Lor. Dotarliśmy do Spring River Resort, gdzie postanowiliśmy uczcić obchodzoną tego dnia 21rocznicę ślubu. W drodze towarzyszyły nam niesamowite widoki i urocze miejsca oraz radujący się na nasz widok Laotańczycy. Ci mieszkający na wsiach są bardzo przyjaźni i mili. Piękne góry, pola, rzeki zachwycały i sprawiły, że podróż minęła bardzo szybko, a wybór miejsca postoju doskonały. Było tak wspaniale, że zamiast zostać na jedną noc przedłużyliśmy pobyt do dwóch. Tego dnia świętowaliśmy pijąc szampana i winko zajadając pyszności serwowane przez szefa kuchni. Myślę, że to miejsce zasługuje na to, aby poświęcić mu odrębny post. Po bardzo udanym popołudniu i wieczorze spędzonym w niezwykłych warunkach przyrody oraz pysznym śniadanku wyruszyliśmy w kierunku jaskini Kong Lor. Była to kilkugodzinna wyjątkowa podróż, a jaskinia magiczna. Zresztą sami zobaczcie i podziwiajcie, bo mowa o niej we wpisie www.zycieipodroze.pl/2018/05/14/kong-lor-magiczna-jaskinia-krasowa-ukryta-w-gorach-annamskich/. Nic dodać, nic ująć tylko doświadczyć. Po powrocie odpoczywaliśmy ciesząc się sobą, dziewiczą naturą i ciszą panująca dookoła nas. To był czas niezwykły, w czasie którego zmieniliśmy plany. Postanowiliśmy dotrzeć następnego dnia do kolejnej wyjątkowej jaskini, gdyż po Kong Lor nabraliśmy apetytu na więcej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Aby do niej dotrzeć pokonaliśmy motocyklem ponad 300 kilometrów od jaskini Kong Lor. Większość trasy drogami szutrowymi, a nawet takimi, których mapa google nie pokazuje. Ujrzymy je tylko na mapach satelitarnych. Towarzyszyły nam różne przygody i zmienna pogoda. W pewnym momencie dotarliśmy do rzeki, a mostu nie było. Jest on dopiero w trakcie budowy. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że płynie w naszym kierunku łódeczka. Spojrzeliśmy na siebie z niedowierzaniem, aby już za kilka minut płynąć nią na drugi brzeg. Aż niemożliwe, że pomieściła ona 2 motocykle i 5 osób. A jednak. To było dość ekstremalne doświadczenie. Później droga też wcale nie była dużo łatwiejsza, ale rzeki już nie trzeba było pokonywać. Dotarliśmy w końcu do wioski na końcu świata przy której położona jest właśnie ona, nietuzinkowa jaskinia o nazwie Xe Bang Fai Cave, czyli Tham Khoun Xe. Pozostaliśmy tutaj na noc, aby następnego dnia zobaczyć ten kolejny cud natury. Znalezienie noclegu nie było łatwe, ale po kilkunastu minutach udało się. Ugościła nas kobieta w   guest housie.  Mieliśmy dach nad głową i strawę, choć skromną to smaczną, a także mogliśmy się umyć. Co prawda służyła nam w tym celu miska, ale można było się odświeżyć. Czułam się, jak po normalnym prysznicu, nieco tylko trochę chłodniejszym. Bez wifi spędziliśmy czas na rozmowie, a reszta nocy minęła w wyjątkowej ciszy. Dawno nie było tak cichutko. Poranek przywitał nas lekkim deszczykiem. Po skromnym śniadaniu, które smakowało wyjątkowo w tym biednym zakątku Laosu, ruszyliśmy w stronę jaskini.– fragment pochodzi z wcześniejszego wpisu, w którym i o samej jaskini możecie przeczytać na stronie www.zycieipodroze.pl/2018/05/17/xe-bang-fai-jaskinia-na-koncu-swiata/. To były wyjątkowe, choć i dość trudne dwa dni ze względu na drogi, których czasami nawet nie było, pełne różnych doświadczeń, pięknych wrażeń, niezapomnianych widoków i bajkowych scenerii oraz wioski i jaskini na końcu świata, bynajmniej tego laotańskiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wracając z jaskini i jej okolic pełnych dziewiczej natury wyruszyliśmy w drogę do Thakhek, gdzie po trudach podróży postanowiliśmy odpocząć nad rzeką Mekong. Motocykl również potrzebował odpoczynku i małej interwencji mechanika. Miasta nie zwiedzaliśmy, gdyż przyszła burza i ulewa. Po kolacji z przyjemnością udaliśmy się na zasłużony odpoczynek, aby następnego ranka wyruszyć dalej. I tak też uczyniliśmy. Ponieważ zostaliśmy dwa dni w Spring River Resort i wybraliśmy się do jaskini Xe Bang Fai teraz musieliśmy przyspieszyć. Po śniadaniu, ruszyliśmy w stronę Pakse, naszego miejsca docelowego na ten dzień. Po drodze zatrzymaliśmy się na lunch w Savannakhet, zresztą bardzo smaczny. Podróż ze względu na burze i deszcze była utrudniona, a postoje konieczne. Jednakże wieczorem udało nam się dotrzeć do Pakse. Po odpoczynku nocnym następnego dnia zwiedziliśmy troszkę miasto, wymyliśmy nasz motocykl, aby go zwrócić czystym. Służył nam dzielnie pomimo niełatwych dróg, które wybraliśmy. Pożegnaliśmy wynajęty motocykl i tuk tukiem pojechaliśmy na lotnisko skąd udaliśmy się do Vientiane. W stolicy Laosu spędziliśmy jeszcze kilka godzin. Zjedliśmy lunch i pospacerowaliśmy nad Mekongiem, aby już wieczorem udać się w drogę powrotną do domu, do Hanoi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To była już druga odsłona Laosu dla nas. Tym razem skupiliśmy się na jaskiniach, ale też i spędziliśmy fantastyczną 21rocznicę ślubu w niezwykłym miejscu. Laos najbardziej wciąż zaskakuje swoją dziewiczością wielu miejsc, magiczną naturą i niezwykłymi jaskiniami. Dla nas po raz kolejny to była przygoda niezwykła i zapewne niezapomniana. I choć było to tylko siedem dni, ale dla nas aż siedem. Kilka pięknych dni z magicznymi chwilami, choć i z takimi, które mogą zmrozić krew w żyłach na chwilę. Zapewne ten czas będziemy długo, długo pamiętać, a Laos, kraina jaskiń i dziewiczej natury, będzie wciąż gościł w naszych sercach.

Share

Starsze posty «