Podróże małe i duże,  Strona główna

Dong Hoi, czyli „Miasto Róż” …

Dong Hoi, znane jako „Miasto róż”, to wietnamskie miasto nadmorskie położone u ujścia rzeki Nhat Le. Uważane jest za historyczny i kulturalny relikt z unikalnymi atrakcjami w pobliżu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A dlaczego „Miasto róż”? Otóż krąży wokół tego określenia wiele historii. Jednak najbardziej prawdopodobna wydaje się ta związana z wizytą rosyjskiego pisarza. Boris Polevoy, autor wielu powieści, odwiedził prowincję Quang Binh w 1964 roku. Wówczas była pora sucha, więc większość kwiatów wyblakła, a jedynie róże zachowały swój piękny, świeży kolor. Jedna z kelnerek  w pensjonacie, w wiosce Duc Ninh, wzięła róże i włożyła je do wazonu ustawionego w salonie. Polevoy wskazał na wazon i powiedział:

-„Róże w Wietnamie są piękne!”.

Z kolei wietnamski poeta Xuan Hoang odpowiedział mu:

– „Wiesz, Francuzi nazywali to miejsce pełnym róż ponieważ wielu ludzi sadzi tutaj róże”.

Następnie pisarz rosyjski w liście do swojego znajomego użył zwrotu „Dong Hoi, gmina Róż”. Od tego czasu ta fraza pojawia się w wielu publikacjach Xuan Hoanga i innych poetów, a stolica prowincji Quang Binh nazywana jest „Miastem róż”.

 

 

 

 

Dong Hoi było małą wioską zanim to Wietnam został podzielony na dwa kraje, czyli Dang Trong na południu i Dang Ngoai na północy. Stało się wówczas ważną twierdzą południowych władców Nguyễn. Mury Dong Hoi uważane były za barierę, która chroniła władców przed atakiem północnej rodziny Trịnh. Dzisiejsze miasto leży na południe od tej granicy. Z kolei podczas wojny w Indochinach między Francuzami i Viet Minh w latach pięćdziesiątych XX wieku baza lotnicza  Dong Hoi została wykorzystana przez Francuzów do ataku na Viet Minh w północno-środkowym Wietnamie oraz na laotańską armię Pathet Lao w środkowym i południowym Laosie. To nie koniec historii miasta. Dong Hoi wyjątkowo ucierpiało podczas wojny amerykańsko-wietnamskiej. Położone było w pobliżu podziału  Wietnamu na północ i południe, a tym samym znajdowało się tuż przy strefie zdemilitaryzowanej. Od tego czasu minęło już wiele lat. Obecnie jest to miejsce, gdzie można zatrzymać się i zrelaksować w pięknym otoczeniu z dala od tłumów i gwarnych miejsc. Rozbite po wojnie z Amerykanami urocze miasteczko powróciło w ostatnich latach na listę miejsc, które warto zobaczyć. Ma aż 12-kilometrową linię brzegową z białymi piaszczystymi plażami. Większość turystów nie zatrzymuje się tu jednak na zbyt długo. A szkoda, bo Dong Hoi z pięknymi plażami, kolorowymi rynkami, spokojem i oczywiście pysznymi owocami morza, rybami oraz wietnamską kawą zachęca, aby tutaj być.

 

 

 

 

Ponieważ wspomniałam o wietnamskiej strefie zdemilitaryzowanej, czyli DMZ dodam, że ustanowiono ją w 1954 roku na konferencji w Genewie, która zakończyła w 1954 roku I wojnę indochińską.  Wietnamska strefa zdemilitaryzowana przebiegała wzdłuż równoleżnika 17° szerokości geograficznej północnej. Znajdowała się około 100 kilometrów na północ od miasta Hue. Tworzyła ona pas ziemi o długości około 100 i szerokości 10 kilometrów. Strefę wytyczono po obu stronach linii demarkacyjnej, której początek znajdował się u ujścia rzeki Ben Hai do Morza Południowochińskiego. Linia biegła dalej w górę rzeki przez około 55 km, a następnie kierowała się do granicy z Laosem. Głównym przejściem granicznym w strefie zdemilitaryzowanej był most Hien Luong.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wracając do miasta Dong Hoi, położone ono było od wieków w strategicznym miejscu. 11 lutego 1965 roku amerykańskie B-52 zniszczyły miasto zrównując je z ziemią. Po bombardowaniu pozostała tylko wieża ciśnień, brama Quang Binh, kościół Tam Toa, fosa i część murów obronnych ją okalających. Do dziś możemy zobaczyć ruiny kościoła, bramę i część murów. Są one traktowane jako symbole odporności miasta i jego siły. Dong Hoi, które powstało z popiołów i zgliszczy obecnie jest stolicą prowincji Quang Binh. Dla wielu osób jest miejscem, z którego wyruszają w stronę położonego zaledwie 50 kilometrów stąd Parku Narodowego Phong Nha-Ke Bang, który został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. O nim i przepięknych, bardzo spektakularnych jaskiniach w nim się znajdujących opowiem w następnym postach. Nadmienię tylko, że wiele z nich nie jest udostępnionych dla zwiedzających i wcale nie myślę, że to źle. Może właśnie bardzo dobrze. Wiele osób wybiera Dong Hoi, aby tutaj nocować, gdyż jest znacznie większym miastem niż Phong Nha i ma lepsze warunki zakwaterowania oraz dobre połączenia komunikacyjne. Można tutaj dotrzeć zarówno drogą powietrzną, kolejową jak i korzystając z autobusów i busów. 

 

 

 

 

Dong Hoi to kilka pięknych, choć pozostałych tylko w maleńkich częściach, jak wspomniałam wcześniej, zabytków. Należą do nich chociażby uznawana za symbol miasta brama Quang Binh. Została ona zbudowana w 1631 roku w czasach dynastii Nguyen i przebudowana w 1825 roku. Na uwagę zasługują ruiny kościoła Tam Toa, czyli katolickiej katedry z 1886 roku. Pozostałe, czyli Cytadela, czy pomnik Mother Suot warte są również, aby je zobaczyć. 

 

 

 

 

Jako ciekawostkę dodam, że Matka Nguyen Thi Suot-Mother Sout żyła w latach 1906-1968. Kobieta była bohaterką w wojnie z Amerykanami. 60 letnia wówczas  niewiasta ryzykowała życiem transposrtując wietnamskich żołnierzy i artylerię w małej drewnianej łódce na drugi brzeg rzeki Nhat Le w latach 1964-1967.  Chcę nadmienić, że Thi Suot urodziła się w 1906 roku w wiosce My Canh, w gminie Bao Ninh koło Dong Hoi w prowincji Quang Binh. Przyszła na świat w biednej rodzinie rybackiej. Następnie poślubiła rybaka, z którym miała pięcioro dzieci. Utrzymywali się z handlu i  transportu rzecznego. Gdy Amerykanie zbombardowali nabrzeże i otaczające je obszary większość przewoźników zaprzestała pływania łodziami, ale nie Thi Suot. Została na stanowisku i dzielnie pomagała przedostawać się żołnierzom przez rzekę. Pomimo wielu nalotów kobieta cały czas radziła sobie świetnie i wykonywała swoją misję omijając wszelkie przeciwności. Jej imię stało się znane w całym kraju. W dniu 11 października 1968 roku Thi Suot zginęła jednak w wyniku ataku amerykańskiego odrzutowca. Została oficjalnie uznana za bohaterkę Wietnamu, a w Dong Hoi możemy podziwiać pomnik z jej wizerunkiem.

 

 

 

 

Dong Hoi poza zabytkami i białymi plażami oraz wydmami porośniętymi świerkami i palmami ma do zaoferowania znacznie więcej. Warto odwiedzić targ z rybami, owocami morza, na który już przed 5 rano rybacy dostarczają świeże ryby i owoce morza. Między 15 a 16 jest kolejna, nieco mniejsza dostawa. Ponadto na targu można kupić pyszne, świeże owoce, kwiaty i inne drobiazgi. Liczne restauracje i bary ogródkowe oferują smaczne potrawy lokalne, znakomitą kawę, nawet z jajkiem, przypominającą kogel mogel tak dobrze mi znany z dzieciństwa. A i dla osób będących zwolennikami kuchni zachodniej znajdzie się coś dobrego. Można tutaj zarówno spacerować, jak i wybrać się na przejażdżkę rowerową. Miasto jest doskonałą bazą wypadową w kierunku parku narodowego i jaskiń, bądź też w stronę Hue, gdzie po drodze można podziwiać tunele Vinh Moc, gdzie my również się udamy następnym razem. Nie sposób bowiem w zaledwie kilka dni zobaczyć tak wiele miejsc. Zresztą jakże różnorodnym pod każdym względem.  Tym razem był czas na zwiedzenie poza samym „Miastem róż” kilku jaskiń i ogrodu botanicznego oraz nacieszenie się spacerami po pustej o tej porze roku plaży.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niewątpliwie jeśli chcesz odpocząć od ruchu ulicznego, tłumów turystów i codziennego życia to Dong Hoi jest wspaniałym miejscem na spędzenie kilku dni. Niektórzy zostają tutaj na dłużej zachwyceni spokojną atmosferą miasta i wcale mnie to nie dziwi. My zapewne tam wrócimy, aby jeszcze raz doświadczyć uroków jaskiń oraz udać się w kierunku strefy zdemilitaryzowanej.

Share

Zapytacie kim jestem? Przede wszystkim jestem kobietą. Ponadto domatorką z duszą podróżniczki… z kimś …dokądś …w głąb siebie … Życie jest dla mnie ciągłą podróżą. Taką z kimś, dokądś lub w głąb siebie. Kiedyś byłam niepoprawną optymistką, teraz staram się żyć optymistycznie. Kocham życie i wszelkie jego przejawy oraz możliwość doświadczania. Wszystko, co przeżyłam sprawiło, że teraz jestem taką a nie inną sobą. Jestem znającą swoją wartość kobietą, partnerką swojego niezwykłego męża, szczęśliwą siostrą i przyjaciółką oraz spełnioną matką – choć dla niektórych może zabrzmi to nieco niedorzecznie. Najcudowniejsze i magiczne chwile przeżyłam z synkiem i mężem. Najpiękniejsze dla mnie miejsca z niesamowitą aurą to Nepal i Himalaje oraz Laos. Uwielbiam mojego męża, podróże, pyszne jedzenie, gotowanie, książki, filmy, pisanie, biżuteryjne fantazje i fotografowanie, a od niedawno wędkowanie ,,no kill,,. Mam też i inne pasje. Większość z nich dzielę z moim mężem, a niektóre są tylko moje własne.

40 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *