Podróże małe i duże,  Strona główna

Magiczne Vang Vieng w Laosie …

Kolejnym etapem naszej miesięcznej wyprawy było magiczne Vang Vieng w Laosie. Z Luang Prabang udaliśmy się tam busem.  O wcześniejszych przygodach w Laosie możecie przeczytać we wpisie www.zycieipodroze.pl/2016/03/22/ekscytujacy-splyw-mekongiem-przez-niezwykly-laos/ oraz www.zycieipodroze.pl/2016/03/24/laos-i-urocze-luang-prabang/.

 

 

 

 

 

 

Droga do Vang Vieng była niezwykła i pełna wrażeń. Jechaliśmy pomiędzy górami, drogami, które były narażone na osuwanie się kamieni, z których część była dopiero w budowie lub w remoncie. Przypominały mi się drogi jakimi przyszło nam podróżować w Himalajach, w czasie wyprawy do Nepalu, choć z tą różnicą, że tutaj raczej był asfalt, a nie skały i piach oraz lepsze auta. Do celu dojechaliśmy szczęśliwie.

 

 

 

 

 

 

Vang Vieng to malowniczo położone miasteczko nad rzeką Nam Song w środkowym Laosie. Jest ono zachwycającym kurortem turystyczno-wypoczynkowym, w który Europejczycy i Australijczycy, ale i inne nacje lubią bywać. Jechaliśmy do niego z radością, ale i ciekawością. Za miasteczkiem ciągnie się zła sława, do której przyczynili się hippisi i inni poszukujący wrażeń tylko raczej narkotycznych, alkoholowych i imprezowych. Vang Vieng było dla nich iluzją wolności, miasteczkiem w którym łatwo można dostać opium, alkohol, a następnie szaleć pływając na dętkach po rzece lub poskakać do niej z huśtawek usytuowanych na jej brzegu odwiedzając po drodze liczne bary położone przy rzece. Często dochodziło do wypadków, czy tez pojedynczych utonięć. Ten precedens trwał do czasu, gdyż doszło do groźnego w skutkach zbiorowego wypadku, w którym zginęło 27 pijanych i naćpanych młodych ludzi brawurowo pływających na dętkach. Od 2012 roku zrobiło się spokojniej, gdyż władze nakazały zamknięcie barów przy rzece a rozrywki na wodzie mają kontrolowany charakter. To spowodowało, że obecnie jest mniej osób, które szukają tego rodzaju rozrywek i wrażeń. Laotańczykom też zdarza się używać opium, a właściwie tym z plemienia Hmong, ale ich zachowanie nie zagraża ani im, ani ich otoczeniu. Mieszkańcy najpierw obawiali się, czy poradzą sobie finansowo bez tej grupy odwiedzających, gdy ich pensjonaty opustoszały, ale odczuli ulgę, że nie muszą znosić hałaśliwych, rozwydrzonych nastolatków nadużywających alkoholu i narkotyków oraz szalejących w niebezpieczny sposób. Obawy raczej były nie uzasadnione bynajmniej dla większości z nich. Odkąd Vang Vieng stało się wolne od wcześniej przybywających tutaj ludzi zaczęli częściej przybywać turyści i podróżnicy chcący poznać to miejsce, jego urocze okolice i wypocząć w tej pięknej krainie organizując sobie czas samodzielnie lub korzystając z oferty licznych biur podróży.

 

 

 

 

 

 

 

My po dojechaniu do naszego miejsca noclegowego, które okazało się przyjemnymi bungalowami położonymi w pięknym miejscu u stóp gór, udaliśmy się do centrum miasta i wypożyczyliśmy motorek. Od tego momentu mogliśmy zwiedzać zarówno Vang Vieng, jak i jego cudowne okolice. To piękna, malownicza kraina, w której żyją wspaniali, skromni, mili i przyjacielscy Laotańczycy. To tutaj zakochałam się całkowicie w Laosie. Vang Vieng to kolorowe ulice, przy których znajdują się restauracje, bary, kafejki internetowe, biura podróży, pensjonaty, usługi fryzjerskie, kosmetyczne i mini zakłady krawieckie. Znajdują się tutaj domy w stylu kolonialnym, drewniane domy laotańskie, świątynie i bazarki. Można tutaj pospacerować, pojeździć na rowerze lub wykupić wycieczkę i pojechać do któregoś z wybranych miejsc.

 

 

 

 

 

 

My będąc niezależnymi mając wypożyczony motor sami organizowaliśmy sobie wyprawy z mapą w ręku. Okolica zachęcała do tego bardzo. Vang Vieng położone jest wśród nienaruszonej obecnością człowieka przyrody, gór wapiennych, dżungli, pól i łąk. W tej oszałamiającej krainie, pełnej polnych dróg, drewnianych mostów czas się zatrzymał.

 

 

 

 

 

 

W Vang Vieng można popływać tutaj kajakami, wspinać się lub zwiedzić jaskinie, których na tym terenie jest bardzo dużo. Aby zobaczyć je potrzeba byłoby bardzo dużo czasu. My zwiedziliśmy kilka z nich. Pierwszą była Tham Nam, czyli Water Cave. Jaskinia wypełniona wodą, w której pływa się na dętkach w ciemnościach, czyniąc to atrakcją. Następnie udaliśmy się do Lusi Cave, która była bardzo ładna. Kolejna z jaskiń, które odwiedziliśmy była Pha Thao Cave. Urocza jaskinia, w której byliśmy zupełnie sami. Używaliśmy tylko naszych czołówek i latarek, gdyż panowały tam całkowite ciemności. Wrażenie było niesamowite, a jaskinia piękna.

 

 

 

 

 

 

Następna jaskinia okazała się najcudowniejszą. Tham Khan Silver Bow Cave to magiczna, niezwykła, wciąż żyjąca i pracująca jaskinia z niezwykłymi stalaktytami, stalagmitami i stalagnatami. W tej, jako jedynej, mieliśmy przewodnika. Niesamowity pan najpierw dał nam jeść, a następnie opowiedział historię jaskini i pokazał to, co w niej się znajduje. Ta jaskinia była położona na uboczu, a dojazd do niej prowadził przez pola, aleje bananowców i wąską dróżką prowadząca na uroczą polanę, na której spotkaliśmy tegoż jakże niezwykłego człowieka, który pilnował jaskini przed złymi ludźmi, którzy niszczą takie miejsca jak to. Byliśmy zaskoczeni, że jaskinia była zamknięta, a nasz przewodnik otwierał ja tylko na czas odwiedzin. Uroczy pan mówił, że niekiedy przez tydzień albo i dłużej nikt go nie odwiedza. Lunch w postaci owoców skonsumowaliśmy na uroczej polance. To był fantastyczny czas, magiczna, urocza jaskinia i cudowny przewodnik, czyli strażnik tej jaskini.

 

 

 

 

Odwiedziliśmy też jaskinię Tham Poukham, która położona jest obok Blue Lagoon, będącej atrakcją tego miejsca. Jaskinia jakoś szczególnie nas nie zachwyciła, gdyż już wcześniej widzieliśmy piękniejsze, ale my zawsze lubimy takie miejsca. Skorzystaliśmy z okazji i wykapaliśmy się w lagunie oraz oddaliśmy się różnym zabawa w wodzie korzystając z huśtawek i drzewa, z którego można było skakać. Spędziliśmy tam przyjemnie czas i ruszyliśmy w dalszą drogę.

 

 

 

 

Poza jaskiniami w pięknych górach otaczających Vang Vieng znajdują się urocze wodospady Naam Taem Waterfall i Geng Nyui Waterfall. W tym czasie, kiedy my byliśmy poziom wód był niski. W górnych partiach widoczne były tylko strumyczki, ale już nieco niżej można było wykąpać się w nieckach w zimnej, górskiej wodzie.

 

 

 

 

 

 

Jeżdżąc na motorku odwiedzaliśmy wioski, które były urocze, naturalne, takie jakby sprzed 100 lat. Tak, w laotańskich wsiach czas się zatrzymał. Uwielbiam takie klimaty i aurę w takich miejscach panującą. A to wszystko w towarzystwie wspaniałych, uczynnych i przyjacielskich ludzi. Byłam nimi zachwycona. Cieszyli się, że zatrzymaliśmy się u nich na wsi na przykład przy sklepiku i spędziliśmy tam kilka chwil. Dzielili się z nami nawet posiłkami. Urzekające jest to, że ludzie, którzy sami niewiele mają dzielą się tym z innymi. My grzecznie podziękowaliśmy, ale w sklepikach prowadzonym przez nich kupowaliśmy napoje i przekąski. Siedzieliśmy z nimi trochę obserwując mieszkańców. Młodzi chłopcy na ogół trochę się popisywali, dzieci się bawiły, a dorośli pracowali, zrywali owoce z palm lub opiekowali się małymi dziećmi. Takie chwile są bezcenne. Nie można ich do niczego porównać.

 

 

 

 

 

 

Podróżując mijaliśmy piękne góry, dżunglę, lasy, pola ryżowe, ogrody morwowe i starożytne ruiny. Po powrotach do Vang Vieng udawaliśmy się na bazar ze świeżo przygotowywanym jedzeniem. Wszystko było smaczne. Oferowano mięso z grilla, które gdy wybrało się kawałek krojone było na małe części dzięki czemu z dodatkiem sosu stanowiło doskonałą przekąskę, a świetnie doprawione, zamarynowane, kruche mięsko rozpływało się w ustach. Ponadto można było skosztować różnego rodzaju szaszłyków i innych dań. Odwiedziliśmy też i kilka restauracji, w których przyrządzano zupy i inne dania, które smakowały wybornie i wzmacniały po całodziennych wyprawach. Dla smakoszy oferowana Szczęśliwa Pizzę, z dodatkiem opium lub marihuany, ale my nie skusiliśmy się na nią.

 

 

 

 

 

 

Czas spędzony w Laosie, a tym samym w Vang Vieng dobiegał końca. Mieliśmy już stąd, a dokładnie z Vientiane lecieć do Wietnamu. Okolice Vang Vieng urzekły mnie bardzo. Chcę tam wrócić, gdyż to moja ukochana część Laosu. Mam nadzieje, że tak się stanie. Tyle tam jeszcze do zwiedzenia pozostało, wiele jaskiń i pięknych, nieodkrytych miejsc. A do tego Ci cudowni ludzie. Tacy naturalni, skromni, życzliwi i towarzyscy. Niesamowite, ale takich ludzi można spotkać tylko w takich krajach, jak Laos, czy Nepal. Być może jeszcze w przyszłości jakaś kraina, którą odwiedzimy dołączy na ta listę. Laos to może biedny kraj, ale za to z cudowną, urzekająca, niezwykłą i niezadeptaną naturą, pięknymi górami, wodospadami, jaskiniami, polnymi drogami, drewnianymi mostkami i z niezwykłymi mieszkańcami. Laos jest cudowny, a okolice Vang Vieng magiczne.

 

Share

Zapytacie kim jestem? Przede wszystkim jestem kobietą. Ponadto domatorką z duszą podróżniczki… z kimś …dokądś …w głąb siebie … Życie jest dla mnie ciągłą podróżą. Taką z kimś, dokądś lub w głąb siebie. Kiedyś byłam niepoprawną optymistką, teraz staram się żyć optymistycznie. Kocham życie i wszelkie jego przejawy oraz możliwość doświadczania. Wszystko, co przeżyłam sprawiło, że teraz jestem taką a nie inną sobą. Jestem znającą swoją wartość kobietą, partnerką swojego niezwykłego męża, szczęśliwą siostrą i przyjaciółką oraz spełnioną matką – choć dla niektórych może zabrzmi to nieco niedorzecznie. Najcudowniejsze i magiczne chwile przeżyłam z synkiem i mężem. Najpiękniejsze dla mnie miejsca z niesamowitą aurą to Nepal i Himalaje oraz Laos. Uwielbiam mojego męża, podróże, pyszne jedzenie, gotowanie, książki, filmy, pisanie, biżuteryjne fantazje i fotografowanie, a od niedawno wędkowanie ,,no kill,,. Mam też i inne pasje. Większość z nich dzielę z moim mężem, a niektóre są tylko moje własne.

26 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *