Podróże małe i duże,  Strona główna

Filipiny…niezwykła, zielono-niebieska kraina tysiąca wysp…

Filipiny to malowniczy, ciepły, tropikalny kraj w kolorach różnorodnych odcieni zieleni i błękitu. Soczysta, żywa, jak i ciemna zieleń zachwyca, a różne tony niebieskie mórz i oceanów potrafią zaczarować niemalże każdego, pięknie odróżniając się od ślicznych chmurek i obłoczków występujących na nieboskłonie.

 

 

 

 

Filipiny są państwem wyspiarskim położonym na Archipelagu Filipińskim, na Oceanie Spokojnym. Składają się z ponad 7100 wysp i otoczone są zewsząd wodami. Od północy Cieśniną Luzon, od zachodu Morzem Południowochińskim, od wyspy Borneo Morzem Sulu, od innych wysp Indonezji Morzem Celebes, a od wschodu wodami Morza Filipińskiego. Stolicą kraju jest Manila. Nam w ciągu naszego tygodniowego pobytu udało się odwiedzić trzy wyspy. Nie liczę Manili, gdyż znamy ją tylko z pobytu na lotnisku. Wyspy, które zobaczyliśmy, czyli Bohol, Panglao i Pamilacan  to urocze zakątki świata i myślę, że dość reprezentatywne dla Filipin. Oddające, może tylko poza atmosferą wielkomiejską, klimat, styl życia i kulturę tegoż kraju. Pierwszym miejscem, w którym się zatrzymaliśmy była wyspa Panglao. Dotarliśmy tam najpierw samolotem z Manili do Cebu, następnie szybkim promem do Tagbilaran. Stąd już wynajętym motorkiem do miejsca docelowego. Panglao to piękna wyspa o powierzchni około 80 km²  położona wśród wód Morza Bohol. Jej wybrzeże tworzą plaże, z których najsłynniejsze to Alona Beach i White Beach. Są one bardzo często odwiedzane przez turystów. Poza nimi znajdują się tam także liczne i przepiękne kamieniste, wapienne klify oraz namorzyny.

 

 

 

 

Wyspa doskonale nadaje się do nauki nurkowania, gdyż liczne szkoły mają tam swoje siedziby. Można w ciągu kilku dni zdobyć też licencję uprawniającą do eksplorowania głębin mórz i oceanów. Mój mą ukończył taki kurs i zdobył dokument, który był na jego liście do zrobienia. Mógł cieszyć się światem podwodnym i podziwiać jego różnorodność.

 

 

 

 

Ja w tym czasie spacerowałam, poznawałam okolice i spędziłam trochę czasu na Bee Farm, której poświęcę uwagę w oddzielnym poście, gdyż to miejsce, w którym mieszkaliśmy cztery dni.  Jest ono niezwykłe i urzekło mnie bardzo. Wszystko, co w nim możemy znaleźć jest naturalne, organiczne, a jedzenie serwowane w tamtejsze restauracji przepyszne.

 

 

Można wiele zobaczyć odwiedzając wyspę, gdy się uważnie przyjrzymy temu co nas otacza. Poznać ciekawe istotki, bardziej lub mniej przyjazne. Ja spotkałam wiele takich stworzeń: pszczoły, rozgwiazdy, meduzy i zwierzątka bardziej udomowione również. Razem z mężem spacerowaliśmy i przemierzyliśmy wyspę w poszukiwaniu prawdziwego życia mieszkańców. Filipińczycy żyją na ogół skromnie w drewnianych domach w otoczeniu natury. Choć i zdarzają się tacy, którzy mieszkają w budynkach murowanych a nawet pięknych willach. Jednakże te w większości należą do obcokrajowców. Wszędzie widać zwierzątka kręcące się po obejściach. Takie szczęśliwe kaczki, kurki, krówki, czy kózki. Małe biegają swobodnie, a niektóre z tych większych są przywiązane, ale czują się swobodnie wśród otaczającej je zieleni. Czasami można spotkać koguty na uwięzi, które jak wynika z naszych informacji biorą udział w walkach kogutów w Corelli i są dumą właścicieli, ale my takich pojedynków nie widzieliśmy.

 

 

 

 

Ponadto na wyspie Panglao warto zobaczyć jaskinię Hinagdanan Cave. Nie jest to może jakiś niezwykły cud, ale najpiękniejsze w niej jest to, że znajduje się w niej woda, takie małe jeziorko. Jaskinia jest ważnym źródłem wody, gdyż na wyspie nie ma rzek i jezior. Dlatego nie podoba mi się to, że turyści kąpią się tam, a Filipińczycy na to pozwalają i zachęcają wręcz do tego. Uważam, że są miejsca, w których nie powinno się zakłócać naturalnego rytmu przyrody.

 

 

Na Panglao znajduje się piękny kościół, jakich zresztą bardzo dużo w całych Filipinach, gdyż to kraj katolicki. Niektóre z nich są już bardzo stare, a niektóre uległy zniszczeniu podczas trzęsień ziemi, które nawiedzają czasami tę część świata. Bardzo ładny kościół znajduje się w Tagbilaran. Posiada starszą i nowszą część. Jednakże ciekawsze obiekty widzieliśmy w innych miejscach, jak chociażby w Baclayon, ale także przy drogach podróżując na motorku.

 

 

 

 

W Tagbilaran warto odwiedzić Wet Market, na którym można kupić świeże ryby i przepyszne, egzotyczne owoce prosto z upraw, których bardzo dużo na Filipinach.

 

 

Kiedy zakończyliśmy pobyt na Panglao udaliśmy się na zwiedzanie wyspy Bohol. Jest to kraina o powierzchni prawie 5000 km² z głównym miastem Tagbilaran, o którym wspomniałam wcześniej, z różnorodnym wybrzeżem, plażami i pięknymi miejscami, które potrafią zachwycić. Oferta dla turystów jest urozmaicona. My podróżując na motorku bocznymi drogami mijaliśmy przepiękne, soczysto zielone pola ryżowe, które w promieniach słońca  wyglądały jak cud świata.

 

 

 

 

Udaliśmy się w okolice Carmen, aby podziwiać Czekoladowe Wzgórza, czyli Chocolate Hills. Co prawda nie były one jeszcze koloru czekoladowego, a wręcz były bardzo zielone, ale zapewne warto było je zobaczyć. Na stosunkowo niewielkiej przestrzeni znajduje się ponad 1700 wapiennych gór pokrytych trawą, która w porze suchej zmienia swój zielony kolor na brąz i stąd nazwa wzgórz. Są one objęte ochroną i zgłoszone na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jednakże taras widokowy przeznaczony dla turystów nas nie zachwycił i pojechaliśmy dalej w poszukiwaniu drogi, aby przyjrzeć im się bliżej. Udało nam się to, a nawet więcej weszliśmy na jedno ze wzgórz, które było w tym celu udostępnione. Zapewne to miejsce jest niezwykle ważne w sensie przyrodniczym oraz wizualnym i stąd chyba najczęściej odwiedzane na Boholu przez turystów.

 

 

 

 

Wracając z Czekoladowych Wzgórz przepięknymi, krętymi drogami, jadąc w górę i w dół, można odwiedzić Bilar Eco Park, w którym występują różnorodne gatunki roślin. Po drodze z Carmen do Loboc znajduje się również zoo, w którym główną atrakcja jest możliwość zobaczenia pytona ogromnych rozmiarów i możliwość zrobienia z nim zdjęć. Kiedy dotarliśmy do Loboc oglądaliśmy kościół, a w zasadzie to, co z niego pozostało po trzęsieniu ziemi w 2013 roku, które dotarło na wyspę czyniąc wiele strat. Następnie wybraliśmy się na przejażdżkę statkiem – pływającą restauracją rzeką przez dżunglę. Panowała na nim wesoła atmosfera i serwowano jedzenie przy dźwiękach muzyki na żywo. Niemalże jak na weselu. Ponadto statek zatrzymał się, abyśmy mogli podziwiać tańce ludowe i regionalne mieszkańców tych okolic czyniąc to kolejną atrakcją dla rejsu. Mnie jednak najbardziej zachwycała przyroda, która rozpościerała się dookoła. Jej kolory, kształty i różnorodność.

 

 

 

 

Uwielbiam dźwięki dżungli, choć tym razem zagłuszone przez muzykę, ale cóż taki był charakter tego rejsu. W okolicy znajduje się park linowy, czyli Loboc Eco-Tourism Adventure Park, ale my ponieważ już korzystaliśmy z takich rozrywek w innych krajach, pominęliśmy go, aby udać się w kolejne wyjątkowe miejsce, w którym żyją niezwykłe zwierzątka. Tarsier Sanctuary w Corelli jest domem słodkich, spokojnych tarsierów. Polska nazwa brzmi nieciekawie – wyraki. Tarsier brzmi zdecydowanie lepiej. Są to zwierzątka śpiące w dzień, nawet pomimo otwartych oczu, a aktywne w nocy. Są bardzo prymitywne, ale o jakżeż miłym wyglądzie. Te słodziaki występują ponoć tylko tutaj na Filipinach, choć różne źródła podają odmienne informacje. Kolejną ciekawostką i miejscem do którego warto się udać są wodospady w Antequera. One zawsze zachwycają mniej lub bardziej, ale są miejscem, gdzie można się zrelaksować i odpocząć przed dalszą podróżą.

 

 

Ostatniego dnia naszego pobytu na Filipinach, jeszcze przed wschodem słońca, wyruszyliśmy łodzią z Baclayon w poszukiwaniu delfinów. Widzieliśmy wschód słońca tęczę, choć może nie w całkowitej okazałości. Aż w końcu pojawiły się one. Cudowne delfiny. Pływały całymi stadami wynurzając się pięknie raz po raz z wody. To było niezwykłe doświadczenie, radosny czas, wspaniały, wzruszający widok, przygoda, którą należy przeżyć. Niektóre z delfinków wygłupiały się, robiły salta i piruety. To niesamowicie radosne istoty i odnosi się wrażenie, że bardzo rodzinne, lubiące żyć w stadzie. Byliśmy zachwyceni i wdzięczni za to, że mogliśmy patrzeć na delfiny i ich niezwykłą radość życia.

 

 

 

 

Gdy nacieszyliśmy już oczy udaliśmy się na maleńką wyspę Pamilacan o powierzchni zaledwie 1,75 km². To dosłownie raj na ziemi, który można przejść w niecałą godzinkę. Takie cudowne miejsce, z dala od wszystkiego. Na pewno Pamilacan jest takie w naszych oczach. Dla mieszkańców może nie. To miejsce, w którym czas się zatrzymał i można tutaj zapomnieć o wszystkim. Wyspa jest zamieszkana. Żyją na niej rodziny z dziećmi i są nawet szkoły. Jednakże życie na niej prowadzone jest skromne. Dzieci bardzo się cieszyły ze słodyczy, które im podarowaliśmy. Taką radość w oczach dziecka można zobaczyć tylko w takich miejscach. Wyspa jest piękna i taka naturalna z toczącym się życiem na niej. Mieszkańcy maja nawet swój kościół. Wszyscy byli dla nas bardzo życzliwi. Szkoda, że trzeba było wracać, gdyż samolot na nas czekał. W innym razie zostalibyśmy tam choć na dzień, czy dwa dłużej.

 

 

 

 

Nasze wakacje na Filipinach dobiegły końca. I choć był to tylko tydzień zobaczyliśmy różne atrakcje turystyczne jak i normalne, codzienne życie Filipińczyków. Spędziliśmy przemiło czas w tym miejscu zarówno z lokalnymi osobami, jak i ze spotkanymi tam bardzo sympatycznymi Polakami, którym bardzo dziękujemy za towarzystwo w czasie wieczorów i wspólnej kolacji. Chcę jeszcze dodać, że na Filipinach można poruszać się różnymi środkami transportu, których jest bardzo dużo.

 

 

Co, kto sobie życzy. Od koloru do wyboru. My poprzestaliśmy na motorku, promie i łódkach. Jednakże każdy znajdzie coś odpowiedniego dla siebie.

 

 

 

 

Filipiny to piękny, niezwykły, zielono-niebieski kraj z ogromną ilością kościołów i kaplic, choć jeden z najbiedniejszych z tych, w których byliśmy. Jest to zwłaszcza widoczne poza miejscami turystycznymi. Ludzie są przyjaźnie nastawieni i pomocni. Niezwykłe krajobrazy, wodospady, góry, klify, maleńkie plaże, niesamowite kolory morza, roślinności i nieba, a w szczególności delfiny i tarsiery pozostaną na długo w naszej pamięci, a kto wie może jeszcze kiedyś tam wrócimy, bo życie to podróż…

Share

Zapytacie kim jestem? Przede wszystkim jestem kobietą. Ponadto domatorką z duszą podróżniczki… z kimś …dokądś …w głąb siebie … Życie jest dla mnie ciągłą podróżą. Taką z kimś, dokądś lub w głąb siebie. Kiedyś byłam niepoprawną optymistką, teraz staram się żyć optymistycznie. Kocham życie i wszelkie jego przejawy oraz możliwość doświadczania. Wszystko, co przeżyłam sprawiło, że teraz jestem taką a nie inną sobą. Jestem znającą swoją wartość kobietą, partnerką swojego niezwykłego męża, szczęśliwą siostrą i przyjaciółką oraz spełnioną matką – choć dla niektórych może zabrzmi to nieco niedorzecznie. Najcudowniejsze i magiczne chwile przeżyłam z synkiem i mężem. Najpiękniejsze dla mnie miejsca z niesamowitą aurą to Nepal i Himalaje oraz Laos. Uwielbiam mojego męża, podróże, pyszne jedzenie, gotowanie, książki, filmy, pisanie, biżuteryjne fantazje i fotografowanie, a od niedawno wędkowanie ,,no kill,,. Mam też i inne pasje. Większość z nich dzielę z moim mężem, a niektóre są tylko moje własne.

35 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *