«

»

Paź 31

Nie taki diabeł straszny, jak go malują … czyli słów kilka o wietnamskich szpitalach …

Wracam do pisania bloga po dłuższej nieobecności. Cieszę się z tego powrotu. Będę mogła dzielić się z Wami moimi przeżyciami, przygodami, podróżami i sprawami dnia codziennego. Rozpocznę dziś od wrażeń towarzyszących mi podczas pobytu w szpitalach. Było to nieplanowane, gdyż wydarzyło się w następstwie małego, aczkolwiek nieszczęśliwego wypadku na motorze. Normalnie pewnie byśmy po prostu wstali, otrzepali się i pojechali dalej, ale nie tym razem. Mój palec roztrzaskał się w dziwny sposób i dlatego też udaliśmy się do szpitala. Na szczęście dowieźliśmy go w całości. Teraz mogę napisać, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Słowa te używam w stosunku do szpitali w Hanoi. Bynajmniej w stosunku do tych dwóch, w których byłam w dniu zdarzenia. Wietnamskie placówki zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Nie życzę nikomu oczywiście pobytu w nich, ale gdy tak już się zdarzy, uwierzcie mi, nie ma się czego obawiać.

 

a3e69799595b6ec14a8fe788d9569e20

W pierwszej kolejności po zdarzeniu udaliśmy się do International SOS Clinic. Bez pytania o cokolwiek, o dokumenty i ubezpieczenie, udzielono nam pierwszej pomocy. Dopiero później zapytano o paszport, czy rodzaj medycznego ubezpieczenia. Niestety mój palec praktycznie odcięty, złamany i trzymający się na włosku, wymagał operacji. Skierowano nas do szpitala, w którym miał dyżur, jak się okazało świetny specjalista, czyli do L’Hopital Francais De Hanoi, uprzedzając wcześniej placówkę, że jesteśmy w drodze. Choć to była niedziela wszystko działało, jak należy. Badania, szczepienie, przygotowania do zabiegu i sama operacja, która odbyła się w godzinach popołudniowo-wieczornych. Doktor Lieu, znakomity i niezwykle sympatyczny chirurg ortopeda zadbał o to, abym nie straciła palca, choć jak sam przyznał na drugi dzień obawy były uzasadnione. Jednakże ten kompetentny, uśmiechnięty specjalista poskładał palec, połączył wszystko to, co tego wymagało, usunął to, co zbędne i zszył palec dając mu tym samym drugie życie. Nazajutrz cieszył się, jak dziecko, że się powiodło. Ja nie spotkałam jeszcze tak radującego się lekarza. Zarówno doktor Lieu, anestezjolog, pielęgniarki i osoby asystujące były sympatyczne i rzetelne. Informowano mnie o wszystkim na bieżąco do czasu, aż zasnęłam po podaniu znieczulenia ogólnego. Z kolei wszystkie formalności dotyczące dokumentów i ubezpieczenia uzgadniano z moim mężem. Sala na której mnie umieszczono przed i po zabiegu była kameralna, dwuosobowa z łazienką, telewizorem i co najważniejsze doskonałą opieką i obsługą. Już wkrótce po zabiegu, choć to było już przed godziną 21.00 otrzymałam pyszną zupę z dyni i sok pomarańczowy, a na noc zapas wody. Po odłączeniu płynów infuzyjnych udało mi się nawet na chwilę zdrzemnąć. Czułam się dobrze, a poranek zaskoczył mnie pozytywnie. Jeszcze przed pielęgniarką przyszła pani z kuchni z menu i zapytała, co życzę sobie na śniadanie, a co na lunch. Na każdy z posiłków było kilka propozycji. Nie ukrywam, że oboje z mężem byliśmy zaskoczeni, ale ja myślałam już tylko o tym, aby wrócić do domu, co zresztą doktor na ten dzień mi obiecał. Po podaniu rannych leków i zmianie opatrunku, zaopatrzona przez szpital w antybiotyk i leki przeciw bólowe, mogłam wyjść do domu. Czekaliśmy tylko na potwierdzenie pokrycia kosztów leczenia i operacji przez firmę ubezpieczeniową, czym zajmowała się pani wyznaczona do kontaktów z firmami ubezpieczeniowymi z ramienia szpitala. Mój mąż wypełniał tylko dokumenty, z racji tego, że moja ręka była niesprawna i unieruchomiona, a piszę tylko jedną niestety. Kolejne wizyty kontrolne przebiegały bardzo sprawnie, bez zbędnych formalności. Po prostu, gdy wchodziłam do szpitala informowano mojego lekarza prowadzącego, który schodził do mnie z oddziału i zmieniał opatrunki, czy też wyciągał szwy. Co najważniejsze palec jest, działa już częściowo, choć wiem, że potrzebuje czasu, aby wrócić do sprawności. Jestem wdzięczna za to, że jest. Pobyt w wietnamskim szpitalu, choć to żadna przyjemność, należał do spokojnych, a operacja to prawdziwy majstersztyk. Stres zawsze w takich sytuacjach towarzyszy bardziej naszym bliskim, niż pacjentowi bezpośrednio. Mąż był przy mnie cały czas, oczywiście poza salą operacyjną, a ja dobrze wiem jak dłużył się czas jemu, czy też mojej siostrze czekającej na wieści w Polsce. To były tylko, albo aż dwie godziny, ale cóż to znaczy w stosunku do dwunastu godzin, jak to miało miejsce podczas ostatniej operacji naszego synusia. Znów nasz Aniołek czuwał nad nami, jak to czyni każdego dnia.

2

Podsumowując mogę śmiało napisać, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Wietnamskie szpitale, choć może mieszczące się w niezbyt okazałych budynkach, oferują pacjentom dobry standard i co najważniejsze zatrudniają kompetentny oraz wykwalifikowany personel. Jednakże należy pamiętać o jednym i co myślę, bardzo ważnym, a mianowicie ubezpieczeniu, które tutaj ma formę prywatną dla ekspatów, czy też turystów. Zatem należy o nim pomyśleć nim będzie za późno, gdyż koszt mojego pobytu jednodniowego, operacji, znieczulenia ogólnego, blokady miejscowej, a także leków oscylował w granicy około trzech tysięcy dolarów, co znacznie przewyższa roczną składkę, którą płacę na ubezpieczenia, więc zakup ubezpieczenia jest priorytetem. Dlatego wiedzmy, że trochę wyobraźni i odpowiedzialności nie zaszkodzi. Wybierając się do Hanoi, czy też Wietnamu lub innych krajów w Azji zadbajcie o ubezpieczenie, co najmniej w wersji dotyczących nieszczęśliwych wypadków. Bo my choć podróżujemy od kilku lat, przejechaliśmy wiele kilometrów, mieliśmy pierwszy raz taką sytuację ze szpitalami i mam nadzieję ostatnią :), ale jak widać wypadki chodzą po ludziach. Nasze ubezpieczenia pokryło koszty i nie musieliśmy się o nic martwić, więc warto je mieć. Jednakże ja życzę wszystkim bezpiecznych, bezwypadkowych wojaży i radosnego eksplorowania Wietnamu, bo choć w tutejszych szpitalach nie taki diabeł straszny, jak go malują, lepiej w nich nie bywać, a czas spędzać poznając piękne krainy, których tutaj jest tak wiele.

6 Komentarzy

Skip to comment form

  1. Baśka

    Wreszcie jakaś informacja o Twoim paluszku… Cieszymy się że wszystko w porządku.. Dziękujemy wietnamskiej służbie zdrowia za opiekę nad Tobą

    1. anetagrenda

      Dziękuję i wszystkiego dobrego Basieńko 🙂

  2. Beata

    Rzeczywiście nie taki diabeł straszny. A wręcz przyjemny i troskliwy. Cieszymy się, że miałaś dobrą opiekę. 😘.

    1. anetagrenda

      Tak Beatko, zważywszy na sytuację, jak najbardziej. Aniołek czuwał 🙂 🙂

  3. Magdalena

    Nieprzyjemna sprawa, ale grunt, że dobrze się skończyło. I słuszna uwaga z ubezpieczeniem, bo ono jest potrzebne wszędzie. Wydawałoby nam się, że na przykład jadąc w góry na Słowację, nie potrzebujemy nic ponad nasze ubezpieczenie, a tu nie, bo chodzenie po górach zalicza się do sportów ekstremalnych, a tego nasz NFZ nie refunduje, jeśli wypadkowi ulegniemy za granicą. Koszt ubezpieczenia jest nieporównywalnie niski do ewentualnych kosztów leczenia.
    Pozdrawiam ciepło! 🙂

    1. anetagrenda

      Wypadki zdarzają się nam ludziom i się od nich nie uchronimy. Dlatego, tak jak napisałaś, warto pomyśleć choć o małym ubezpieczeniu, aby w razie potrzeby móc z niego skorzystać, albo być po prostu posiadaczem złotej karty, którą wykorzystamy, gdy coś się wydarzy. Pytanie tylko po co? Koszty ubezpieczenia są stosunkowo niskie w stosunku do rachunku ze szpitala 🙂

Dodaj komentarz