Kwi 17

Wędkarstwo – już nasze hobby … :)

I jak to się stało, że wędkarstwo to już nasze hobby? 🙂 Tak , tak. Nie mojego męża, nie moje, tylko nasze wspólne. Otóż, jak to często bywa zaczęło się przypadkiem, a trwa już rok i mam nadzieję, że będzie nam towarzyszyć przez resztę naszego życia. Bo choć mój partner wędkuje praktycznie od dzieciństwa, to ja prawdziwego bakcyla połknęłam tutaj w Wietnamie, choć wcześniej miałam krótkie epizody z wędką. Jednak wówczas był to dla mnie rodzaj zabawy okazjonalnej, a nie regularnej pasji, która towarzyszy nam teraz bardzo często.

I pomyśleć, że wędkarstwo jako sport, hobby, czy rozrywka, pojawiło się wieki temu. Znane jest od tysiącleci. Już rzymski poeta Publiusz Owidiusz Naso w  „Sztuce Rybołówstwa” o oryginalnej nazwie  „Halieutica” opisywał bowiem wędkarskie sposoby łowienie ryb i to ich różnorodnych gatunków.  Z kolei w I wieku n.e. o wędkowaniu wspomina w swoim epigramie Marcus Valerius Martialis. Również Claudius Aelianus w swoim dziele „De Animalium Natura” przedstawił obszerne opisy dotyczące wędkowania i jego metod. Najwcześniejszy esej na temat wędkarstwa typowo rekreacyjnego został opublikowany w 1496 roku w języku angielskim. Zawierał on znaczną ilość informacji. Dotyczyły one zarówno wyboru łowisk, konstrukcji prętów i linii, jak i stosowania naturalnych oraz sztucznych przynęt. Jednakże według niektórych opinii, prawdziwe wędkarstwo rekreacyjne weszło do wczesnej epoki nowożytnej po angielskiej wojnie domowej. Zostało zapoczątkowane wraz  z wydaniem książki „Compleat Angler” Izaaka Waltona w 1653 roku. W Polsce wędkarstwo  rekreacyjne również jest znane od wieków. W polskiej literaturze znajdują się liczne dowody, że wędkarstwo rozrywkowe było sposobem na spędzanie czasu bogatszych klas społecznych, a z biegiem czasu zdobywało licznych zwolenników i pasjonatów. Świadczy o tym wiele zapisków i rozważań z XVIII i XIX wieku, miedzy innymi Pawła Eustachego Leśniewskiego, Gabriela Rzączyńskiego, czy też Krzysztofa Kluka.  Jednakże jego znaczący rozwój nastąpił w wieku XX. Obecnie wędkarstwo rekreacyjne to popularne hobby na całym świecie. Wszędzie, gdzie mieszkaliśmy, czy też podróżowaliśmy, spotykaliśmy pasjonatów z nim związanych.

 

 

Wiele osób zaczyna swoja przygodę z wędkowaniem już od dziecka. Wówczas, najczęściej w towarzystwie rodzica, bądź opiekuna, taki adept poznaje różne metody wędkowania i doświadcza spotkań z rybami i z tą niezwykłą formą spędzania czasu. Tak było z moim mężem. To z własnym tatą poznawał zaczarowany i jakże piękny wędkarski świat. Następnie razem z nim i z bratem zgłębiał jego tajniki. Gdy na świecie pojawiło się nasze wspaniałe dziecko wówczas, również wędkując, spędzaliśmy wspólnie czas. Adaś uwielbiał przebywać nad wodą, pływać na pontonie i cieszył się z każdej złapanej rybki. Dla mnie wówczas wędkowanie sprowadzało się raczej do wyciągania rybek z wody, gdyż to mój mąż przygotowywał wszystko, zarzucał i mówił kiedy mam zaciąć i postarać się, aby rybka się zbyt wcześnie nie uwolniła. Dopiero teraz, jako całkiem dorosła kobieta 🙂 poznałam wędkarstwo od innej strony i zaczęłam je traktować jako proces składający się z kilku etapów. Obecnie jest to dla mnie hobby bez którego nie wyobrażam sobie kolejnego wolnego weekendu. Jedyną konkurencją na ten czas stanowią dla niego podróże, które uwielbiam, a które  są mi potrzebne do życia, jak powietrze. Dla mnie i mojego męża wędkarstwo to nie tylko pasja wyizolowana od innych aktywności. My bardzo często łączymy ją z biwakami pod namiotem i z poznawaniem nowych miejsc. Cieszę się, że wędkowanie jest naszym wspólnym hobby. Ja wciąż jestem w fazie ekscytacji i ogromnego zaciekawienia. Staram się uczyć wszystkiego i zgłębiać swoją wiedzę oraz szlifować umiejętności, a że mam najlepszego nauczyciela pod słońcem to proces ten jest bardzo radosny i twórczy. Jestem dumna, gdy samodzielnie przygotowuję sobie sprzęt, zarzucam i ku mojej radości wyciągam piękną rybkę. Nawet, gdy jej nie ma nie stanowi to żadnego problemu. Dla mnie wędkowanie to nie tylko emocje związane z rybką, która na chwile u mnie zagości, ale to także kontakt z naturą, świeże powietrze, słońce i czas spędzony wspólnie z ukochanym. Ryba jest doskonałym dodatkiem i uzupełnieniem tego wszystkiego. Gdy taka zagości u nas, a zawsze wywołuje to ekscytacje we mnie. Po uwolnieniu z haczyka dostaje buziaka i wraca do wody, gdyż my wyznajemy zasadę: baw się dobrze, poczekaj cierpliwie, złap rybkę, daj jej buziaka (może prosząc o spełnienie życzenia) i wypuść na wolność. To jest nasza filozofia wędkarska.

 

 

Wędkarstwo to bardzo interesujące hobby. Dostarcza za każdym razem innych doświadczeń, spotkań z różnymi rybami i z odmiennymi ich zachowaniami, często zależnymi od miejsca występowania oraz dostosowaniem się do warunków panujących w zbiornikach wodnych i żyjących w nich organizmach. Wędkarstwo to zbiór emocji i pewnego rodzaju wyzwanie, w którym mierzymy się my i rybki. Czasami to one są górą w tej rywalizacji, a czasami my. To taki rodzaj rozgrywki z dreszczykiem, w której ktoś kogoś przechytrzy. Przypomina grę pomiędzy nami, a światem podwodnym ukrytym w jeziorach, stawach, rzekach, a nawet morzach i oceanach. Daje ona możliwość spełnienia, samorealizacji i wiele radości. Poza tym towarzyszy jej wiele aspektów pozytywnie wpływających na nasze  zdrowie. Wędkarstwo gwarantuje bowiem mimowolnie, jakby przy okazji, kontakt z przyrodą, pięknymi, malowniczymi miejscami, bliskością wody, która działa niezwykle uspokajająco, a także promieniami słońca niezbędnymi do życia. Weekendy spędzone z dala od miasta, od codzienności, mogą przynieść nam wiele radości i sprawić, że wrócimy do obowiązków codziennych z nową energią. Pozytywna dawka adrenalina, która towarzyszy wędkarstwu sprawi, że zapewne będziemy szczęśliwsi i radośniejsi. Wędkarstwo to hobby wyjątkowe. Może nam towarzyszyć od wczesnego dzieciństwa do późnych lat naszego życia. Sprawia ogromną radość, często wspólną. Zaangażowanie się w tę dyscyplinę sportu, czy też formę rekreacji sprawia, że doświadczamy zarówno euforii i ekscytacji, jak i uczymy się cierpliwości oraz koncentracji. Ta dość popularna forma spędzania czasu przyciąga wielu. Każdy, czy to indywidualista, czy człowiek lubiący kontakt z grupą, w niej się odnajdzie. Niewątpliwie wędkarstwo to relaks, ale i dla niektórych rywalizacja. Jest może i nieco wymagającą dyscypliną, ale i też wyjątkowo uspokajającą. Sprawia, że się uczymy mimowolnie pobudzając mózg do myślenia, chociażby poprzez opracowywanie strategii. To dyscyplina niezwykle wszechstronna i co najważniejsze umożliwiająca kontakt z naturą, co jest w obecnych czasach bardzo cenne. Wędkarstwo to hobby niezwykłe, ma wiele zalet, które zapewne warto doceniać.

Moja prawdziwa przygoda z wędkarstwem zaczęła się niespełna rok temu i myślę, że będzie trwała. Dla mnie bowiem jest to niezwykłe doświadczenie i hobby, które mnie bardzo pasjonuje oraz dostarcza wielu emocji i wrażeń. Sprawia, że interesuję się różnymi aspektami wędkowania, o czym przekonacie się niejednokrotnie, gdyż planuję cykl wpisów, dzisiejszy traktując jako krótkie słowo wstępne. Mam nadzieję, że niejedną osobę nimi zainteresuję, a może i zachęcę do wędkowania 🙂

Share

Kwi 11

Tajemniczy wodospad, który darzę ogromnym sentymentem, czyli Dry Sap …

Dziś gości u mnie tajemniczy wodospad, który darzę ogromnym sentymentem, czyli Dry Sap. A dlaczego ma dla mnie takie znaczenie? Otóż to pierwszy wodospad, który zobaczyłam, gdy zamieszkaliśmy w Wietnamie. Choć wcześniej, odwiedzając Wietnam turystycznie, widziałam inne. Ale to nie jedyny powód dla którego, jak dla mnie, Dry Sap jest wyjątkowy. To tutaj widziałam pierwszego słonia żyjącego na wolności. Do dziś mam ten niezwykły widok przed oczami. Może go znajdziesz na poniższych zdjęciach?

 

 

 

 

 

Wodospad Dry Sap położony jest w niezwykłej części Wietnamu.  Usytuowany jest bowiem w prowincji Dak Nong, w okolicy, w której mieszkają ludzie z mniejszości etnicznej Ede. Położony jest zaledwie 26 kilometrów od miasta Buon Ma Thuot. Okolice wodospadu to przepiękna kraina kawy, pieprzu i słoni, którą my uwielbiamy przemierzać. Jako ciekawostkę dodam, że Dry Sap powstał, jak i dwa inne wodospady położone w pobliżu, na rzece Srepok. A ona także jest niezwykła i tajemnicza. A dlaczego ? Otóż na ogół rzeki i strumienie w Wietnamie płyną na wschód do Zatoki Tonkińskiej. Jednak jest jeden wyjątek. Jest nim właśnie rzeka Srepok. Płynie na zachód i wpada już w Laosie do rzeki Mekong. Wyrasta ona z Wyżyny Centralnej i biegnie w otoczeniu zieleni oraz mnóstwa pięknych strumieni oraz wodospadów. Ponieważ na rzece znajdują się liczne zapory, to wodospady wyglądają najpiękniej w porze deszczowej. W porze suchej zredukowane są dość mocno. Wśród nich możemy podziwiać między innym Dray Sap nazywany pierwszym wodospadem Wyżyny Zachodniej.

 

 

 

 

 

Dry Sap ma powierzchnię ponad 500 metrów. Jego wysokość maksymalna osiąga 12 metrów, a szerokość około 120. Nawet w porze suchej wodospad wygląda pięknie w otoczeniu błękitu nieba i niezwykłej zieleni dookoła. Dry Sap podzielony jest na 3 części, czyli górną, środkową i dolną. Znajduje się on w miejscu, gdzie występuje wiele jaskiń i to często niewidocznych z daleka. Otoczony jest piękną zielenią, która zachwyca. Drzewa, góry, a nawet pola kawy sprawiają, że jego położenie wydaje się wyjątkowe, a on sam magiczny. Nasuwa się pytanie, jak natura to wymyśliła, że w takim miejscu możemy podziwiać tak niezwykłe zjawisko? Sam wodospad jest bardzo piękny i otoczony nutą tajemniczości. Kiedy zatrzymamy się przed nim i usiądziemy, aby go podziwiać, słyszymy dookoła tylko odgłosy dżungli i śpiew ptaków. Uwielbiam tutaj przebywać. Ta niezwykła aura jaką spowity jest wodospad i jego otoczenie sprawia, że czuję się w tym miejscu za każdym razem niezwykle. Towarzyszy mi spokój i uczucie uwielbienia do tej magicznej krainy.

 

 

 

 

 

Jak to w Wietnamie bywa i z wodospadem Dry Sap związana jest legenda. Niestety smutna.  Głosi ona, że piękna dziewczyna z plemienia Ede o imieniu H’Mi była uwielbiana przez mężczyzn. Wielu bogaczy proponowało jej małżeństwo, ale ona zakochała się w biednym, ale dobrodusznym człowieku. Pewnego dnia, gdy przebywali w dżungli i usiedli na kamieniu, gigantyczny potwór z piekącymi oczami stanął przed nimi chcąc ich rozdzielić. Zdmuchnął mężczyznę ze skały i zabrał H’Mi rozdzielając tym samym zakochanych. Zrozpaczony młody człowiek, gdy odzyskał przytomność, zamienił się ze zmartwienia najpierw w korzeń, a następnie przekształcił się w wielkie drzewo przywierające do skały na której siedzieli zakochani.  Jakże to nieprawdopodobne, prawda? Dziś możemy znaleźć tutaj faktycznie ogromne starożytne drzewo usytuowane obok dużego kamienia położonego przed wodospadem. Z kolei łzy kochanków sprawiły, że powstał niezwykły wodospad z mgłą w tle.  Dray Sap oznacza „Smoke Waterfall” w lokalnym języku mniejszości Ede. W rzeczywistości rozbijający się o kamienie wodospad wytwarza mgłę o dymnym efekcie. Dray Sap jest również nazywany „Wodospadem Męża” czyli w języku wietnamskim ,,Thac Chong,,. I nic dziwnego, że zyskał takie nazwy. Przebywając tutaj ma się wrażenie, że nawet w pogodny dzień lekka mgiełka unosi się tuż nad Dry Sap, czyniąc go jeszcze bardziej tajemniczym i niezwykłym, a legenda o zakochanych i ich wielkiej miłości chwyta za serce.

 

Share

Kwi 09

Gdzie woda spada z progu skalnego z ogromną siłą, czyli Elephant Waterfall

Jest takie miejsce w okolicach Da Lat, gdzie woda spada z progu skalnego z ogromną siłą, czyli Elephant Waterfall-Thac Voi . To fantastyczny wodospad położony w krainie wielu podobnych cudów natury, o czym pisałam w poprzednim poście www.zycieipodroze.pl/2018/04/04/pongour-waterfall-wodospad-niczym-warkocze-z-kobiecych-wlosow/. Jest miejscem niezwykłym, gdzie szum wody jest bardzo głośny, a woda spada w dół z niesamowitą siłą.

 

 

Elephant Waterfall znajduje się w mieście Nam Ban. Położony jest zatem zaledwie 40 kilometrów od Da Lat. Od 2001 roku, uznany za jeden z wietnamskich cudów przyrody, odwiedzany jest bardzo często zarówno przez mieszkańców, jak i turystów. Wodospad uformował się na strumieniu Cam Ly i ma 30 metrów wysokości. Droga prowadząca do niego nie należy do najłatwiejszych. Aby się do niego dostać trzeba pokonać dość trudną, kamienistą ścieżkę. Składa się ona z porośniętych mchem kamieni, stopni pokrytych wulkaniczną skałą i błotnistych miejsc. Ścieżka jest śliska i wilgotna. Co prawda wzdłuż niej znajdują się poręcze ułatwiające poruszanie, ale mimo to należy zachować daleko idącą ostrożność. Cały czas towarzyszy nam huk ogromu spadającej wody. Choć samo zejście nie jest łatwe, to warto je przemierzyć. Na dole bowiem czeka nas niesamowity widok. Oczom naszym ukazuje się fantastyczny wodospad. Woda spada tutaj z progu skalnego z niesamowita siłą zatem zarówno bodźce wizualne, jak i wzrokowe są bardzo intensywnie przez nas odbierane.

 

 

Widok jest niezwykły, a dźwięk niczym grzmoty uderzającej z ogromną siłą wody rozbijającej się o skały i kamienie sprawia, że wodospad jest niezwykle fascynujący. Obraz tego niezwykłego pomnika przyrody, jakim jest Elephant Waterfall, na długo pozostanie zapewne w pamięci. Bo choć nie jest on wcale największy, to przez perspektywę z jakiej go widzimy, wydaje się ogromny. Widok z dołu eskaluje bowiem jego potęgę. Siedząc na kamieniach i przyglądając mu się z dołu miałam wrażenie, że znajduję się przed czymś ogromnym i fantastycznie wyjątkowym. Bo choć, jak dla mnie Elephant Waterfall, nie jest najpiękniejszym wodospadem położonym w okolicach Da Lat i Buon Ma Thuot, to zachwyca zarówno wyglądem, jak i przede wszystkim siłą uderzenia wody spadającej z progu skalnego. Wokół wodospadu możemy podziwiać lasy z interesującymi jaskiniami i pradawnymi drzewami, co niewątpliwie dodaje całej okolicy uroku. Odwiedzając tę część Wietnamu warto zatrzymać się tutaj na chwilę.

 

 

Jak to w Wietnamie bywa i do czego ja już was przyzwyczaiłam również Elephant Waterfall związany jest z legendą. Głosi ona, że dawno, dawno temu żyła bardzo miła córka wodza plemienia Sre. Miała ona na imię Biang. Wszystkie dzikie zwierzęta, zwłaszcza słonie, uwielbiały ją. Kiedy dziewczyna wyrosła na piękną kobietę postanowiła poślubić Langa, który był dobrym człowiekiem i wodzem plemienia Lachów. Zarówno całe stado słoni, jak i inne zwierzęta były bardzo zadowolone. Na wesele przybyło bardzo wielu gości. Niestety zdarzył się wypadek i nieszczęśliwa para zmarła nim się pobrała. Wówczas słonie lamentowały, krzyczały i płakały. W wyniku żałoby po kilku dniach i one zmarły. Pozostały po nich ogromne kamienie. A, że za nimi tęsknił ogromnie bóg gór Langbiang i on strasznie cierpiał. Jego łzy zmieszały się ze strumieniem, aby pocieszyć martwe słonie. Od tego czasu, ze względu na pamięć o tragedii, jaka wydarzyła się tutaj miejsce to nosi nazwę „Elephant waterfall”.

Share

Kwi 04

Pongour Waterfall – wodospad niczym warkocze z kobiecych włosów …

Pongour Waterfall to wodospad, który wygląda niczym warkocze z kobiecych włosów. Cały region, w którym jest on położony, słynie z pięknych gór i romantycznych krajobrazów pełnych zielonych dolin, źródeł, strumyków, rzek i jezior oraz lasów i sosnowych wzgórz. Wśród różnych wodospadów położonych w okolicach Da Lat i Buon Ma Thuot zdecydowanie wodospad Pongour wyróżnia się swoją wyjątkowością.

 

 

 

 

 

Pongour Waterfall jest oszałamiającym wodospadem tarasowym. Otoczony ogromnym lasem sprawia, że jest to miejsce niezwykłe. Jest  jednym z najpiękniejszych wodospadów w Wietnamie, o ile nie najpiękniejszym. To miejsce magiczne. Można rzec arcydzieło stworzone przez naturę. Wodospad znajduje się w opustoszałej okolicy, 40 km od Dalat, w południowo-zachodniej części kraju. W okolicach Pongour Waterfall zachował się nienaruszony naturalny krajobraz. Wodospad otoczony jest bowiem lasami dziewiczymi zajmującymi powierzchnię około 2,5 hektara. Występuje tutaj urozmaicona flora, starożytne drzewa i dzikie zwierzęta. Wodospad spada z klifu z wysokości 40 metrów. Woda rozrzucana jest na ponad 100 metrów. Interesujące jest to, że opada na 7 poziomów skał. Stąd Pongour Waterfall znany jest również jako Seven Level Waterfall. Przez Francuzów nazywany był wielokrotnie  najwspanialszym wodospadem całych Indochin. Jego widok niewątpliwie zapiera dech w piersiach. Po prawie 15 latach odkąd go udostępniono do zwiedzania Pongour Waterfall nadal zachowuje swój naturalny i wspaniały urok. Ponoć wygląda od lat tak samo. Razem z jeziorem powstałym tuż pod nim i bujną zielenią tworzy bajkowy widok od którego trudno oderwać oczy. Siedząc na kamieniach u stóp gór na przeciwko niego można zapomnieć o wszystkim i cieszyć się chwilą, co i my uczyniliśmy.

 

 

 

 

Nazwa wodospadu nie wzięła się znikąd. Pongour pochodzi od dialektu Kho i oznacza cztery rogi nosorożców, czyli pon-cztery i gou-róg. Jednak przede wszystkim jest wynikiem francuskiej wymowy i oznacza króla Kaolin. Stąd przyjęła się nazwa Khu du lich thac Pongour, czyli Pongour Waterfall.

 

 

 

 

 

Jak to w Wietnamie bywa i z wodospadem Pongour związana jest legenda. Głosi ona, że dawno, dawno temu żyła piękna Kanai. Będąc głową plemienia Kho rządziła ona wszystkimi. Kobieta  była bardzo odważna i waleczna, a także doskonała w podboju niebezpiecznych zwierząt. Wśród nich znajdowały się cztery duże nosorożce. Zawsze przestrzegały jej poleceń. Zamieniały nieużytki w tereny rodzące pożywienie, a także pomagały w walce  z wrogami. Nagle pewnego dnia już wiosenną porą okazało się, że Kanai nie żyje. Był to dzień pełni księżyca pierwszego miesiąca w kalendarzu księżycowym. Jej odejście sprawiło, że cztery nosorożce były bardzo smutne. Nic nie jadły, tylko siedziały przy swojej pani. Po paru dniach tubylcy zobaczyli w tym miejscu wspaniały wodospad. Zrozumieli, że to włosy Kanai zamieniły się w wodę, a rogi nosorożców w kamienie je pilnujące. Symbolizują one przywiązanie do siebie człowieka i natury oraz wzajemne relacje. Dlatego każdego roku, z okazji święta pełni w pierwszym miesiącu księżycowym, tysiące ludzi przychodzi odwiedzić Pongour Waterfall. Cieszą się świętem i atmosferą wiosny. Jest to również okazja dla młodych chłopców i dziewcząt, by się z sobą spotykać. Dla odwiedzających okolice Da Lat Pongour Waterfall to miejsce, które warto zobaczyć.

Share

Mar 30

Opowieść wielkanocna, czyli „Trzy cedrowe drzewa” …

TRZY CEDROWE DRZEWA

Paulo Coelho

 

Wedle starej legendy dawno temu w pięknych lasach Libanu wyrosły trzy cedry. Jak wszyscy wiemy, potrzeba wielu lat, aby cedr wyrósł na potężne drzewo. Dlatego drzewa te przez całe wieki rozmyślają o życiu, śmierci, przyrodzie i ludziach. Owe trzy cedry były świadkami przybycia ekspedycji z Izraela wysłanej przez króla Salomona. Później ujrzały, jak ziemia spłynęła krwią podczas bitew z Asyryjczykami. Dane im było poznać Jezabel i proroka Eliasza, dwu śmiertelnych wrogów. Widziały, jak wynaleziono alfabet.

Pewnego dnia postanowiły porozmawiać o przyszłości.

– Po tym wszystkim, czego byłem świadkiem, chciałbym, by wyrzeźbiono ze mnie tron dla króla najpotężniejszego na Ziemi – rozmarzył się pierwszy z cedrów.

– Ja zaś pragnę stać się częścią czegoś, co przemieni na zawsze Zło w Dobro.

– Jeśli zaś chodzi o mnie, to chciałbym, aby ilekroć ludzie spojrzą na mnie, myśleli o Bogu – odpowiedział trzeci cedr.

 

Minęło jeszcze wiele lat, aż pojawili się cieśle. Ścięli cedry i statek powiózł je w odległe strony. Z drewna pierwszego zbudowano schronienie dla zwierząt, a z resztek zbito rusztowanie do siana. Z drugiego wyciosano zwykły stół, który trafił do rąk handlarza mebli. Na drewno trzeciego nie znalazł się kupiec, dlatego pocięto je i umieszczono w magazynie w jakimś wielkim mieście.

Nieszczęśliwe drzewa żaliły się:

– Nasze drewno nie było dość dobre i nikt nie doszukał się w nas piękna, by je wydobyć.

Czas mijał i jednej z wielu gwiaździstych nocy pewne małżeństwo, które nigdzie nie mogło znaleźć miejsca na nocleg, schroniło się w stajence zbudowanej z drewna pierwszego cedru. Kobieta krzyczała z bólu, aż wydała na świat dziecię i położyła je na sianie umieszczonym na drewnianym rusztowaniu. Wtedy cedr pojął, że oto spełniło się jego marzenie – był to największy ze wszystkich królów na Ziemi.

Mijały lata, aż pewnego wieczoru, w skromnym domu, mężczyźni zasiedli wokół stołu wyciosanego z drewna drugiego cedru. Jeden z nich, zanim jeszcze wszyscy zaczęli jeść, wyrzekł słowa o chlebie i winie stojącym przed nim. Wtedy drugie drzewo zrozumiało, że w owej chwili to nie kielich wina i kawałek chleba spoczywa na nim, ale dokonuje się pojednanie człowieka z Boskością.

Następnego dnia zabrano kawałki trzeciego cedru i zbito w kształcie krzyża. Porzucono je gdzieś, a w kilka godzin później przyprowadzono nieludzko poranionego mężczyznę, którego przykuto do jego drewna. Przerażone drzewo zapłakało nad barbarzyńskim losem, jakie zgotowało mu życie. Zanim jednak minęły trzy dni, trzecie drzewo pojęło sens swego przeznaczenia – ukrzyżowany człowiek stał się rozświetlającym wszystko Światłem. Krzyż, zrobiony z drewna trzeciego cedru, z symbolu tortury przeistoczył się w symbol zwycięstwa.

Jak to zwykle bywa z marzeniami, wypełniły się sny trzech libańskich cedrów, ale nie tak, jak same drzewa to sobie wyobrażały.

 

Zdjęcia: pixabay.com/
Share

Mar 28

Phong Nha – malownicza jaskinia z najdłuższą rzeką podziemną i starożytnymi inskrypcjami …

Jaskinia Phong Nha tak, jak inne niezwykłe i spektakularne jaskinie wietnamskie, położona jest w Parku Narodowym Phong Nha-Ke Bang. Pisałam o nim w poście www.zycieipodroze.pl/2018/03/22/paradise-cave-magiczna-jaskinia-posrod-gor/. Phong Nha została uznana za jedną z najwspanialszych jaskiń na świecie. Mnie to w ogóle nie dziwi.

 

 

 

 

 

 

 

Phong Nha Cave to  najczęściej odwiedzana jaskinia w Parku Narodowym Phong Nha-Ke Bang. Położona u podnóża wapiennych skał jest bramą do parku, w którym znajduje się wiele magicznych i wyjątkowych jaskiń. Mała wioska Son Trach, która zwana też jest Phong Nha, położona 40 kilometrów na północny-zachód od stolicy prowincji Dong Hoi, o której pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2018/03/20/dong-hoi-miasto-roz/ jest miejscem, z którego można wyruszyć w stronę jaskini. Wieś leży wzdłuż rzeki Son i wciąż się  rozwija, aby sprostać wciąż rosnącej liczbie turystów przybywających do odkrywania podziemnego świata jaskiń, grot i rzek podziemnych.

 

 

 

 

Phong Nha Cave została po raz pierwszy odkryta w 1899 roku, choć już bardzo dawno mieszkali tam Czamowie. Pod koniec XIX wieku Leopold Michel Cadiere, który był francuskim misjonarzem, przeprowadził eksplorację pierwszych 600 metrów jaskini Phong Nha. Odkrył tam starożytne inskrypcje znajdujące się na ścianie jaskini i pozostałości ołtarza należącego do ludu Cham. Czyż to nie fascynujące? Cywilizacja Chamów żyła na tym obszarze tysiące lat temu, a pozostałości jej kultury można znaleźć w całym Wietnamie, tak jak chociażby w  My Son. Ta starożytna cywilizacja miała własny sposób zapisów, który nie został w pełni odszyfrowany do dnia dzisiejszego. Bardzo prawdopodobne jest to, że pozostanie tajemnicą przez wiele kolejnych lat.

 

 

 

 

Phong Nha Cave to pierwsza jaskinia w okolicy, która została udostępniona publicznie.  Ma 7 729 metrów długości i zawiera 14 grot, a także 13 969 metrów podziemnych rzek. Naukowcy przebadali 44,5 kilometrów korytarzy. Dla turystów udostępniono pierwsze 1500 metrów. Do Phong Nha Cave przylega sucha jaskinia Thien Son Cave, która tak jak i wiele innych jaskiń w tym rejonie, była używana jako szpital, schron i magazyn amunicji podczas wojny amerykańskiej. Zatem historia tego miejsca jest niezwykła. Dostarcza poza geologicznymi także wielu historycznych i kulturowych wrażeń. Dokładne badania przeprowadzono w 1992 roku. Wówczas grupa brytyjskich naukowców dołączyła do pracowników Uniwersytetu Hanoi podczas ekspedycji do jaskini. Głównym celem misji było zbadanie Phong Nha Cave i udokumentowania wszystkiego. Od 18 marca do 18 kwietnia zorganizowano kilka wypraw. Udało się wówczas odkryć wspomniane wyżej 7 729 metrów jaskini o maksymalnej wysokości 50 metrów i maksymalnej głębokości 83 metrów. Głównie ta ekspedycja przyczyniła się do otwarcia jaskinia dla turystów w 1995 roku. Niedługo po otwarciu, w 1998 roku, zainstalowano sztuczny system oświetleniowy. Jednak w 2012 roku zmieniono oświetlenie, tak aby zmniejszyć szkody w jaskini  nim wywoływane. Jednocześnie stworzono niesamowicie piękną atmosferę.

 

 

 

 

Phong Nha została uznana za jedną z najwspanialszych jaskiń na świecie z wielu powodów. To w niej płynie najdłuższa podziemna rzeka i znajduje się najpiękniejsze podziemne jezioro. Ma najwyższe i najszersze wejścia prowadzące do najpiękniejszej i najszerszej suchej jaskini, a także do najbardziej spektakularnych stalaktytów, stalagmitów i najdłuższych grot wodnych. Stalagmity, które kiedyś stały przy wejściu do jaskini, najwyraźniej zainspirowały do nadania jej nazwy. Phong Nha oznacza „Wiatr i Zęby”. Czyż to nie brzmi intrygująco? Kolejnym świetnym aspektem jaskini Phong Nha jest wiele skamielin, które można znaleźć we wnętrzach dużych wapiennych skał. Wszystkie skamieniałości to morskie stworzenia, takie jak ryby, muszle, kraby i może i wiele innych. W rzeczywistości cały teren Parku Narodowego Phong Nha-Ke Bang wypełniony jest skamielinami, które zapewne ujrzą światło dzienne po kilkuset tysiącach lat. Phong Nha słynie z formacji skalnych, które noszą intrygujące nazwy, takie jak „Lew”, „Jednorożec”, „Klęczący słoń” i „Budda”.

 

 

 

 

Phong Nha to najdłuższa mokra, czy też rzeczna jaskinia na świecie. Niezwykle duży podziemny system rzeczny przebiega przez całą jaskinię. Jednak znajdują się tam też duże, suche komory, do których woda już nie dociera. Jaskinia podzielona jest na trzy różne sekcje. Każda z nich jest domem dla różnych gatunków zwierząt. Pomiędzy nimi istnieje duża różnica temperatur.

 

 

 

 

Pierwsza z nich jest strefą wejścia. Uznaje się za nią ujście jaskini i kilka jej pierwszych metrów. Jest ona domem dla wszystkich zwierząt żyjących w słońcu. W upalne dni szukają one schronienia w jaskini. Są to ptaki, małpy, ryby, owady i wiele innych okazów. Jedynym sposobem, aby wejść do jaskini jest przypłyniecie łodzią mającą tradycyjny smoczy kształt. Rejs trwa około 40 minut i rozpoczyna się we wspomnianej wcześniej Son Trach ze stacji dokującej Xuan Son. Płynąc w górę rzeki Son dociera się do niezwykłego wejścia do jaskini. Już ono samo jest bardzo niezwykłe i fascynuje. Jest po prostu piękne i niepodobne do żadnego innego wejścia do jaskini na świecie.

 

 

 

 

Kolejna w Phong Nha Cave jest strefa mroku. Tam zainstalowany jest sztuczny system oświetlenia. Rozświetla on jaskinię i skupia się na tym, aby pokazać doskonałe, różnorodne w kształtach stalagmity, stalaktyty i niezwykłe nacieki jaskiniowe. Połączenie niezwykłych form skalnych z delikatnym obecnie oświetleniem tworzy zapierający dech w piersiach i niepowtarzalny, spektakularny widok. Światło uwydatnia piękno jaskini i ułatwia jej eksplorację. W tej strefie żyje niewiele zwierząt, ponieważ każdego dnia do jaskini wchodzi wielu turystów. Zwierzęta, które nadal tutaj żyją można znaleźć głównie w wodzie. Są to kraby, krewetki, węgorze i inne gatunki ryb.

 

 

 

 

Ostatnia jest strefa ciemności. Rozpoczyna się ona około 1,2 kilometra od wejścia do jaskini. Tutaj panuje już tylko ciemność. To bardzo tajemnicza część jaskini, której większość odwiedzających nigdy nie zobaczy. Jednak dla bardziej zainteresowanych istnieje możliwość eksploracji 4,5 kilometra jaskini. Ponoć im głębiej zanurzymy się w strefę ciemności tym więcej zwierząt spotkamy. Znajdują się tam tak zwane ślepe ryby, ślepe nietoperze i ślepe owady, czyli świerszcze i pająki, a także czerwone jaszczurki.

 

 

 

 

Phong Nha Cave to jeden z licznych malowniczych zakątków Wietnamu. Jednak wyróżnia się niewątpliwie swym magicznym pięknem. Jaskinia Phong Nha jest uznawana za jedno z miejsc dziedzictwa kulturowego. Zarówno niezwykłe formy stalaktyczne, jak i nacieki jaskiniowe w postaci  różnorodnych speleothemów czynią ją jedyną w swoim rodzaju. Dodatkowo ślady pisma Chamów sprawiają, że jest tym bardziej cenna, a raczej bezcenna. Wielu znawców uważa, że nigdzie w południowo-wschodniej Azji nie można się nacieszyć się tak piękną i magiczną jaskinią jaką jest Phong Nha.

 

 

 

 

 

 

 

W mojej ocenie i odczuciach Phong Nha Cave to malownicza jaskinia z wspaniałą i najdłuższą rzeką podziemną oraz niezwykłymi, spektakularnymi stalaktytami i stalagmitami, a także naciekami jaskiniowymi. Starożytne inskrypcje Chamów dodają jej niepowtarzalnego charakteru, a strefa mroku budzi ogromne zaciekawianie owiana nutą tajemniczości. W magicznej Phong Nha cave po prostu trzeba być odwiedzając tę część Wietnamu.

Share

Mar 22

Paradise Cave – magiczna jaskinia pośród gór …

Paradise Cave to niezwykła i magiczna  jaskinia. Choć nie jedyna znajdująca się w Parku Narodowym Phong Nha-Ke Bang to najdłuższa. Park, który został wpisany w 2003 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, znajduje się zaledwie 50 kilometrów od miasta Dong Hoi, o którym pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2018/03/20/dong-hoi-miasto-roz/.

 

 

 

 

Phong Nha-Ke Bang to miejsce wyjątkowe. W wyniku rozwoju skorupy ziemskiej 464 milionów lat temu powstała tutaj najstarsza formacja wapienna w Azji. Obecnie stanowi ona powierzchnię około 2000 km².  Park został podzielony na 3 strefy, z których jedna objęta jest całkowitym zakazem wstępu. Phong Nha-Ke Bang Park jest jednym z najważniejszych regionów ekologicznych nie tylko w samym Wietnamie.  Pokryty głównie tropikalnym lasem deszczowym jest domem dla wiele zagrożonych gatunków zwierząt. Pośród nich znajdują się czarne niedźwiedzie, tygrysy, słonie, dzikie psy, wół gaur, czy niedawno odkryta saola wietnamska. Duża liczba gatunków fauny i flory występująca na terenie parku jest imponujaca. Ponad 800 zarejestrowanych kręgowców obejmuje  aż 154 ssaki, 117 gadów, 58 płazów, 314 ptaków i 170 ryb.

 

 

 

 

W Phong Nha-Ke Bang znajduje się imponujący system grot i jaskiń o łącznej długości 104 kilometrów. Ponoć jest ich nawet 300. Jeśli chodzi o jaskinie to tylko cztery z nich są dostępne do odwiedzania. System rzek podziemnych jest równie fascynujący. W parku znajduje się jaskinia Hang Son Doong, czyli największa jaskinia na świecie. Plotka niesie, że jest tam i jeszcze większa jaskinia. Kto wie? Son Doong ma 7,3 kilometra długości, 150 metrów wysokości i 200 metrów szerokości. Nazywana jest perełką prowincji Quang Binh i całego Wietnamu. Znajduje się tam magiczny system stalaktytów i stalagmitów, a także unikalny las. Obecnie stalagmity z jaskini Son Doong, których wysokość przekracza 70 metrów, uznawane są za najwyższe znane. To miejsce niewątpliwie niezwykłe, ale już  w tym roku nie ma możliwości tam wejść, gdyż jest to limitowane, a sezon trwa tylko od lutego do sierpnia. Jednakże pozostałe udostępnione jaskinie są równie piękne. Pośród nich znajduje się Paradise Cave, o której dziś będzie mowa.

 

 

 

 

Jaskinia Dong Thien Duong, czyli Paradise Cave, została odkryta przez miejscowego człowieka w 2005 roku. Wówczas British Cave Association rozpoczęło poszukiwania trwające 4 lata. Okazało się, że jaskinia ma 31,4 kilometra długości. To czyni ją najdłuższą suchą jaskinią w Azji. Wysokość może osiągnąć 72 metry, a szerokość 150. Znawcy uważają, że formacja wapienia występująca tutaj jest bardziej spektakularna niż w jaskini Phong Nha. Brytyjscy badacze jaskini będący pod wrażeniem pięknych i spektakularnych stalaktytów i stalagmitów nazwali ją Rajską Jaskinią, czyli Thien Duong-Paradise Cave. Dla turystów udostępniono jaskinię 3 września 2010 roku. Mogą oni podziwiać jaskinię na odcinku 1 kilometra codziennie. Jeśli ma się ochotę eksplorować ją bardziej możliwa jest opcja 7 kilometrowa (czyli 3,5 kilometra w jedną stronę). Wówczas należy mieć odpowiednie obuwie i czołówki. W czasie wysokiego poziomu wody (zwykle od września do grudnia) ta dłuższa trasa zwiedzania jest redukowana do 4 kilometrów. Wybierając tę opcję można przepłynąć wpław przez część jaskini lub popłynąć łodzią. Ponadto zjeść lunch pod ziemią, a jeśli będzie to słoneczny dzień to można zachwycić się promieniami słońca, które przenikają do jaskini.

 

 

 

 

Wnętrze Paradise Cave wydaje się wyniosłe i niebiańskie  jak wielka katedra. Ze sklepionymi sufitami bogatymi w stalaktyty,  różnorodnymi formacjami jest to wyjątkowo piękna jaskinia, a słowa nie są w stanie oddać jej uroku. Do jaskini idzie się pod górę schodami, aby ujrzeć mały otwór. Jednak kiedy wchodzimy już do wnętrza naszym oczom ukazuje się ogromna komnata, niczym pałac, który podziwiamy z rampy. A to dopiero początek naszego zachwytu nad wyjątkowością jaskini. Drewniana promenada prowadzi nas dalej, a naszym oczom ukazują się magiczne konstelacje w postaci nacieków jaskiniowych, czyli różnorodnych speleothemów. Jesteśmy widzami niezwykłego spektaklu powstającego z połączenia cudów natury i wysublimowanego oświetlenia, które znakomicie podkreśla magię i wyjątkowość Paradise Cave. Można by tam pozostać godzinami podziwiając piękno, które nas otacza ze wszystkich stron. Spektakularne stalaktyty i stalagmity zapierają dech w piersiach swą niepowtarzalnością. Jednak, czy słowa mogą je pokazać? … Myślę, że zdjęcia troszkę bardziej. Dlatego zachęcam was, abyście się im przyjrzeli i zapragnęli tam być.

 

 

 

 

Paradise Cave to jaskinia magiczna i niezwykła. Może zachwycić i zadziwić spektakularnymi stalaktytami i stalagmitami, a także naciekami jaskiniowymi tworzącymi w połączeniu  ze światłem niezwykły spektakl. Ja mogłabym tam przebywać godzinami i wam również życzę spotkania z tą rajską jaskinią i jej magiczną niepowtarzalnością.

Share

Mar 20

Dong Hoi, czyli „Miasto Róż” …

Dong Hoi, znane jako „Miasto róż”, to wietnamskie miasto nadmorskie położone u ujścia rzeki Nhat Le. Uważane jest za historyczny i kulturalny relikt z unikalnymi atrakcjami w pobliżu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A dlaczego „Miasto róż”? Otóż krąży wokół tego określenia wiele historii. Jednak najbardziej prawdopodobna wydaje się ta związana z wizytą rosyjskiego pisarza. Boris Polevoy, autor wielu powieści, odwiedził prowincję Quang Binh w 1964 roku. Wówczas była pora sucha, więc większość kwiatów wyblakła, a jedynie róże zachowały swój piękny, świeży kolor. Jedna z kelnerek  w pensjonacie, w wiosce Duc Ninh, wzięła róże i włożyła je do wazonu ustawionego w salonie. Polevoy wskazał na wazon i powiedział:

-„Róże w Wietnamie są piękne!”.

Z kolei wietnamski poeta Xuan Hoang odpowiedział mu:

– „Wiesz, Francuzi nazywali to miejsce pełnym róż ponieważ wielu ludzi sadzi tutaj róże”.

Następnie pisarz rosyjski w liście do swojego znajomego użył zwrotu „Dong Hoi, gmina Róż”. Od tego czasu ta fraza pojawia się w wielu publikacjach Xuan Hoanga i innych poetów, a stolica prowincji Quang Binh nazywana jest „Miastem róż”.

 

 

 

 

Dong Hoi było małą wioską zanim to Wietnam został podzielony na dwa kraje, czyli Dang Trong na południu i Dang Ngoai na północy. Stało się wówczas ważną twierdzą południowych władców Nguyễn. Mury Dong Hoi uważane były za barierę, która chroniła władców przed atakiem północnej rodziny Trịnh. Dzisiejsze miasto leży na południe od tej granicy. Z kolei podczas wojny w Indochinach między Francuzami i Viet Minh w latach pięćdziesiątych XX wieku baza lotnicza  Dong Hoi została wykorzystana przez Francuzów do ataku na Viet Minh w północno-środkowym Wietnamie oraz na laotańską armię Pathet Lao w środkowym i południowym Laosie. To nie koniec historii miasta. Dong Hoi wyjątkowo ucierpiało podczas wojny amerykańsko-wietnamskiej. Położone było w pobliżu podziału  Wietnamu na północ i południe, a tym samym znajdowało się tuż przy strefie zdemilitaryzowanej. Od tego czasu minęło już wiele lat. Obecnie jest to miejsce, gdzie można zatrzymać się i zrelaksować w pięknym otoczeniu z dala od tłumów i gwarnych miejsc. Rozbite po wojnie z Amerykanami urocze miasteczko powróciło w ostatnich latach na listę miejsc, które warto zobaczyć. Ma aż 12-kilometrową linię brzegową z białymi piaszczystymi plażami. Większość turystów nie zatrzymuje się tu jednak na zbyt długo. A szkoda, bo Dong Hoi z pięknymi plażami, kolorowymi rynkami, spokojem i oczywiście pysznymi owocami morza, rybami oraz wietnamską kawą zachęca, aby tutaj być.

 

 

 

 

Ponieważ wspomniałam o wietnamskiej strefie zdemilitaryzowanej, czyli DMZ dodam, że ustanowiono ją w 1954 roku na konferencji w Genewie, która zakończyła w 1954 roku I wojnę indochińską.  Wietnamska strefa zdemilitaryzowana przebiegała wzdłuż równoleżnika 17° szerokości geograficznej północnej. Znajdowała się około 100 kilometrów na północ od miasta Hue. Tworzyła ona pas ziemi o długości około 100 i szerokości 10 kilometrów. Strefę wytyczono po obu stronach linii demarkacyjnej, której początek znajdował się u ujścia rzeki Ben Hai do Morza Południowochińskiego. Linia biegła dalej w górę rzeki przez około 55 km, a następnie kierowała się do granicy z Laosem. Głównym przejściem granicznym w strefie zdemilitaryzowanej był most Hien Luong.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wracając do miasta Dong Hoi, położone ono było od wieków w strategicznym miejscu. 11 lutego 1965 roku amerykańskie B-52 zniszczyły miasto zrównując je z ziemią. Po bombardowaniu pozostała tylko wieża ciśnień, brama Quang Binh, kościół Tam Toa, fosa i część murów obronnych ją okalających. Do dziś możemy zobaczyć ruiny kościoła, bramę i część murów. Są one traktowane jako symbole odporności miasta i jego siły. Dong Hoi, które powstało z popiołów i zgliszczy obecnie jest stolicą prowincji Quang Binh. Dla wielu osób jest miejscem, z którego wyruszają w stronę położonego zaledwie 50 kilometrów stąd Parku Narodowego Phong Nha-Ke Bang, który został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. O nim i przepięknych, bardzo spektakularnych jaskiniach w nim się znajdujących opowiem w następnym postach. Nadmienię tylko, że wiele z nich nie jest udostępnionych dla zwiedzających i wcale nie myślę, że to źle. Może właśnie bardzo dobrze. Wiele osób wybiera Dong Hoi, aby tutaj nocować, gdyż jest znacznie większym miastem niż Phong Nha i ma lepsze warunki zakwaterowania oraz dobre połączenia komunikacyjne. Można tutaj dotrzeć zarówno drogą powietrzną, kolejową jak i korzystając z autobusów i busów. 

 

 

 

 

Dong Hoi to kilka pięknych, choć pozostałych tylko w maleńkich częściach, jak wspomniałam wcześniej, zabytków. Należą do nich chociażby uznawana za symbol miasta brama Quang Binh. Została ona zbudowana w 1631 roku w czasach dynastii Nguyen i przebudowana w 1825 roku. Na uwagę zasługują ruiny kościoła Tam Toa, czyli katolickiej katedry z 1886 roku. Pozostałe, czyli Cytadela, czy pomnik Mother Suot warte są również, aby je zobaczyć. 

 

 

 

 

Jako ciekawostkę dodam, że Matka Nguyen Thi Suot-Mother Sout żyła w latach 1906-1968. Kobieta była bohaterką w wojnie z Amerykanami. 60 letnia wówczas  niewiasta ryzykowała życiem transposrtując wietnamskich żołnierzy i artylerię w małej drewnianej łódce na drugi brzeg rzeki Nhat Le w latach 1964-1967.  Chcę nadmienić, że Thi Suot urodziła się w 1906 roku w wiosce My Canh, w gminie Bao Ninh koło Dong Hoi w prowincji Quang Binh. Przyszła na świat w biednej rodzinie rybackiej. Następnie poślubiła rybaka, z którym miała pięcioro dzieci. Utrzymywali się z handlu i  transportu rzecznego. Gdy Amerykanie zbombardowali nabrzeże i otaczające je obszary większość przewoźników zaprzestała pływania łodziami, ale nie Thi Suot. Została na stanowisku i dzielnie pomagała przedostawać się żołnierzom przez rzekę. Pomimo wielu nalotów kobieta cały czas radziła sobie świetnie i wykonywała swoją misję omijając wszelkie przeciwności. Jej imię stało się znane w całym kraju. W dniu 11 października 1968 roku Thi Suot zginęła jednak w wyniku ataku amerykańskiego odrzutowca. Została oficjalnie uznana za bohaterkę Wietnamu, a w Dong Hoi możemy podziwiać pomnik z jej wizerunkiem.

 

 

 

 

Dong Hoi poza zabytkami i białymi plażami oraz wydmami porośniętymi świerkami i palmami ma do zaoferowania znacznie więcej. Warto odwiedzić targ z rybami, owocami morza, na który już przed 5 rano rybacy dostarczają świeże ryby i owoce morza. Między 15 a 16 jest kolejna, nieco mniejsza dostawa. Ponadto na targu można kupić pyszne, świeże owoce, kwiaty i inne drobiazgi. Liczne restauracje i bary ogródkowe oferują smaczne potrawy lokalne, znakomitą kawę, nawet z jajkiem, przypominającą kogel mogel tak dobrze mi znany z dzieciństwa. A i dla osób będących zwolennikami kuchni zachodniej znajdzie się coś dobrego. Można tutaj zarówno spacerować, jak i wybrać się na przejażdżkę rowerową. Miasto jest doskonałą bazą wypadową w kierunku parku narodowego i jaskiń, bądź też w stronę Hue, gdzie po drodze można podziwiać tunele Vinh Moc, gdzie my również się udamy następnym razem. Nie sposób bowiem w zaledwie kilka dni zobaczyć tak wiele miejsc. Zresztą jakże różnorodnym pod każdym względem.  Tym razem był czas na zwiedzenie poza samym „Miastem róż” kilku jaskiń i ogrodu botanicznego oraz nacieszenie się spacerami po pustej o tej porze roku plaży.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niewątpliwie jeśli chcesz odpocząć od ruchu ulicznego, tłumów turystów i codziennego życia to Dong Hoi jest wspaniałym miejscem na spędzenie kilku dni. Niektórzy zostają tutaj na dłużej zachwyceni spokojną atmosferą miasta i wcale mnie to nie dziwi. My zapewne tam wrócimy, aby jeszcze raz doświadczyć uroków jaskiń oraz udać się w kierunku strefy zdemilitaryzowanej.

Share

Mar 09

Wiatr, czyli żywioł powietrza żyjący pośród nas …

Wiatr … czymże on jest ? Skąd jego siła,  wpływ na emocje, zachowania i sen? Wiatr jakże różnorodny w swych obliczach i zaskakujący. Znaczący żywioł powietrza żyjący pośród nas.

Dziś w nocy znów wiało. Wiatr zagłuszał dźwięk fal morskich, choć są tak blisko. Gdzieś na dachu naderwany fragment blachy zaczął łopotać. A to się podnosił, a to opadał. Wiatr był wszechobecny. Na tarasie odczuwało się wyraźny chłód, a silne jego podmuchy były cały czas słyszalne, nawet w pokoju. Słowa tekstu Starego Dobrego Małżeństwa nasunęły się same: ,,Czwarta nad ranem, może sen przyjdzie, może mnie odwiedzisz …,,. A, że od jakiegoś czasu sięgam po pióro w takich okolicznościach i tym razem to uczyniłam. Wiatr odkąd pamiętam wywoływał we mnie wiele emocji, a kiedy jestem z nim sam na sam tym bardziej to czyni. A czymże on jest, że może mieć na mnie, czy na ciebie wpływ? Na nasze samopoczucie, emocje, senność, bądź jej brak. Wiatr, ach ten wiatr.

Wiatr to żywioł, to powietrze, a w zasadzie jego ruch względem powierzchni ziemi. Wywoływany jest różnicą ciśnień. Może być stały, sezonowy, zmienny-lokalny, czy też pustynny. Wiatr, on jeden, a obliczy wiele. Zaskakuje różnorodnością i często jest charakterystyczny dla danego miejsca na ziemi, choć niejednokrotnie potrafi płatać figle. Wiatry stałe to pasaty i antypasaty. Z kolei wiatrem sezonowym jest monsun, który występuje w Wietnamie, gdzie teraz mieszkam. Wiatry zmienne-lokalne to wiatry górskie, dolinowe, także monsunowe oraz bryza, czy też fen. Z kolei te pustynne, dobrze mi znane z poprzedniego miejsca zamieszkania, czyli Kataru, to harmatan i samum. Tam występował drugi jego rodzaj. Jakby nie było wiatr to niezwykły, fascynujący, ale i bardzo niebezpieczny żywioł. Potrafi przynieść ulgę w ciepły dzień, ale i być groźny w zależności od oblicza, które zechce nam ukazać. Cóż w nim takiego jest, że na wielu z nas ma wpływ? Na nasze samopoczucie, emocje i poczucie bezpieczeństwa? Są teorie twierdzące, że tylko meteopaci bywają podatni na jego wpływ, ale czy oby na pewno?

Wiatr to naturalny stan przyrody. Czasami delikatny, jak muśnięcie warg, a innym razem porywczy i niebezpieczny, jak rozwścieczone zwierzę. Może przynosić radość na przykład żeglującym lub być utrapieniem w pewnych regionach na świecie w codziennym życiu mieszkańców. Bez wątpienia wpływa na emocje, stan ducha i samopoczucie nie jednego z nas. Z jednej strony może działać kojąco i nasennie, a innym razem przerażać, nieść zniszczenie. Ja osobiście odczuwam jego wpływy. Delikatny działa na mnie jak przyjemne orzeźwienia. Ten z umiarkowaną siłą jest niezbędny, aby pasja żeglowania stała się możliwa do realizacji. Z kolei ten silny, porywisty sprawia, że jestem niespokojna, nie mogę spać i mam przed oczami wizje, że coś się zawali, urwie, albo uszkodzi czyniąc jednocześnie wiele złego. To może dlatego, że byliśmy niejednokrotnie świadkami zniszczeń spowodowanych zawirowaniami w przyrodzie z wiatrem w roli głównej. Ileż to burz, orkanów, huraganów, tajfunów i tornad wyrządziło przecież wiele złego. Wiatr wiązany bywa z rozdrażnieniem, agresją, stanami lekowymi, niepokojem, depresją i zaburzeniami snu. Stąd jako ciekawostkę nadmienię, że w niektórych krajach traktowany jest jako czynnik łagodzący w sprawach sądowych. Udowodniono jego wpływ na nasze samopoczucie i podejmowane decyzje.

Niewątpliwie wiatr, czyli żywioł powietrza żyjący pośród nas ma wpływ na wielu z nas. I nie wiem czy można to tłumaczyć tylko meteopatią. Bo czyż można przejść wobec niego obojętnie, nie czując nic? Nie sadzę. Potrafi koić i niszczyć, uspakajać i pobudzać, być przez nas pozytywnie odbieranym, bądź wręcz odwrotnie negatywnie, czy też wręcz z nienawiścią. Ja osobiście uważam go za najniebezpieczniejszy żywioł, podstępny i zdradliwy, który w połączeniu z innymi zjawiskami występującymi w przyrodzie potrafi narobić wiele złego i pewnie stąd wynikają moje obawy i bezsenność, gdy pojawia się w nocy.

A ty jak odbierasz wiatr? Ma on wpływ na twoje samopoczucie, emocje i senność, a może jednak jest ci obojętny? Jaki jest twój stosunek do żywiołu powietrza, którym jest wiatr?

 

Zdjęcie: pixabay.com/

Share

Mar 06

Z cyklu legendy wietnamskie, czyli historia ciasta ryżowego …

Historia ciasta ryżowego to kolejna wietnamska legenda, którą warto poznać. Dziś dowiemy się skąd wzięło się ciasto ryżowe, tak popularne w Wietnamie. A historia jego powstania, jak i wszystkie legendy wietnamskie, jest niezwykła.

 

 

Dawno, dawno temu żył cesarz Hung-Vuong, który miał wielu synów. Niektórzy z nich prześcigali się próbując robić kariery literackie. Inni celowali w sztukach walki. Jedynie najmłodszy z nich, książę o imieniu Tiet – Lieu, wybrał inną drogę. Zamiast kariery on i jego żona oraz ich dzieci zdecydowali się mieszkać na wsi. Uprawiali tam ziemię i żyli w zgodzie z naturą. Pewnego dnia, pod koniec kolejnego roku panowania, cesarz spotkał się ze wszystkimi swoimi synami. Powiedział im, że ten, który przyniesie mu najbardziej wyjątkową i niezwykłą żywność zostanie nowym cesarzem. Niemal natychmiast książęta wyjechali do domów i zaczęli szukać najsmaczniejszych potraw, które mogliby ofiarować cesarzowi. Niektórzy polowali w lasach i przynosili ptaki oraz zwierzęta, z których przygotowywali najsmaczniejsze potrawy. Inni wypłynęli na otwarte morze i próbowali złowić pyszne ryby, homary i inne smakowite morskie jedzenie. Ani wzburzone morze, ani gwałtowna pogoda nie powstrzymały ich przed szukaniem najlepszych prezentów. Tak bardzo chcieli zadowolić cesarza.

 

W poszukiwaniu swojej wyjątkowej potrawy wspomniany wyżej książe Tiet-Lieu, który wybrał proste życie,  wrócił na wieś. Zobaczył, że ryż na jego polach ryżowych jest dojrzały i gotowy do zebrania. Spacerując pomiędzy łanami wziął złote zboża na długiej łodydze w rękę. Przybliżył je do nosa i poczuł delikatny zapach. Zbliżał się czas ,,ryżokosów,,. Cała jego rodzina postanowiła zebrać ryż. Tiet-Lieu zmielił kleiste ziarna ryżu na drobną mąkę. Następnie jego żona zmiksowała ja z wodą, zamieniając mąkę w miękką pastę. Dzieci pomagały przy wszystkich pracach swoim rodzicom. Krzesały ogień i owijały ciastka liśćmi. W krótkim czasie skończyli. Przed nimi leżały dwa rodzaje ciast. Jedno było okrągłe, a drugie kwadratowe. Okrągłe ciasto zrobione z kleistego ciasta ryżowego zostało nazwane przez Tiet-Lieu „banh day”. Z kolei kwadratowe wykonane z ciasta ryżowego i zielonej fasolki owinięte w liście „banh chung”. Wszyscy byli bardzo zadowoleni ze swojej pracy i z nowego rodzaju ciast. Tym samym rozpoczęła się historia ciasta ryżowego.

 

Pierwszego dnia wiosny książęta zanieśli cesarzowi dary swojej pracy i miłości. Jeden z nich niósł pyszne danie z gotowanej na parze ryby z grzybami. Inny przyniósł ze sobą pieczonego pawia i kilka homarów. Pozostałe dania były równie wymyślne. Całe jedzenie było smacznie ugotowane i pięknie udekorowane. Kiedy przyszła kolej Tiet-Lieu, aby zaprezentować swoje prezenty, przyniósł on „banh chung”, a jego żona „banh day” dla cesarza. Widząc proste ofiary inni książęta szydzili z nich. Ale po degustacji całej żywności przyniesionej do oceny przez swoich synów, cesarz zdecydował, że pierwszą nagrodę należy przyznać Tiet-Lieu. Cesarz powiedział w uzasadnieniu, że prezenty od jego najmłodszego syna i jego żony były nie tylko najczystsze, ale także najbardziej znaczące, ponieważ Tiet-Lieu nie użył niczego oprócz ryżu, który był podstawowym artykułem spożywczym ludzi, aby je zrobić, a w dodatku sam go wyhodował i zebrał.  Cesarz zrezygnował z tronu i uczynił Tiet-Lieu swoim następcą. Wszyscy inni książęta, choć zaskoczeni, skłonili się, by okazać szacunek i pogratulować nowemu cesarzowi.

 

Historia ciasta ryżowego, jak i Tiet-Lieu, który został cesarzem, jest niezwykła. Ukazuje, jak wiele można zrobić wykorzystując, jakże ważny dla Wietnamczyków ryż, który wcześniej wzrósł dzięki pracy ich rąk. Ponadto pokazuje, że wartości takie jak skromność, praca, honor, miłość i szacunek są wartościami, które każdy mądry człowiek potrafi docenić. Są ponadczasowe i bezcenne.

 

Zdjęcie: pixabay.com/

Share

Starsze posty «