Sty 16

Tu i teraz …

Tu i teraz …  Czy można tak żyć? Czy można żyć dniem dzisiejszym, chwilą, która trwa? Każdy z nas sam musi odpowiedzieć sobie na tak zadane pytania. Bo tu i teraz nie jest sztuką łatwą, ale jak najbardziej możliwą.

 

                                              „Żyj chwilą obecną. Nie przyszłością ani przeszłością.

Liczy się teraz. Nie wiesz, co się wydarzy jutro, a wczoraj już przeminęło,

więc jedyne co masz, to dziś, ta chwila.

Ciesz się nią.”

                                                                                                             Cathy Kelly (Raz w życiu)

 

 

Czy nie macie wrażenia, że wielu z nas cały czas dokądś pędzi i goni za czymś lub za kimś? Wielu ludzi biegnie gdzieś lub po coś, a pośpiech towarzyszy ich życiu. Codzienność jest tak absorbująca, że nie ma w niej czasu, aby na chwilę się zatrzymać, żyć tu i teraz. Cieszyć się tym momentem, tą chwilą która trwa. Na szczęście wielu z nas odchodzi od tego i stara się żyć dniem, który jest. Nie wybiegając za daleko w przyszłość, ani nie zanurzając się zanadto w przeszłości. Rozumiemy, że rozpamiętywanie tego, co już było nie na wiele się już zda, a popełnione błędy i okazje też są za nami. Teraz jest dziś, czyli nowe sytuacje, nowe okazje i nierzadko nowi ludzie na naszej drodze, choć niektórzy są z nami cały czas. To samo tyczy się przyszłości. Nie możemy jej zaplanować i wyreżyserować, bo życie to nie film. Owszem możemy poczynić pewne kroki, ale skąd pewność, że jutro nadejdzie? Czy nie lepiej zamiast żyć w pędzie przystanąć na chwilę i spróbować być szczęśliwym tu i teraz?

 

„Istnieją tylko dwa dni w roku, w których nic nie może być zrobione.

Jeden nazywamy wczoraj, a drugi jutro.

Dzisiaj jest właściwy dzień, aby kochać, wierzyć i żyć w pełni.”

                                                                                                                                                Dalajlama XIV

 

Mogłoby wydawać się oczywistym, że żyjemy  dniem dzisiejszym. Ale czy tak w rzeczywistości jest? Może u niektórych tak. Zapewne jednak nie u większości. Na ogół jest tak, że mamy coś do zrobienia, gonimy za pieniędzmi, ludźmi, nowinkami, marzeniami. Czy to źle? Nie wiem. Pytanie jest inne, czy chcę żyć tu i teraz, tą chwilą która trwa, być szczęśliwym dziś, a nie kiedyś tam i dostrzegać to wszystko, co wokół. A tuż obok jest tyle piękna, a zwykłe życie jest niezwykłe i jeśli tylko jesteśmy wystarczająco uważni to możemy to dostrzec. Problem w tym, że często w zabieganym życiu nie ma tej chwili, nie ma czasu na uważność, a wielu z nas już zagubiło w sobie tę naturalną ciekawość i zainteresowanie tym, co tuż obok. Często spacerując obserwuje ludzi, to samo dotyczy najbliższych i przyjaciół. Ci co potrafią zatrzymać się na chwilę, próbują żyć tu i teraz, są szczęśliwsi. Częściej idzie za tym spokój w ich codziennym życiu i poczucie harmonii. Pozostali sami siebie unieszczęśliwiają gonitwą, czy też negatywnym myśleniem dotyczącym zarówno przeszłości, jak i przyszłości. Ileż energii niepotrzebnie tracą. Czyż nie prościej, łatwiej, byłoby nieco odpuścić i skupić się na tym, co tu i teraz? Postarać się być nieco bardziej uważnym, aby życie nie przeciekało nam przez palce z powodu ciągłych powrotów do przeszłości lub życia mrzonkami i wybieganiem nadmiernym w przyszłość. W samo sedno trafia Maciej Wielobób w swoich rozważaniach. I jak słusznie dostrzega, coraz więcej ludzi ma potrzebę żyć tu i teraz oraz uczy się zarówno tak żyć, jak i uważności, która jest istotą takiego stylu życia.

 

Uważność wcale nie musi oznaczać wyłączenia się z głównego nurtu życia.

Raczej ma nam pozwolić zatrzymać się, porzucić automatyczne i bezmyślne reagowanie,

a jednocześnie pozwolić w pełni przeżyć to, co się nam zdarza.

Dzięki temu życie przestaje nam przeciekać przez palce…

Maciej Wielobób

 

 

Taki wybór, to  czym i jak żyjemy, taka droga, która poprzez uważność prowadzi do życia chwilą, tym co tu i teraz, nie jest niczym nowym. Już w czasach antycznych w poezji Horacego pojawiła się sentencja carpe diem-„chwytaj dzień”, którą zawarł on w Pieśniach (1, 11, 8): „Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie…”. Była to jedna z nadrzędnych idei epikurejczyków. Słowa”carpe diem” oznaczają nic innego, jak życie chwilą obecną, czyli tu i teraz. Bez nadmiernego wybiegania w przyszłość, snucia dalekosiężnych planów, a także nie wracając do tego, co było, rozpamiętywania minionych chwil i wydarzeń. Przeszłości nie da się zmienić i cofnąć czasu który minął. Z kolei w przyszłości może się wydarzyć nazbyt wiele lub nie zdarzyć nic. Niestety na wiele spraw nie mamy wpływu. Jesteśmy pomimo naszej inteligencji, mądrości i umiejętności przewidywania zależni od otaczającego nas świata. Wobec tego najlepsze co możemy zrobić to żyć i cieszyć się tą chwilą, która trwa.

 

Jak na deszczu łza cały ten świat nie znaczy nic a nic…

Chwila, która trwa może być najlepszą z Twoich chwil…

                                                                                                                       Maciej Balcar ( Dżem ,,Do kołyski)

 

Dnia wczorajszego już nie ma, jutro może nie nadejść. Jest tylko tu i teraz. Dzisiejszy dzień jest po to, że możemy coś zrobić, że możemy być szczęśliwi i dać szczęście innym, że dostrzegamy to, co wokół nas w tym momencie. Dlatego próbujmy tak żyć i uczmy się tego. Może to nie łatwa sztuka, ale taki styl życia, wyboru dnia dzisiejszego, a nie wczoraj, czy kiedyś wydaje się najlepszą z możliwości. Tu i teraz jesteśmy my i nasze życie, które trwa właśnie dziś.

Share

Sty 12

Sam Son – dawniej i dziś …

Sam Son jest miejscowością nadmorską położoną 16 kilometrów na wschód od Thanh Hoa w północno-centralnym Wietnamie. Leży zaledwie 170 kilometrów od Hanoi. Sam Son znane jest już jako uzdrowisko od kilku wieków, a obecnie jest szybko rozwijającym się kurortem nadmorskim.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sam Son jako miejscowość uzdrowiskowa znane było już w XX wieku. Zostało odkryte w 1907 roku przez Francuzów. Potraktowano je jako bezcenny skarb. Francuzi wybudowali właśnie tutaj obiekty, które miały służyć im, a także panującej wówczas dynastii Nguyen. Miejscowość była odskocznią od Thanh Hoa zarówno dla urzędników francuskich, jak i elity wietnamskiej. Jednakże historia sięga znacznie głębiej, a Sam Son i jego okolice mają długą historię przesiąkniętą legendami i mistycyzmem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak wieść niesie już w 208 roku p.n.e. wietnamski król An Duong Vuong został oszukany przez swojego chińskiego zięcia Trong Thuy. Ukradł on magiczny spust do łuku należącego do króla. Był to prezent podarowany władcy przez Złotego Żółwia. Miał nadzwyczajne moce i dzięki niemu można było zabić z łuku setki ludzi jednym strzałem. Trong Thuy dał skradziony spust swojemu ojcu Trieu Da. Ten z kolei poprowadził chińską armię do inwazji na Wietnam. Bezradny król An Duong Vuong nie mógł wygrać bitwy bez swojego cudownie działającego łuku i wycofał się wraz ze swoją córką My Chau na południe. Miejscowa legenda głosi, że kiedy król dotarł zaledwie 4 km od plaży Sam Son w okolicy wioski Binh Hoa został całkowicie osaczony. Przed sobą miał tylko morze, a za plecami był już wróg. Zrozpaczony zaczął modlić się do Złotego Żółwia, aby mu pomógł. Wówczas pojawił się Dżin i zabrał Króla do Podwodnego Pałacu. Legenda pokrywa się z geograficznym rozwojem tego obszaru. Około 2000 lat temu wioska Binh Hoa graniczyła z ogromnym morzem. Nadal znajduje się tam światynia poświęcona królowi An Duong Vuong i księżniczce My Chau. Co prawda nikt nigdy nie widział Złotego Żółwia, ale wszyscy o nim pamiętają i porównują kształt terenu właśnie do niego. Mówią, że jego tylne nogi to dwa odcinki ziemi popychające Truong Le Mountain. Jego głowa to kolejny odcinek ziemi sięgający aż do ujścia rzeki Lach Hoi. Złoty Żółw zwany jest także Zielonym Posłańcem. Prawdopodobnie dlatego obszar ten jest zawsze zielony i pokryty drzewami. W pewnej odległości od brzegu znajduje się góra Truong Le. Osłania łodzie i plażę przed silnymi huraganami. I właśnie ten cały obszar znany jest obecnie jako Sam Son.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na początku Sam Son tworzyły wydmy, które wznosiły się nad niebieską tonią wody. Nazwa pod którym znamy obecnie miejscowość pojawiała się w oficjalnych pisemnych dokumentach na początku XX wieku. Pokrywa się to z okresem, w którym Francuzi wybrali to miejsce na uzdrowisko. Zresztą w Wietnamie znajduje się wiele takich miejsc. Obecnie Sam Son jest rozwijającym się kurortem nadmorskim odwiedzanym bardzo licznie zwłaszcza przez wietnamskich urlopowiczów chcących odpocząć nad morzem. Byłam tam dwukrotnie i spotkałam tylko kilku zagranicznych turystów, a dokładniej pisząc troje. Ponieważ panuje tam klimat ciepły umiarkowany latem jest gorąco i wilgotno, a zimą sucho i chłodno. Najlepiej odwiedzać Sam Som w maju lub we wrześniu. Z kolei najwięcej osób jest w czerwcu, lipcu i sierpniu. Do Sam Son można dotrzeć bezpośrednio autobusem, bądź pociągiem do Thanh Hoa i stamtąd taksówką nad samo morze, albo wybrać opcje wyprawy motocyklowej. Miejsc noclegowych jest bardzo dużo, a zainteresowanie turystyczne miejscowością sprawia, że powstaje ich coraz więcej, wiec każdy znajdzie coś dla siebie. W Sam Son zaskakuje nowoczesna promenada. Plaża rozciąga się na długość około 10 kilometrów. Jest płaska i pokryta miałkim piaskiem w dość specyficznym ciemnym odcieniu. Z kolei morze przybiera niezwykłe barwy, które zmieniają się w ciągu dnia. Fale uderzają tutaj dość silnie w porównaniu z innymi wietnamskimi miejscowościami nadmorskimi, w których miałam przyjemność być. Każdego letniego dnia promienie słońca przygrzewają, a ciepła woda zachęca do morskich kąpieli. Z kolei szeroka plaża tylko czeka, aby na niej budować zamki z piasku. W czasie spacerów można znaleźć przepiękne muszle. Bardzo charakterystyczne dla tego miejsca są te w kształcie świdrów. Tuż obok rybacy wypływają w morze na połowy ryb. Kutry są nieodmiennym obrazkiem łączącym się z Sam Son. Dzięki temu można każdego dnia próbować różnych przysmaków w postaci świeżych ryb i owoców morza. Lokalne restauracje serwują je codziennie i przyrządzają niezwykle smacznie. Tutaj pragnę podkreślić, że w Sam Son poza dużymi hotelami dominują małe lokalne biznesy. Dotyczy to zarówno miejsc serwujących jedzenie, czy też sklepików. Bardzo charakterystycznym elementem Sam Son, z którym spotykamy się każdego dnia są latawce. Ich kolory zachwycają i zachęcają do zabawy. Tworzą wyjątkowy klimat tego miejsca i nie wyobrażam sobie Sam Son bez latawców.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sam Son to nie tylko morze, plaża, promenada i kutry. To także góry,  a mianowicie Truong Le Mountain, których część przylegająca do morza nazywa się półwyspem Co Gai. Znajduje się tam pagoda Doc Cuoc. Nazwa świątyni wywodzi się z opowieści o olbrzymim mężczyźnie, który aby ratować mieszkańców wioski rozerwał swoje ciało. Uczynił to, gdyż chciał zarówno odeprzeć złe duchy z morza  i jednocześnie atak najeźdźców od strony kontynentu. Aby upamiętnić jego wielką zasługę mieszkańcy Sam Son wybudowali świątynię. Była ona przez wieki wielokrotnie odnawiana, a od 1962 roku wpisano ją na listę zabytków kultury wietnamskiej. Ze świątyni rozciąga się malowniczy widok na całą okolicę. Można tam odpocząć i znaleźć schronienie przed promieniami słońca w upalny dzień. Tuż obok świątyni, u jej podnóża, położone są dwie skały o nazwie Hon Trong Mai. Także z tym miejscem związana jest legenda, która głosi, że jakoby mąż i żona, którzy kochali się bardzo mocno, a zostali rozdzieleni i zamienieni w ptaki, są obecni wciąż na tej ziemi, którą zamieszkiwali w postaci dwóch głazów podobnych do ptaków. Po dziś dzień pary odwiedzają to miejsce wierząc, że przyniesie im szczęście i nierozłączność. Powiedzcie sami, czy wietnamski świat legend nie jest fascynujący?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sam Son to niewątpliwie interesujący kurort nadmorski, który wciąż się rozwija. Można spędzić w nim bardzo miło czas, a gdy szukamy letnią porą słońca, ciepłego morza i lokalnych przysmaków wydaje się doskonałym miejscem. Ja za każdym razem, czy to z mężem, czy z siostrzyczką i siostrzenicą, spędziłam tam miłe chwile. Jeśli lubicie odpoczywać z dala od turystów z zagranicy to póki co Sam Son jest miejscem idealnym.

Share

Sty 09

„The Moon Boy”, czyli wietnamska legenda o chłopcu, który figle płatał …

Dziś w sam raz do porannej kawy „The Moon Boy”, czyli wietnamska legenda o chłopcu, który figle płatał. Uważana jest ona za jedną z najsłynniejszych. Często opowiadana jest jako bajka na dobranoc w wietnamskich domach.

Dawno, dawno temu żył bardzo sprytny chłopak o imieniu Cuoi. Mieszkał on ze swoim wujem i ciocią na wietnamskiej ziemi. Uwielbiał kłamać i płatać figle ludziom. Pewnego dnia poszedł na pole, aby odnaleźć swojego wuja. Powiedział mu, że jego żona została zraniona po upadku z drabiny. Spanikowany wujek pobiegł do domu nie mówiąc ani słowa. Tymczasem Cuoi sprintem skoczył w stronę ścieżki i dotarł do domu przed swoim wujkiem. Bez wytchnienia krzyczał do ciotki, że bawół zmiażdżył jej męża i wujo mógł nawet umrzeć. Biedna kobieta ruszyła bardzo szybko w stronę pola. Zderzyła się z dyszącym mężem biegnącym w jej stronę. Takie figle zdarzały się bardzo często i tego dnia miarka się przebrała. Wuj i ciocia byli tak wściekli na Cuoi, że postanowili umieścić go w bambusowej klatce i spuścić do rzeki. Gdy już mieli ją odepchnąć od brzegu chłopiec przeprosił i poprosił o ostatnią przysługę. Zażyczył sobie książkę. Tę samą, która nauczyła go kłamać. Miała być ona ukryta za koszem ryżu. Para była ciekawa, co to za książką i poszła śpiesznie, aby ją zdobyć. Tymczasem wciąż uwięziony Cuoi krzyczał do ślepego mężczyzny, który przechodził obok, aby go uwolnił to wówczas zacznie widzieć. Wierząc chłopcu i nie zdając sobie sprawy, że to jego kolejne kłamstwo niewidomy otworzył klatkę. Cuoi szybko wyskoczył i ukrył się przed wujostwem w otwartym bambusowym grobie. A tam, to aż nieprawdopodobne, znalazł przez przypadek słoik ze złotem. Potulnie wrócił do domu, by oddać go wujowi i cioci. Oni, gdy zobaczyli złoto, przebaczyli mu. Cuoi mieszkał nadal z nimi i psocił. Kiedy dorósł  poślubił miejscową wiejską dziewczynę. Nadal jednak nie mógł zaprzestać kłamać, figlować i robić sztuczki ludziom. Pewnego ranka wydarzyło się coś niezwykłego. Cuoi natknął się na tygrysa rozrywającego szczęką liście jednego z drzew. Tygrys pocierał nimi ranę swojego dziecka. Obserwując z daleka Cuoi zobaczył, jak po potarciu liśćmi, rana młodego tygrysa została magicznie  uzdrowiona. Gdy tylko tygrysy odeszły mężczyzna wyciągnął drzewo z ziemi i  posadził je w ogrodzie za domem. Nazwał je drzewem Banyan i bardzo się o nie troszczył oraz pielęgnował każdego dnia. Zawsze przypominał swojej żonie, że drzewo jest magiczne, więc powinna podlewać je tylko czystą wodą i utrzymywać jego otoczenie w czystości. Jednak kiedy pewnego dnia wrócił do domu zobaczył, że drzewo trzęsie się, a część korzenia drzewa wyszła już z ziemi i zaczęła unosić się w górę. Spojrzał na to, co się dzieje, i zrozumiał, że jego cenne drzewo zaraz ma odlecieć. Obok niego jego żona krzyczała głośno i gwałtownie podskakiwała. Cuoi pobiegł z niepokojem w stronę drzewa próbując je przytrzymać za wszelką cenę. Chwytając się jego korzeni chciał je z całych sił ściągnąć z powrotem, ale zamiast tego został pociągnięty przez drzewo w stronę nieba. Lecieli tak razem wyżej i wyżej, aż dotarli do Księżyca. Od tego czasu Cuoi mieszka na Księżycu wraz ze swoim drzewem dla którego poświęcił życie na ziemi i nazywany jest „The Moon Boy”. Nawet dziś, kiedy patrzysz na księżyc, możesz zobaczyć cień Cuoi siedzącego pod jego cennym drzewem z magicznymi liśćmi, które leczą. Ludzie mówią, że każdego roku drzewo rodzi liście, ale tylko jeden z nich spada na ziemię. Ktokolwiek znajdzie liść może go użyć, by uratować osobę, która zmarła lub została zraniona. Nawet delfiny wiedzą o tym. Dlatego, gdy liść wpadnie do oceanu próbują go zdobyć. Bez względu na to, który delfin znajdzie go używa jako lekarstwo. Wietnamczycy wciąż mówią, że Cuoi siedzi przy swoim drzewie Banyan na Księżycu i spogląda w dół na świat. A jeśli ktoś jest zwykłym kłamcą i figlarzem mówią, że  kłamie jak Cuoi, czyli tytułowy „The Moon Boy”.

 

Zdjęcie: pixabay.com/

Share

Sty 05

Ekstrawertyk, introwertyk, czy może ambiwertyk?

Ekstrawertyk, introwertyk, czy może ambiwertyk? Zastanawiałeś się jakim typem osobowości jesteś? Jaka jest Twoja prawdziwa natura? Ja tak i dlatego postanowiłam zgłębić ten temat i podjąć się próby odnalezienia odpowiedzi na pytanie, czy drzemie we mnie ekstrawertyk, introwertyk, czy może ambiwertyk?

Terminy ekstrawersja i introwersja wprowadził Carl Gustav Jung. Zostały one zmodyfikowane i uznane za jedne z podstawowych wymiarów osobowość przez Hansa J. Eysencka. A co to takiego osobowość? Przez osobowość rozumie się zespół względnie stałych cech, które wyróżniają nas ludzi  i sprawiają, że jesteśmy sobą, a nie kimś innym. Są to zarówno sposób zachowania, wygląd zewnętrzny, a według Junga to także kierunek, w jakim zmierza nasze libido, którym jest ogólna energia psychiczna. Osobowość człowieka jest zatem natężeniem cech. W związku z tym trudno być zdecydowanym introwertykiem czy ekstrawertykiem. Owszem mamy określone tendencje, ale rzadko kiedy są one radykalnie introwertyczne, czy też ekstrawertyczne. Zatem możemy wyróżnić introwertyzm i ekstrawertyzm, a pomiędzy nimi ambiwertyzm. Wyróżnia się ambiwertyków, którzy posiadają zarówno cechy introwertyczne, jak i ekstrawertyczne. Nie są oni wówczas ani skrajnie wycofani, ani nazbyt otwarci, czy też pełni energii. Ambiwertycy na ogół łatwo dogadują się ze wszystkimi ludźmi. Zarówno tymi przebojowymi, jak i nieśmiałymi. Raczej zachowują właściwe proporcje w słuchaniu i mówieniu oraz są bardziej elastyczni  w relacjach z innymi. Mają jednak dość często problemy z podejmowaniem decyzji. Ambiwertyk łączy cechy charakterystyczne dla ekstrawersji i introwersji, ale żadne z nich u niego nie dominują. W efekcie cieszy się stabilniejszą, bardziej zróżnicowaną osobowością. Szacuje się, że pośród nas najwięcej jest ambiwertyków, czyli osób, które posiadają cechy zarówno introwertyka jak i ekstrawertyka. Poniżej kilka słów bardziej szczegółowej analizy.

Introwertyk koncentruje się na swoim życiu wewnętrznym. To właśnie w nim poszukuje równowagi, spokoju i harmonii. Woli spędzać czas z dala od towarzystwa, hałasu i innych bodźców zewnętrznych. Introwertykowi nawiązywanie relacji zajmuje więcej czasu niż ekstrawertykowi, a najlepiej czuje się w samotności i ciszy. Na ogół jest to osoba, która mówi wolno. Jednocześnie introwertyk jest dobrym i autentycznie zainteresowanym rozmową słuchaczem. Potrafi długo utrzymywać kontakt wzrokowy. Introwertycy nie lubią dużych skupisk ludzi, wolą pracować sami, ale są przy tym bardzo skrupulatni i wnikliwi. Energię czerpią ze świata wewnętrznego, który jest bardzo bogaty. Bardzo cenną cechą jest to, że na ogół zanim coś powiedzą, zawsze pomyślą. Znacznie lepiej niż ekstrawertycy radzą sobie z zadaniami wymagającymi skupienia uwagi, koncentracji i nie rzadko osiągają lepsze wyniki w nauce podczas studiów. Introwertycy nie potrzebują pochwał. Bez nich wykonują z należytą starannością to, czego się podjęli. Nie wiedząc dokładnie dlaczego mogą mieć problemy z zapamiętywaniem twarzy i nazwisk poznanych osób. Osoby o introwertycznym typie osobowości na ogół mają niewiele zainteresowań, ale każde dokładnie zgłębiają pasjonując się nimi. Często korzystają z pamięci długotrwałej. Dlatego często mają problemy ze znalezieniem odpowiedniego słowa podczas rozmowy, brakuje im słów. Nauka przychodzi im znacznie łatwiej przez czytanie, także głośne, niż przez słuchanie, czy rozmowę z innymi. Często introwertyk aby się skupić potrzebuje ciszy. Nie lubi przerw w pracy spowodowanymi zakłóceniami zewnętrznymi. Introwertyk to indywidualista, który woli działać sam. Czasami ma problemy ze zmobilizowaniem się, ale na ogół wywiązuje się z tego, co ma do wykonania.

Odwrotnością introwertyka jest ekstrawertyk. Kieruje on swoją uwagę i działania ku otoczeniu. Lepiej czuje się w towarzystwie i wtedy zyskuje energię. Kiedy przebywa sam traci ją. Ekstrawertycy cieszą się z miejsc, w których przebywają i z obecności ludzi, którzy są wokół. Mówią na ogół szybko i utrzymują kontakt wzrokowy głównie podczas mówienia. Kiedy słuchają trudno im skupić wzrok na mówiącym. Na ich pracę mają wpływ pochwały, bo to po nich pracują lepiej i wydajniej. Ekstrawertycy w szkole podstawowej osiągają lepsze wyniki w nauce, mają więcej zainteresowań i skupiają się na zadaniach nawet w większych grupach ludzi. Na studiach często bywa odwrotnie. Ze względu na duże pokłady energii częściej dominują w aktywności fizycznej. Podczas dłuższego wypoczynku czują się niekomfortowo. W pracy ekstrawertycy sprawdzają się w pracy grupowej i szybciej też dostosowują się do nowych realiów. Ekstrawertyczny typ osobowości zazwyczaj ma wiele zainteresowań. Odwrotnie niż introwertyk korzysta z pamięci krótkotrwałej. Ekstrawertyk potrafi szybko działać i myśleć także pod wpływem stresu. Lubi być chwalony i doceniany.

Ambiwertyk jest jakby po środku typu osobowości introwertycznej i ekstarwertycznej. Lubi przebywać wśród ludzi, ale ceni sobie również  samotność. Tak, jak i akcję lubi również ciszę i skupienie. Ambiwertyk kiedy czuje się przytłoczony nadmiarem bodźców chętnie spędza czas w samotności, we własnym zaciszu domowym, czy spokojnym miejscu. Kiedy z kolei za długo przebywa sam chce wyjść do ludzi i chętnie się z nimi spotyka. Wydaje się, że ambiwertycy są najbardziej stabilni emocjonalnie ze wszystkich typów osobowości. Są na ogół bardzo empatyczni i potrafią słuchać. Posiadają też duże pokłady energii i są pewni siebie. Ambiwertyk bywa zmienny. W jednej chwili bardzo otwarty, a za chwilę zamknięty w sobie.  Na ogół dojrzały emocjonalnie, ale zdarza mu się ulegać emocjom, które czasami mogą zaskoczyć. Ambiwertyk może być zarówno sympatyczny i ugodowy, ale też niezależny. Jest cierpliwy, ale jednak jego cierpliwość ma granice. Osoby cechujące się ambiwersją są pracowite i sumienne. Dla ambiwertyków zmiany i elastyczność nie są problemem. W towarzystwie raczej nie rozpoczynają rozmowy z nieznajomymi. Choć lubią poznawać nowych ludzi, ale czują się niekomfortowo, jeśli mają to robić bez znajomej osoby obok. Gdy temat rozmowy jest interesujący, chętnie włączają się do dyskusji. Gdy nie mają o czym mówić ambiwertycy po prostu usiądą i będą słuchać innych.

 

Wcale to nie takie łatwe i jednoznaczne ocenić jakim typem osobowości się jest. Tak jak cała rzeczywistość obok nie jest biała, czarna, czy szara tak i jest z nami. Niezwykle rzadko można spotkać stuprocentowego introwertyka, ekstrawertyka, czy ambiwertyka. Najczęściej mamy do czynienia z osobami, u których pewne cechy po prostu przeważają. Nie jest jednoznacznym określić, jaki typ osobowości reprezentujemy,  ale wiele naszych cech i zachowań pozwala na przyporządkowanie nas do jednej z omawianych grup. Specjaliści twierdzą, że z reguły nie istnieją ani stuprocentowi introwertycy, ani stuprocentowi ekstrawertycy. Badania wykazują, że introwertycy stanowią od 30 % – 40 % naszej populacji. Z kolei ambiwertycy to nawet ponad 40 % populacji. Człowiek ma w sobie cechy różnych typów, ale zawsze w różnym stopniu jest mu bliżej lub dalej do któregoś z nich. Mi jest najbliżej do ambiwertyka połączonego z introwertykiem. Choć lubię przebywać z ludźmi w domu czuje się doskonale. Gdy pracuję, piszę, tworzę potrzebuję ciszy. Lubię być sama z sobą i swoimi myślami. Po czasie spędzonym w większym gronie szukam ciszy i spokoju. Lubię podróżować, ale też i wracać z podróży do domu. Na ogół jestem spokojna, ale czasami emocje biorą górę. Tak samo jest z moją cierpliwością. Kiedyś zastanawiałam się czy bliżej mi do introwertyka, czy ekstrawertyka. Obecnie myślę, że jestem ambiwertykiem, któremu bliżej do intrwertyzmu niż ekstawertyzmu. A jak to wygląda u Ciebie? Czy wiesz do jakiego typu osobowości Ci bliżej? A może jesteś całkowicie jednym z nich?

Share

Gru 29

Kolejny rok za nami …

Tak i znów kolejny rok za nami. Aż nie do wiary, że minął tak szybko. Czym jestem starsza tym szybciej mijają mi kolejne lata. Nie wiem czy i Wy macie podobne odczucia? Skoro kolejny rok za nami to i czas podsumowań, a może snucia planów na przyszłość, czy też możliwości realizacji marzeń.

Tak, jak pisałam przed rokiem, tak i napiszę teraz. Choć to symboliczne,  żegnamy się ze Starym Rokiem 2017, a witamy Nowy Rok 2018, gdyż jak co roku o tej porze kolejny rok za nami i nowy przed nami. Żegnamy to co było, choć to niedokładnie tak, gdyż wiele spraw będzie nam dalej towarzyszyć. Życzę tylko sobie i Wam, aby były to te pozytywne, a negatywne, jeśli takie się pojawiły, niech zostaną za nami. Dla mnie był to rok pełen różnych zdarzeń, przygód, doświadczeń i emocji. Spotkań z ludźmi, ale też i pożegnań. Kolejny rok kształtujący osobowość i zmieniający czasami punkt widzenia, odniesienia oraz perspektywę. Rok, który kończę słowami, że wszystko dzieje się po coś, choć nie zawsze to rozumiemy w danej chwili, a najważniejsze jest zdrowie i bliski człowiek koło nas, czy to partner, przyjaciel, czy też siostra. Po prostu ktoś naprawdę nam bliski na kogo możemy liczyć zawsze, w różnych okolicznościach.

Dla mnie to był rok, w którym spełniło się moje marzenie z dzieciństwa. Tak, tak. Po wielu, wielu latach … Są takie marzenia, które spełniają się po kilku, kilkunastu, czy nawet kilkudziesięciu latach. Tak jest i z moją Australią. Marzyłam o niej już bardzo dawno jako mała dziewczynka, czy też nastolatka. Było to od kilkudziesięciu lat miejsce, w którym chciałam być. I teraz, po czterdziestce, Australia stanęła przede mną i moim mężem otworem, a zrealizowanie dziecięcego marzenia stało się faktem i naszym udziałem. Przemierzyliśmy wschodnim wybrzeżem tegoż niezwykłego, pełnego niespodzianek kraju, 3800 kilometrów kamperem. Taki styl podróżowania był naszym marzeniem, gdy mieszkaliśmy w Polsce, czy też w Katarze. Zrealizowaliśmy je teraz, choć już niestety tylko we dwoje, w fizycznym wymiarze. Duchowo Adaś, nasz synek, jak zawsze, był z nami.

Miniony rok przyniósł spotkanie z Klubem Polki na Obczyźnie. Jest to wyjątkowe miejsce łączące nas związanych z Polską, a rozproszonych po całym świecie. Klub Polek jest niezwykłym fenomenem. Zmienił w pewnym sensie moje życie, jego codzienny rytm. Dzięki Klubowi zyskałam bezcenne znajomości. To tutaj poznałam wiele wspaniałych kobiet, ale i naszego ,,Rodzynka,,. Inspirują mnie oni niejednokrotnie do działań, a tym samym jestem bardziej kreatywna i twórcza.

W ostatnich miesiącach tegoż roku dołączyłam z ogromną radością do nowego, fantastycznego zespołu tworzącego i rozwijającego magazyn kulinarny aCOOKu. Łączy on pasjonatów kuchni, jedzenia, fotografii mówiących, piszących i fotografujących z zaangażowaniem to wszystko co dzieje się w kuchniach, restauracjach i domach na całym świecie. Dla nas jedzenie i to wszystko co jest z nim związane jest czymś niezwykłym. Snujemy opowieści o nim i odkrywamy kolejne sekrety niemalże wszystkich kuchni świata.

Ten rok był również czasem, w którym udzieliłam kilka wywiadów, napisałam tekst do magazynu podróżniczego, a także wiele krótszych form. Odkryłam, że pisanie jest dla mnie czymś niezwykłym, wyjątkową przygodą sprawiającą ogromną przyjemność. To także podróże małe i duże. Wiele nowych doświadczeń górskich, morskich i związanych z jeziorami. Góry towarzyszyły mi cały rok. Zdałam też egzamin na sternika morskiego z sukcesem kończąc kurs w Tajlandii. Zaczęłam wędkować, co wiąże się z czasem spędzanym nad jeziorami, stawami i innymi zbiornikami. Natura towarzyszy mi niemalże każdego dnia. Wciąż ją odkrywam i podziwiam. Uwielbiam kontakt z nią i z tym, co ma do zaoferowania.

Ten rok to bezcenny czas spędzony z rodzeństwem. Z ukochaną siostrzyczką w czasie wakacji, a obecnie z bratem męża w grudniowy czas i ich bliskimi. To czas radości, rozmów i wyjątkowych wspólnych podróży. Pojawiły się także nowe znajomości zarówno wirtualne, jak i realne, a pośród nich życzliwe dusze. Dojrzałam także do unikania ludzi, z którymi nam nie po drodze lub którzy przerzucają na innych to, czego doświadczyli we wcześniejszych latach swojego życia. Uczymy się siebie, ale i tych, co koło nas cały czas.

A czego życzę sobie na Nowy Rok 2018?

Życzę sobie dalszego rozwoju, a także umiejętności życia chwilą, czyli tym co tu i teraz. Jednak może przede wszystkim zdrowia i obecności ukochanego przy moim boku oraz bliskich mi osób.

Z kolei Wam Moje Drogie Czytelniczki i Moi Drodzy Czytelnicy życzę, tak, jak i rok temu, zdrowia, optymizmu, nowych pozytywnych doświadczeń, doznań, wyzwań, przygód, podróży małych i dużych, realizacji planów i spełniających się marzeń. Życzę Wam dobrych chwil oraz kochających osób wokół, które sprawiają radość, a gdy skrzydła nie chcą fruwać podnoszą je i powodują, że znowu latają, choć wydawało się to niemożliwe.  Osobom borykającym się z trudnościami i problemami życzę, aby radziły sobie z nimi jak najlepiej, czy też rozwiązywały je lub umiały żyć życiem codziennym, choć często niełatwym lub takim, którego nie można zmienić chociażby z powodu choroby, czy niepełnosprawności i uśmiechały się jak najczęściej. Niech Nowy Rok 2018 przyniesie nam wszystkim dobre chwile i sprawi, że każdy dzień będzie wyjątkowy w naszym odczuciu. Żyjmy każdym dniem i cieszmy się nim. Dzielmy te chwile z bliskimi naszemu sercu, bądź zachowujmy dla siebie jeśli czujemy taką potrzebę.

Szczęśliwego, zdrowego i dobrego Nowego Roku 2018 życzę Wam Wszystkim Moje Drogie Czytelniczki i Moi Drodzy Czytelnicy oraz tego, czego Wy sami sobie życzycie.

Share

Gru 25

Bożonarodzeniowy dar

 „ BOŻONARODZENIOWY DAR „

autor: o. Franciszek Czarnowski

 

Czerwona tarcza słońca coraz szybciej chyliła się ku zachodowi. Ostatnie długie promienie przetykały łagodnie czuby najwyższych sosen, wzniecając kręgi iskier w napotkanych pojedynczych płatkach śniegu. Dobiegał końca kolejny, mroźny grudniowy dzień.

Na skraju niewielkiej świerkowej polany tkwił nieruchomo samotny człowiek. Zamyślonym wzrokiem błądził po obsypanych świeżym śnieżnym pierzem drzewach, jak gdyby czegoś jeszcze poszukiwał. Tuż za nim, na starych drewnianych saneczkach, leżała ścięta przeszło godzinę temu mała choinka na święta. Nic nie mąciło przedwieczornej ciszy, nawet urwis-wiatr z rzadka tylko potrącał tę czy inną gałązkę.

– Najwyższy czas wracać już do domu – pomyślał samotny człowiek.

Było już naprawdę późno. Zdecydował się nie wracać tą samą drogą co zawsze, tylko wybrał mniej wygodny skrót przez sosnowy zagajnik. Dokuczało mu zmęczenie i niewiele go obchodziły pierwsze płatki śniegu, które niebawem poczęły wirować w powietrzu. Odetchnął za to z ulgą, kiedy doleciało go znajome naszczekiwanie psów, a później zamajaczyły tuż przed nim – niczym wielkie śnieżne grzyby – wtulone w grudniową noc domki rodzinnej wioski. W każdym z nich paliło się światło, rozlegały się krzyki zachwyconych dzieci, raz nawet poczuł zapach przyrządzonej świątecznej ryby. Tylko ostatni domek mocno odróżniał się od pozostałych: nienaturalnie cichy, mroczny, jakiś nieswój – nawet dróżkę prowadzącą do drzwi zdążył przysypać świeży śnieg.

Był to jego dom. Dom-przyjaciel, ale również niemy świadek bolesnych wydarzeń.

Dwa lata wcześniej przetoczyła się przez wioskę epidemia szkarlatyny. Bezlitosna choroba, drwiąc z wysiłków lekarzy, wyciągała drapieżne ręce po coraz to nowe ofiary. Zanim została pokonana, wielu ludziom nadszarpnęła zdrowie. W domu leśniczego poczyniła największe spustoszenie: najpierw straciła życie córka, a w parę dni później również młoda żona leśniczego. Usłużny i miły do tej pory człowiek zmienił się w samotnika o ponurym spojrzeniu. Ludzie zaczęli się go bać. Prawie nikt go nie odwiedzał, zresztą on sam wolał całe dnie przesiadywać w lesie, gdzie spędził też pierwsze święta po stracie rodziny.

Upływający czas łagodził stopniowo ból tęsknoty za najbliższymi. Młody leśniczy stał się spokojniejszy i przestał stronić od ludzi. Nadal jednak częstym gościem na jego twarzy był bezbrzeżny smutek, zwłaszcza kiedy widział inne rodziny, szczęśliwe, rozbrzmiewające hałasem dziecięcych zabaw. On był sam i to najbardziej go gryzło.

– Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi. Wstańcie, pasterze – doleciał go w pewnej chwili donośny śpiew kolędy z
domu sąsiada-piekarza.

– Tak, to prawda – pomyślał leśniczy.

– Ja też mam powstać i nie dać się zwyciężyć rozpaczy, chociaż straciłem najbliższe mi istoty. Może i dla mnie zajaśnieje dziś szczęśliwa gwiazda?

Pracy w domu czekało go mnóstwo. Najpierw narąbał drew i rozpalił w piecu, gdyż w całym mieszkaniu było bardzo chłodno. Potem wziął się za sprzątanie. Wytrzepał stary chodnik, pozamiatał, poodkurzał. Przy ubieraniu choinki poczuł się nagle dziwnie radosny – po raz pierwszy w ciągu tych ostatnich ponurych lat. Przyrządzając kolację w małej kuchence, z wdzięcznością wspominał żonę, która, wykazując dużo cierpliwości, nauczyła go gotowania kilku potraw. Myślał też o niespełna siedmioletniej córeczce, często śpiewającej mu wesołe piosenki. Którąś z tych piosenek zapamiętał dosyć dobrze i nawet polubił. Nakrywając teraz do stołu, mruczał dziecięcą kolędę, z rzadka tylko fałszując.

Tuż przed posiłkiem wyszedł na chwilę z domu. Lubił takie krótkie, wieczorne spacery. Pod nogami chrzęścił świeży dywan ze śniegu, wiatr ustał zupełnie i tylko niebo nad głową iskrzyło się coraz to nowymi gwiazdami. Wieczorną ciszę przerywały jedynie radosne okrzyki dzieci sąsiadów. Trójka chłopców wybiegła na dwór, by ulepić przed domem bałwana ze świeżego śniegu. Po skończeniu zabawy zmęczeni ale i szczęśliwi chłopcy pobiegli do domu cieszyć się z otrzymanych świątecznych prezentów.

Wróciwszy do mieszkania, leśniczy bardziej wyczuł niż spostrzegł jakąś zmianę. Podejrzliwie obejrzał wszystkie kąty. Wszędzie panował porządek, tylko że ktoś niespostrzeżenie odwiedził jego mieszkanie i potrącił choinkę. Dolna gałąź drzewka kołysała się jeszcze, przyozdobiona wielkim sercem z piernika.

– Kto go tu powiesił? – zdziwił się leśniczy, podchodząc bliżej. Delikatnie wziął piernik do ręki. Oby twoje serce było wielkie – błysnął lukrowy napis na boku czekoladowego serduszka. Ze wzruszenia mężczyzna wypuścił piernik z dłoni.

– To na pewno dzieci piekarza go przyniosły – domyślił się wreszcie.

– Kochane dzieciaki, pamiętały o mnie!

Zasiadł do kolacji. Dopiero w tym momencie poczuł, jak bardzo był zmęczony i głodny. Barszcz z grzybami, chociaż może nie najlepiej przyrządzony, smakował mu jak rzadko kiedy. Równie szybko zniknęła z talerza ryba w galarecie. Kiedy rozpoczął deser, usłyszał pukanie do drzwi. Właściwie nie było to pukanie, tylko jedno dość silne uderzenie w drzwi.

– Co się tam dzieje? Czyżby wiatr na nowo rozpoczął swe nocne harce? – pomyślał. – Nie, tym razem to nie może być wiatr.

Dłuższą chwilę nasłuchiwał, ale hałas nie powtórzył się więcej. Nie mogąc dłużej powstrzymywać ciekawości, szarpnął za klamkę i gwałtownie otworzył drzwi. Zamiast wybuchnąć złością, ze zdziwienia aż otworzył usta.

Na progu siedziała drobna, wynędzniała postać. Podarte, przyprószone śniegiem stare ubranie nie stanowiło wystarczającego zabezpieczenia przed kłującym zimnem, czego najlepszym dowodem był głośny kaszel dziecka.

Leśniczy nie tracił czasu. Zabrał niespodziewanego przybysza do środka, ściągnął zeń podarte ubranie, polecił ogrzać się przy piecu. Dziewięcioletnia może, wystraszona dziewczynka z przyjemnością przytuliła się do ciepłego kaflowego pieca. Po dwóch kubkach gorącej herbaty zaczęła trochę nabierać rumieńców, nadal jednak kaszlała. Chciwie pochłonęła podaną jej resztę barszczu. Kiedy postawił przed nią dopiero co odgrzane drugie danie, spojrzała na niego z wdzięcznością, choć nieśmiało, i zabrała się do jedzenia.

Leśniczy czuł się tak onieśmielony, że nie bardzo wiedział, jak zacząć rozmowę. W pewnym momencie jego wzrok padł na czekoladowe serduszko, wiszące teraz spokojnie na gałęzi choinki. Podszedł do drzewka, zerwał piernik i przyniósł go dziecku. W oczach dziewczynki błysnęła prawdziwa radość. Wbiła zęby w piernik i delektowała się każdym jego kęsem.

– Dziękuję – wykrztusiła między jednym a drugim kęsem. – Kiedy jeszcze miałam mamę, marzyłam o takich piernikach. Ale mama była biedna…

Nie zamierzał pytać o nic więcej. Najprawdopodobniej matka dziewczynki wędrowała od wioski do wioski i najmowała się do każdej domowej pracy – prania, sprzątania… Co się właściwie stało z tą biedną kobietą i w jaki sposób jej córka trafiła do domku leśniczego? Odpowiedź na to pytanie leśniczy uznał za sprawę mało ważną. Być może dziewczynka sama kiedyś o tym opowie, jak nabierze więcej sił i ochoty.

– Czy upieczesz mi jeszcze takie serduszko? – zapytało dziecko już śmielszym głosem.

– Jeśli zostaniesz, upiekę ci całe mnóstwo czekoladowych serduszek – obiecał.

Jakiś czas siedzieli jeszcze przy piecu. Później, kiedy dziewczynka zaczęła się robić senna, przeniósł ją na łóżko w sypialni, dokładnie okrył grubą kołdrą i sam też położył się spać. Kaszel minął i dziecko zapadło w zdrowy, głęboki sen.

Przed zaśnięciem leśniczy jeszcze chwilę się modlił. Wspominał zmarłą żonę i córeczkę, dwa ponuro przeżyte lata i to, że dane mu było w dniu dzisiejszym wyzwolić się z ciemnej nocy duchowego załamania. Wspominał i dziękował, a jego anioł stróż z radością przedkładał tę modlitwę u tronu Najwyższego.

– Boże, najbardziej Ci dziękuję, że znowu zesłałeś mi kogoś, kogo mogę kochać – wyszeptał na zakończenie leśniczy, po czym mocniej przytulił dziecko do siebie, jakby w obawie, że ten świeżo zdobyty skarb odpłynie w nieznaną dal wraz z pierwszym oddechem nowego, bożonarodzeniowego poranka.

 

Zdjęcie: pixabay.com/

Share

Gru 24

Flet Pasterza …

 „ FLET PASTERZA „

autor: Bruno Ferrero

 

Dawno temu żył stary pasterz, który lubił wpatrywać się nocami w gwiazdy i dobrze znał ich wędrówki. Wsparty na swojej lasce, z wzrokiem utkwionym w gwiazdy, pasterz stał kiedyś długo bez ruchu.

– On przyjdzie! – powiedział.

– Kiedy przyjdzie? – spytał go wnuczek.

– Niedługo!

Inni pasterze śmiali się z niego.

– Niedługo! – szydzili. – Mówisz tak od tylu lat!

Starzec nie dbał o ich szyderstwa, zasmucała go jedynie wątpliwość, jaką dostrzegał w oczach własnego wnuka. Gdyby umarł, kto powtarzałby przepowiednie proroka? Oby On nadszedł szybko! Serce starca przepełnione było oczekiwaniem.

– Czy On nosić będzie złotą koronę? – pytanie wnuczka przerwało jego rozważanie.

– Tak!

– A srebrny miecz?

– Tak!

– A płaszcz purpurowy?

– Tak, tak!

Wnuczek był zadowolony. Chłopiec siedział na kamieniu i grał na flecie. Starzec słuchał. Malec grał każdego dnia lepiej, jego muzyka stawała się coraz czystsza. Ćwiczył rano i wieczorem, codziennie. Chciał być gotów, gdy nadejdzie Król. Nikt nie umiał grać tak jak on.

– A czy zagrałbyś również królowi bez korony, bez miecza i bez purpurowego płaszcza? – zapytał starzec.

– Nie! – odpowiedział wnuk. Król bez korony, miecza i purpurowego płaszcza, jak mógłby wynagrodzić jego granie? Z pewnością nie złotem i srebrem! Król z koroną, mieczem i płaszczem purpurowym mógłby uczynić go bogatym, a wtedy inni zdumieliby się ogromnie i zazdrościli mu.

Stary pasterz był smutny. Ach, dlaczego przyrzekł wnukowi to, w co sam nie wierzył? W jaki sposób miałby Król przybyć? Na chmurach z nieba? Z wieczności? Czy byłby dzieckiem? Biednym czy bogatym? Z pewnością bez korony, bez miecza i bez purpurowego płaszcza a jednak byłby możniejszy od wszystkich innych królów. Jak przekonać o tym wnuczka?

Pewnej nocy na niebie pojawiły się znaki, których dziadek od dawna poszukiwał. Gwiazdy świeciły jaśniej niż zazwyczaj. Nad miastem Betlejem świeciła wielka gwiazda. Ukazali się aniołowie i powiedzieli:

– „Nie bójcie się! Dziś narodził się wasz Zbawiciel!”

Chłopiec pobiegł naprzód, ku światłu. Pod płaszczem na piersi miał flet. Biegł jak tylko mógł najszybciej. Przybiegł jako pierwszy i patrzył na Dziecko, które leżało w żłobie i zawinięte było w pieluszki. Mężczyzna i kobieta wpatrywali się w Nie z radością. Inni pasterze, którzy dotarli za nim, uklękli przed Dzieciątkiem. Dziadek adorował je. Czy to był właśnie Król, którego przyrzekł mu dziadek?

– „Nie, to musi być pomyłka! Nie będzie tu grał ”.

Odwrócił się rozczarowany i pełen złości. Odszedł nocą. Nie zobaczył ani ogromu nieba, ani aniołów, które przelatywały nad stajenką. Ale potem posłyszał płacz Dziecka. Nie chciał go słuchać. Zatkał sobie uszy i uciekł. Ale ten płacz prześladował chłopca, chwytał za serce, aż wreszcie zmusił do powrotu, do stajenki. I oto znalazł się tam po raz drugi. Zobaczył, że Maryja, Józef i pasterze byli przestraszeni i starali się pocieszyć płaczące Dzieciątko. Ale na próżno. Co mogło stać się dziecku?

Wyciągnął flet spod płaszcza i zaczął grać. Dziecko uspokoiło się natychmiast. Ucichło łkanie. Spojrzało na chłopca i uśmiechnęło się. Wówczas pastuszek uradował się i poczuł, że ten uśmiech ubogacił go bardziej od całego złota i srebra świata.

 

Zdjęcie: pixabay.com/

Share

Gru 07

Święta Bożego Narodzenia w Wietnamie …

Tak jak prawie na całym świecie także i w Wietnamie obchodzone są święta Bożego Narodzenia. Choć cały czas tradycyjne religie w tym kraju to buddyzm oraz chińska filozofia taoizmu i konfucjanizmu to chrześcijanie stanowią liczną mniejszością religijną – około 9% całej populacji. Obecnie Boże Narodzenie jest uznawane za jedno z ważniejszych wydarzeń w wietnamskim kalendarzu. Jednak jak pokazuje historia różne były losy tego ważnego dla chrześcijan święta.

Boże Narodzenie w Wietnamie ma złożoną historię. Już za czasów panowania Francuzów i Indochin w tej części świata chrześcijanie, z których większość to katolicy, obchodzili święta Bożego Narodzenia. Kiedy komuniści przejęli władzę, a więc od 1975 roku, nie było to już takie oczywiste. Relacje na linii państwo-kościół uległy rozluźnieniu, aby nie rzec znacznemu pogorszeniu i tym samym dla chrześcijan zaczął się trudniejszy czas pod względem religijnym. Sytuacja znacznie poprawiła się w latach osiemdziesiątych XX wieku, kiedy polityka uległa złagodzeniu i zliberalizowaniu. Wówczas Święta Bożego Narodzenia powróciły do łask, choć nie wiążą się z dniem wolnym od pracy.

Obecnie Boże Narodzenie uważane jest jako jedno z ważniejszych festiwali w Wietnamie, choć daleko mu do popularności obchodów Tet, czyli wietnamskiego Nowego Roku, Festiwalu Księżycowego, czy urodzin Buddy. Co istotne celebrują nie tylko chrześcijanie, ale też członkowie innych wyznań, a nawet ateiści. Dla wielu osób Boże Narodzenie ma iście komercyjny wymiar. W sklepach jest mnóstwo dekoracji tematycznych, słodyczy, a w  tle słychać dźwięki kolęd tak jak i w krajach europejskich czy też innych. Można kupić ciasteczka imbirowe lub chatki z piernika, albo samemu wykonać, tak jak my jednego roku, o czy mowa w poście www.zycieipodroze.pl/2015/12/07/nasza-chatka-z-piernika/.

Dla chrześcijan Boże Narodzenie to bardzo ważne wydarzenie. Jako ciekawostkę dodam, że Jezus Chrystus nazywany jest w Wietnamie Kitô. Co istotne Wigilia jest ważniejsza niż dzień Bożego Narodzenia. Wówczas chrześcijanie gromadzą się licznie w kościołach na pasterce. Po wyjątkowej modlitwie wracają do domów na rodzinną kolację. Tradycyjnie podawana jest zupa z kurczaka Phó gà, indyk pieczony oraz świąteczny pudding. Kiedyś w nie jednym domu posiłek ograniczał się tylko do zupy. Pozostałe dania zarezerwowane były tylko dla bogatszych warstw społeczeństwa.

W czasie świąt w kościołach można podziwiać tradycyjne szopki, a nie rzadko być świadkami spektakli tematycznych. W Wietnamie, tak jak i w innych krajach, znany i lubiany jest zwyczaj obdarowywania się prezentami. Zwłaszcza dotyczy to młodszych członków rodzin. Wystawiają oni buty przed drzwi lub też wyczekują prezentów położonych pod choinką.

Zatem, jak widać święta Bożego Narodzenia cieszą się popularnością niemalże na całym świecie. Także tutaj w Wietnamie są obchodzone. Co prawda przez jednych uroczyście, a przez innych traktowane jako miły czas, ale czyż tak nie jest i w innych krajach?

Share

Gru 04

Kalendarz adwentowy i jego historia …

Kalendarz adwentowy ma wyjątkową historię. Jego tradycja jest znana i pielęgnowana w wielu krajach na całym świecie głównie w rodzinach chrześcijańskich. Kalendarz adwentowy wprowadza nas dzień po dniu w  magiczny nastrój świąt. A czymże on jest?

Kalendarz adwentowy służy do odliczania dni od pierwszego dnia Adwentu do Wigilii Bożego Narodzenia. Pomysł narodził się już w XIX wieku w Niemczech. Podobnie zresztą jak wieniec adwentowy. Wymyślili go i stworzyli niemieccy luteranie.  Pozwalał im na odliczanie dni adwentowych do samej Wigilii. Kalendarz adwentowy miał wzmacniać radość z oczekiwania na Boże Narodzenie. Już wtedy każdego dnia wieszano w domach obrazek dotyczący świąt w oczekiwaniu na przyjście Jezusa. Innym sposobem było zapalanie codziennie jednej z 24 świeczek. Skreślano także po jednej z 24 kresek narysowanych kredą na drzwiach. W domach katolickich najczęściej wkładano po jednym źdźble słomy do szopki aż do Wigilii. W niemieckim miasteczku Gengenbach w oknach ratusza można oglądać w dni Adwentu 24 świąteczne obrazy. W kalendarzu adwentowym nie znajdziemy miesięcy, ani dni tygodnia. Choć tradycja wywodzi się z Niemiec powędrowała bardzo szybko dalej w świat. Znana jest na terenie Szwajcarii, Austrii i Skandynawii, a obecnie i w wielu innych krajach. W Polsce również zakorzeniła się na dobre. Pierwsze drukowane kalendarze adwentowe pojawiły się w 1902 roku w Hamburgu i miały kształt zegara z cyframi od 13 do 24. Następnie po dwóch dekadach wprowadzono 24 cyfry. W 1903 roku w Monachium powstała drukowana wersja kalendarza adwentowego. Składała się z 24 obrazków do wycięcia oraz specjalnego arkusza do naklejania z okienkami już wcześniej przygotowanymi. Tradycja ewoluowała i zmieniała stopniowo swoje oblicze. Doszło do powstania słodkiego kalendarza adwentowego. Z tym wydarzeniem wiąże się historia pewnego drukarza Gerharda Langa, który jako mały chłopiec nie mógł się doczekać Wigilii. Ciągle zamęczał swoja mamę pytaniami o to kiedy nadejdzie ten dzień, kiedy będzie Wigilia? Nieco zniecierpliwiona mama narysowała na kartonie 24 cyfry i doszyła do nich rodzaj podłużnych biszkoptów. Mały Gerhard mógł zjadać jedno ciastko każdego dnia. Już jako dorosły człowiek rozpoczął on w 1930 roku produkcję kalendarzy z czekoladkami w środku, które występują i dziś. Wówczas skomercjonalizował się zwyczaj kalendarza adwentowego. Wymyślano coraz to nowsze jego wersje. Wciąż jednak towarzyszyła temu jedna idea, a mianowicie przygotowanie do świąt i tworzenie magicznej atmosfery. Często przypominano w nich sceny z Biblii i szopki znajdujące się w kościołach. Kalendarz z otwieranymi okienkami cieszył się niesamowitą popularnością. Pojawiały się także wersje dla ludzi bogatych i z wyższych sfer dla których artyści tworzyli specjalne kalendarze adwentowe. To były małe dzieła tworzone ręcznie i wymagały niezwykłego kunsztu oraz talentu. Obecnie coraz częściej  wraca się do pierwotnej formy kalendarza adwentowego. Wielu z nas zdecydowanie chce oddzielić go od słodyczy. Często dąży się, aby nie był też w formie przedmiotów materialnych. W wielu domach przygotowuje się go samodzielnie i taki kalendarz jest po prostu bezcenny. Raduje zarówno tych, którzy go tworzą, jak i tych którym służy jako zegar odmierzający czas do Wigilii Bożego Narodzenia. Przyjmuje także postać opowieści, historii biblijnych czytanych wspólnie przez 24 dni, bądź śpiewania kolęd i pastorałek w oczekiwaniu na przyjście Pana. Nierzadko towarzyszy temu magiczna aura, zapach ciasteczek piernikowych, czy też aromat grzanego wina i zasiadanie przy kominku. Niezależnie od wybranego sposobu niewątpliwie tradycja kalendarza adwentowego jest wyjątkowa i nic dziwnego, że przetrwała już setki lat.

 

Zdjęcie: pixabay.com/

Share

Gru 03

Droga Mleczna i legenda miłosna …

Droga Mleczna jest niezwykłym fenomenem. Jednak mało kto wie, że  związana jest z nią wietnamska legenda. Dotyczy ona romantycznej historii miłosnej. Opowiada o losach dwojga młodych ludzi. Ich uczucie było tak ogromne, że przesłoniło im wszystko. A jak to się stało, że na ich pamiątkę powstała Droga Mleczna?

Pewnego razu żyła bardzo piękna i urocza księżniczka o imieniu Chức Nữ. Była jedną z wielu córek Nefrytowego Cesarza, czyli Króla Niebios. Chức Nữ wyróżniała się urodą, ale i zręcznością. Była bardzo pracowitą tkaczką. Często widziano ją siedzącą na brzegu Srebrnej Rzeki. Tworzyła tam najwspanialsze materiały. Szyła szaty oraz ubrania dla ojca, młodszych sióstr, wróżek i całego dworu. Potrafiła splatać promienie słońca razem ze światłem księżyca. Dekorowała swoje prace migoczącymi gwiazdami. Będąc piękną księżniczką miała wielu zalotników. Nie mogła jednak znaleźć miłości wśród przystojnych książąt niebiańskich. Nikt nie mógł jej uszczęśliwić. Pewnego słonecznego lata zdarzyło się, że spoglądała przez okno pałacu. Ujrzała wówczas pastucha pracującego dla Nefrytowego Cesarza. Prowadził on królewskie bydło wzdłuż brzegów Drogi Mlecznej. Ich oczy spotkały się i oboje doświadczyli czegoś niezwykłego. Wiedzieli, że to miłość od pierwszego wejrzenia. Pastuch o imieniu Ngưu Lang był bardzo przystojnym i sumiennym pracownikiem, który zawsze był lojalnym sługą w opiece nad królewskim bydłem. Nefrytowy Cesarz, który dostrzegł ich miłość pozwolił im się pobrać. Zakochani musieli obiecać kontynuować pracę po ślubie. Para była bardzo szczęśliwa, a ich uczucie stawało się silniejsze z każdym dniem. Byli jednak zbyt oddani sobie nawzajem. Konsekwentnie zaniedbali całą swoją pracę. Chức Nữ zapomniała o swoim własnym rękodziele. Jej koło tkackie zatrzymało się i pokryło pajęczynami. Z kolei królewskie bydło będące pod opieką Ngưu Lang wędrowało daleko i daleko po niebiańskich łąkach niszcząc je coraz bardziej. Nefrytowy Cesarz ostrzegał ich wielokrotnie, ale byli tak głęboko zakochani, że ciągle zapominali o swoich obowiązkach. Król Niebios zdecydował się wyrzucić Ngưu Langa na drugą stronę Drogi Mlecznej, aby mógł tam zamieszkać. Zadecydował, że dwoje kochanków już nigdy się nie spotka. Chức Nữ błagała ojca, aby nie wydawał tak surowego wyroku, ale bezskutecznie. Wkrótce potem Nefrytowy Cesarz poczuł jednak litość i obiecał, że zakochani będę się spotykać raz w roku siódmego dnia siódmego miesiąca. Tak więc każdego roku o tej porze Chức Nữ stała po jednej stronie Drogi Mlecznej i apelowała do kruków, aby pomogły rozłączonym kochankom być znowu razem. Kruki z całego świata łączyły się  się i tworzyły most. Przez niego Chức Nữ i Ngưu Lang mogli przejść i znów być razem. Kiedy spotykali się zwykle płakali z radości. Jeszcze bardziej gorzko szlochali, gdy nadchodził czas separacji. I tak ponoć jest do dziś. Dlatego w Wietnamie o tej porze roku pada lekki deszcz w ciągu dnia. Wietnamczycy nazywają ten deszcz Mưa Ngâu. Kojarzą go ze szczęśliwymi łzami kochanków i ich z długimi rozstaniami. Podczas gorących letnich dni te lekkie deszcze są mile widziane. Oznaczają, że rośliny będą miały wystarczającą ilość wody i unikną suszy. Wówczas na wsiach nie znajdziemy kruków, gdyż uważa się, że lecą one do ​​nieba. Pomagają stworzyć most w celu ponownego połączenia Chức Nữ i Ngưu Lang. Jeśli spojrzysz w niebo w pogodne noce o tej porze zobaczysz Srebrną Rzekę. Wygląda ona jak długi, mleczny, biały pasek, który nazywamy Drogą Mleczną. Chức Nữ i Ngưu Lang w legendzie zostają unieśmiertelnieni. Stają się dwoma pięknymi gwiazdami na nocnym niebie. Chức Nữ jest Vega z konstelacji Lutni. Ngưu Lang jest jasnym Altairem w gwiazdozbiorze Orła. Obie te gwiazdy są łatwo widoczne latem, kiedy razem z Denebem z konstelacji Łabędzia tworzą znany letni trójkąt na nocnym niebie półkuli północnej. Jeśli pozwalają na to warunki pogodowe widać srebrną plamę światła. Jest nią Droga Mleczna. Przepływa ona przez Deneb, oddzielając Vega od Altaira. Tym sposobem Chức Nữ i Ngưu Lang towarzyszą nam i wciąż przypominają o swojej historii miłosnej i o tym, w jaki sposób powstała Droga Mleczna.

 

Zdjęcie:pixabay.com/

Share

Starsze posty «