Lip 05

Jezioro owiane legendami, czyli Hoan Kiem Lake w Hanoi …

 

O jeziorze Hoan Kiem wspomniałam przy okazji wpisu o ostatnim żółwiu, który je zamieszkiwał www.zycieipodroze.pl/2016/03/14/ostatni-zolw-w-jeziorze-hoan-kiem-i-symbol-pokoju/. Dziś poświęcę mu nieco więcej uwagi. Bowiem z jeziorem wiążą się nie  tylko legendy, ale i fakty, które warto poznać.

 

 

 

 

Hoan Kiem inaczej nazywane Ho Hoan Kiem  lub Hanoi Hoan Kiem Lake oznacza dosłownie w języku polskim jezioro zwróconego miecza. Nazwa ściśle wiąże się z legendą do której za chwilę nawiążę. Jezioro Hoan Kiem było częścią szerokiej Rzeki Czerwonej. Jednakże w wyniku zmian geologicznych i krajobrazowych odsunęło się od niej i obecnie zlokalizowane jest około dwa kilometry od niej.

 

 

Nazwa jeziora na Hoan Kiem została zmieniona w XV wieku, gdyż wcześniej brzmiała Luc Thuy i pochodziła od zielonego kolorytu wody. Jest ona bowiem zielona przez cały rok. Za sprawą legendy zmieniono nazwę na Hoan Kiem. Jak wspomniałam powyżej w języku polskim brzmi ona jezioro zwróconego miecza.

 

 

Bardzo znana legenda głosi, że w XV wieku jeden z ubogich rybaków, którego nazywano Le Loi, został obdarowany wyjątkowym mieczem przez żółwia żyjącego w jeziorze. Były to czasu okupacji chińskiej i walk z wrogiem. Miecz miał nadzwyczajną moc. Rybak użył go podczas walki z Chińczykami. Dzięki niesamowitym właściwościom jakie posiadał magiczny miecz pokonał on dynastię Ming kończąc jej panowanie w dawnym Wietnamie. Za ten niezwykły czym uhonorowano go i ogłoszono królem.

 

 

Po koronacji nowy władca udał się nad jezioro chcąc podziękować bogom za ocalenie kraju. Wówczas wydarzyła się historia niezwykła. Z jeziora wynurzył się żółw, a miecz samoistnie wrócił do niego. Ponoć zamienił się on w smoka, uniósł do góry, a następnie zniknął w głębinach jeziora. Król z wdzięczności nakazał zmianę nazwy jeziora na Hoan Kiem. Wybudowano także wieżę, która miała upamiętniać żółwia, który czuwał nad krajem. Od tej pory żółwie stały się symbolem pokoju.

 

 

 

 

Legendy związane z magicznym mieczem, żółwiem i smokiem wciąż są przekazywane z ust do ust i zapisane. Stanowią integralną część spektakli i występów. Między innym można je oglądać na scenach teatrów Water Puppet o których pisałam w postach www.zycieipodroze.pl/2017/06/28/niezwykly-spektakl-czyli-tradycyjny-wietnamski-teatr-marionetek-wodzie/ i www.zycieipodroze.pl/2016/09/21/teatr-kukielek-na-wodzie-hanoi-water-puppet/. Są one częścią kultury i sztuki wietnamskiej, a żółw po dziś dzień jest symbolem pokoju.

 

 

Obecnie Hoan Kiem Lake jest miejscem, które bardzo chętnie odwiedzają turyści i mieszkańcy Hanoi. Toń jego wody ma zielony kolor, a głębokość wynosi maksymalnie dwa metry. Dookoła porastają je drzewa, których rozłożystość sprawia, że dają cień i schronienie podczas upalnych dni. Pośród nich umieszczone są ławeczki na których można przysiąść podczas spaceru. Ponieważ Hoan Kiem jest stosunkowo niewielkie można z łatwością obejść je dookoła. Wielu mieszkańców wykorzystuje również to miejsce, aby ćwiczyć, czy pobiegać wokół niego. Jest to również miejsce spotkań i spędzania wspólnie czasu na rozmowach, grach, czy piciu herbaty.

 

 

W północnej części jeziora znajduje się Den Ngoc Son, czyli Świątynia Jadeitowa. Została zbudowana na cześć konfucjanisty, taoisty i filozofa oraz bohatera narodowego Tran Hung Dao. W roku 1865 rozbudowano ją i w takim kształcie można ją podziwiać do dziś. Prowadzi do niej czerwony mostek Cau The Huc, czyli Most Witający Słońce. Wewnątrz świątyni wyróżnia się obiekty Thap But , Dac Nguyet i Dinh Tran Ba oraz płytę Dai Nghien mające znaczenie symboliczne dla Wietnamczyków.

 

 

Po środku jeziora Hoan Kiem położona jest maleńka wyspa na której usytuowano Thap Rua, czyli Wieżę Żółwia. Została ona zbudowana w 1886 roku w miejsce świątyni Ta Vong. Jest miejscem symbolizującym zarówno zwycięstwo, jak i pokój. Dla wielu Hanoiczyków jest symbolem patriotycznej dumy mieszkańców.

 

 

 

 

Jezior Hoan Kiem jest miejscem, które trzeba poznać odwiedzając Hanoi, o czym pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2016/12/28/co-mozna-zobaczyc-bedac-w-Hanoi/. Dzięki temu możemy bliżej poznać zarówno historię Wietnamu, jak i samych Hanoiczyków, którzy spędzają tutaj czas nie tylko ze względu na turystów. Jest to miejsce, gdzie mieszkańcy stolicy Wietnamu chętnie spacerują, ćwiczą i zasiadają na płytach świątyni, ławeczkach, czy też plastikowych krzesełkach umiejscowionych w kilku miejscach. Ja osobiście uwielbiam spacerować wokół niego i wyobrażać sobie ilu faktów z historii było ono świadkiem i ile interpretacji legend ono słyszało 🙂  Jeśli odwiedzasz Hanoi zatrzymaj się tutaj na chwilę i poczuj wyjątkową moc tego miejsca 🙂

Lip 01

Zieleń w Hanoi dla każdego, czyli Peace Park …

Hanoi jest miastem, w którym mieszka i przebywa wiele milionów ludzi, a ulice są bardzo zatłoczone. Ruch często jest intensywny, a spaliny stanowią integralną część dróg. Stąd ja poszukuję zielonych i cichych miejsc, w których można przyjemnie spędzić czas korzystając ze sprzyjającej pogody. Niekiedy są to okoliczne pagody, a innym razem skwerki zieleni, czy też parki. Do jednych z takich miejsc należy Peace Park, czyli Park Pokoju. Warto do niego się wybrać, gdy chcemy w spokoju spędzić czas wśród zieleni z dala od zgiełku ulicznego.

 

 

 

 

 

Peace Park powstał jako jeden z projektów upamiętniających 1000 lecie powstania Hanoi. Usytuowano go w dzielnicy Dinh Xuan dystryktu Tu Liem. Położony na obszarze 20 hektarów jest pięknym i zielonym miejscem. Kilka niewielkich wzniesień i 5 hektarowe jezioro znajdujące się po środku parku sprawiają, że okolica jest jeszcze bardziej interesująca. Jest to miejsce będące symbolem pokoju, a jednocześnie doskonałą oazą, w której warto zatrzymać się choć na chwilę i wracać tutaj, gdy czujemy potrzebę, aby odpocząć od hałaśliwego miasta.

 

 

 

 

Do parku wchodzimy przez bramę pokoju. Wita nas tutaj latający nowoczesny ptak symbolizujący nowy i dynamicznie rozwijający się Wietnam. Zgodnie z planem twórców ten symbol, jak i sam park witają podróżnych przybywających do miasta od strony lotniska mostem Thang Long. Peace Park stanowi przy tym doskonałe miejsce odpoczynku ze względu na świetną lokalizację.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Peace Park jest jednocześnie nowoczesnym, jak i spokojnym miejscem. Deptak otaczają drzewa, krzewy i kolorowe kwiaty, a jeziorko usytuowane po jego środku dodaje mu uroku. Jest to przestronne i zadbane miejsce, do którego można udać się na spacer. Prawdziwą przyjemność sprawia zielone otoczenie, cień drzew i piękne, kolorowe kompozycje kwiatowe.

 

 

 

 

Śmiało możemy nazwać Peace Park ,,płucami Hanoi,,. Takie miejsca są bardzo pożądane w takich miastach, jak stolica Wietnamu. Dodatkową atrakcję stanowią mostki, rzeźby, statua i inne elementy ozdobne. Dodatkowo można pokusić się o wędkowanie i złowienie małej  rybki. Oczywiście po daniu buziaka najlepiej jak wróci ona do wody 🙂

 

 

 

 

Peace Park jest niewątpliwie zielonym miejscem do którego można udać się na spacer, bądź też po to, aby poćwiczyć, czy uprawiać jogging lub praktykować jogę. To zakątek, w którym korzystając z uroczego otoczenia można w ciszy i spokoju zapomnieć choć na troszkę o gwarnej ulicy i tłumach ludzi dookoła. Ja osobiście lubię schronić się w cieniu drzew znajdujących się na jego terenie i kontemplować w ciszy lub czytając książkę oderwać się od zatłoczonych ulic ciesząc się chwilą która trwa.

Cze 28

Niezwykły spektakl, czyli tradycyjny wietnamski teatr marionetek na wodzie …

O tradycyjnym teatrze na wodzie, czyli Water Puppet pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2016/09/21/teatr-kukielek-na-wodzie-hanoi-water-puppet/. Tym razem miałam ogromną przyjemność podziwiać go pod gołym niebem, pośród wyjątkowego otoczenia. Odwiedzając bowiem po raz kolejny moje ulubione muzeum w Hanoi, czyli  Vietnam Museum of Ethnology, tym razem z siostrą i siostrzenicą, byłam widzem niezwykłego widowiska.

 

 

Spektakl przedstawiano na scenie małego amfiteatru położonego pośród drzew i zieleni, a akcja rozgrywała się w niewielkim stawie wodnym stanowiącym scenę. Dla zainteresowanych nadmienię, że o powyższym muzeum była mowa we wpisie www.zycieipodroze.pl/2016/09/29/skansen-etnograficzny-czyli-najpiekniejsze-muzeum-w-hanoi/.

 

 

Tradycyjne teatry na wodzie mają bardzo bogatą historię sięgającą XI wieku. Jej korzenie wywodzą się z delty Rzeki Czerwonej północnego Wietnamu. Widowisko odbywa się zgodnie z tradycją na wodzie, a główni bohaterowie są trzymani i wprowadzani w ruch sceniczny przez ludzi ukrytych za bambusowym budynkiem umiejscowionym pośrodku zbiornika, którym może być basen, czy też staw. Tematem przewodnim spektaklu jest życie codzienne w starożytnym Wietnamie, a także historie związane z legendami i czynami bohaterów.

 

 

Marionetki, a właściwie drewniane figurki, odgrywają główną rolę w przedstawieniu. Towarzyszą im dźwięki muzyki i głosy artystów mówiących w imieniu kukiełek. Marionetki wykonane są z drewna i pokryte specjalną powłoką oraz warstwami lakieru. Są bardzo kolorowe, a ich wykonanie wymaga sporego doświadczenia i umiejętności.  Umieszcza się je na kiju, który służy do poruszania nimi na wodzie.

 

 

Odwiedzając Wietnam warto obejrzeć choć raz widowisko na wodzie, gdyż jest takie powiedzenie, że jeśli ktoś nie widział spektaklu na wodzie, to nie widział jeszcze Wietnamu. Obecne teatry na wodzie są dostępne dla wszystkich, co wcale nie było takie oczywiste 1000 lat temu. Wówczas były one bowiem zarezerwowane dla rodziny królewskiej i arystokracji. Z czasem uległo to zmianie. Obecnie są one ściśle związane z kulturą i sztuką wietnamską stanowiąc jej istotny element.

 

 

Tradycyjny wietnamski teatr na wodzie mieszczący się w Muzeum Etnograficznym jest niewątpliwie doskonałym elementem uzupełniającym wizytę w tym wyjątkowym miejscu. Przedstawienie odbywa się pod gołym niebem pod osłoną drzew i niewielkiego zadaszenia dla widzów. Przed spektaklem poczęstowano nas zieloną herbatą, a trzeba przyznać, że w upalny dzień ma ona zbawienny wpływ na organizm. Następnie byłyśmy świadkami wspaniałego widowiska.

 

 

Czas spędzony w tym niezwykłym miejscu był wyjątkowy, a występ znakomity. Przedstawiono podczas niego dwanaście scenek z marionetkami w roli głównej. Towarzyszyły im dźwięki tradycyjnej muzyki wietnamskiej i odgłosy słów i śmiechu w tle. Podczas jego oglądania możemy usłyszeć odgłosy Teu, czyli symbolu młodości i zdrowia. Ponadto jesteśmy widzami scen związanych z życiem na wsi, sposobem świętowania i obchodzenia festiwali. Praca w polu, połowy ryb, czy odwiedzanie pagody są bardzo interesująco przedstawione. O dziwo niełatwym czynnościom towarzyszy śmiech i radość. Spektakl ukazuje również pozytywne cechy Wietnamczyków, takie jak gościnność, otwartość i przyjazny stosunek do odwiedzających. Ponadto możemy podziwiać interesujące interpretacje legend związanych z walkami o wolność, czy też żółwiem zamieszkującym jezioro Hoan Kiem i zwróconym mieczem.

 

 

Czas spędzony na oglądaniu widowiska jest wartościowy, gdyż to interesujący i fascynujący spektakl. Marionetki przenoszą nas do przeszłości i umożliwiają poznanie wielu interesujących faktów z historii Wietnamu, a także ciekawych interpretacji legend. Są nieodłącznym elementem kultury i sztuki wietnamskiej, który warto poznać. Zachęcam każdego kto zawita do Wietnamu, aby wybrał się do miejsca, w którym będzie mógł obejrzeć niezwykły spektakl, czyli tradycyjny wietnamski teatr marionetek na wodzie.

Cze 14

Zielona górska kraina, czyli niezwykły północno-zachodni Wietnam …

Północno-zachodni Wietnam jest niezwykły. To zielona, górska kraina, w której poza mieszkańcami rzadko kto przebywa. My podróżowaliśmy przez jej magiczne okolice przez kilka dni i nie spotkaliśmy żadnych osób poza przedstawicielami grup etnicznych zamieszkujących północno-zachodni Wietnam, głównie Hmong i Dao oraz Tay. Nasza wyprawa motocyklowa była niezwykła. Tylko góry, motocykl i my oraz lokalni mieszkańcy. Dla nas ta wyprawa była naturalną kontynuacją cyklu motocyklowych wypraw po północnych rejonach Wietnamu. O poszczególnych trasach pisałam w postach: www.zycieipodroze.pl/2016/11/15/przygoda-motocyklowa-w-magicznych-gorach-cao-bang-i-ha-giang-czyli-zwykle-zycie-jest-niezwykle/, www.zycieipodroze.pl/2016/05/04/niezwykla-trasa-motocyklowa-w-polnocno-wschodnim-wietnamie/ i www.zycieipodroze.pl/2017/05/31/weekend-motocykl-gory-mai-chau/.

 

 

 

 

Nasza wyprawa w rejony północno-zachodniego Wietnamu była magiczna, a nasz motocykl niezawodny. Nawet po trudnych drogach, nierzadko wąskich, kamienistych, gdyż takimi lubimy podróżować, sprawdza się. Zresztą kieruje nim doskonały motocyklista 🙂 Pokonaliśmy prawie 900 kilometrów wśród tej pięknej, zielonej, pokrytej głównie górami okolicy. Nasza trasa wiodła przez cztery północno-zachodnie prowincje Wietnamu, czyli Hoà Bình, Sơn La, Điện Biên i Lai Châu. Rozpoczęła się w Hanoi, a zakończyła w Lào Cai, choć jak dla nas w Lai Châu, gdyż okolice Sapa i Lào Cai to już inny obraz Wietnamu, niż ten, który mogliśmy podziwiać na niezwykłym odcinku od okolic Mai Châu do Lai Châu. Z Lào Cai wróciliśmy do Hanoi pociągiem nocnym i nasz motocykl także. Gdy wysiedliśmy już czekał na nas na peronie 🙂 Pierwszy raz skorzystaliśmy z tej możliwości transportu z naszym motorkiem i troszkę się obawiałam, ale niepotrzebnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

Wracając jednak do naszej wyprawy to była ona niesamowita. Trasa wiodła wśród pięknych, wysokich, nawet sięgających 3000 m n.p.m. gór, ale też niższych pasm, lasów, zielonych pól głównie ryżowych i kukurydzianych, rzek, strumyków i potoków górskich oraz wodospadów. Mogliśmy podziwiać przecudną naturę i codzienny tryb życia grup etnicznych zamieszkujących okolice przez które podróżowaliśmy. Każdego dnia zaskakiwani byliśmy kolejnymi cudami. Za każdą przełęczą kryły się kolejne niesamowite widoki zapierające dech w piersiach. A my podążaliśmy naszą drogą, nierzadko kamienistą, nie zważając na to, czy świeci słońce, czy pada deszcz, czy też mgła rozpościera się dookoła nas. A wysoko w górach tak dokładnie było. Słońce, błękitne niebo, deszcz i mgła. Doświadczyliśmy różnego oblicza gór i natury. Podróżowaliśmy drogami, których nawet na mapie google nie było. Z kolei odwrotnie zdarzyło się, że droga była na mapie, a w rzeczywistości jej nie było. Przystawaliśmy jak to my dość często w czasie naszej podróży, aby podziwiać to, co dookoła nas i pobyć z naturą sam na sam.

 

 

 

 

 

Pierwszego dnia pokonaliśmy trasę od Hanoi do Phú Yên. Trasa była przepiękna, a góry i pola doświetlone promieniami słońca zachwycały. Odcinek zaznaczony na mapie na czerwono wiódł po kamieniach, a także przez strumyki zatem zdecydowanie tylko dla bardzo dobrych kierowców umiejących jeździć w terenie, a nie tylko po drogach asfaltowych.

Dla nas była to najpiękniejsza okolica jaką nasze oczy widziały w czasie tej wyprawy, choć było ich tak naprawdę wiele. Zresztą sami zobaczcie poniższe zdjęcia, które zachwycają. Ten niesamowity dzień pełen wrażeń, jazdy po kamieniach wąską dróżką i w otoczeniu pięknej, zielonej krainy zakończyliśmy pyszną kolacją i nowymi znajomościami, jak to często bywa w naszych podróżach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Drugiego dnia pokonaliśmy długi odcinek trasy wiodącej przez zielone okolice i dotarliśmy do Mường Lay. Było pięknie i zielono, jak każdego dnia wyprawy, a słoneczko prawie cały dzień nam towarzyszyło, choć  bez jazdy w deszczu się nie obyło. Spotkaliśmy wielu interesujących ludzi w ich codziennym, niezwykłym, jak dla nas, życiu.

To był dobry, długi dzień pełen pięknej przyrody i spotkań z mieszkańcami, którzy cieszyli się na nasz widok, po którym spaliśmy głębokim snem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kolejnego, już trzeciego, dnia naszej wyprawy dojechaliśmy do Lai Châu. Trasa wiodła przez wysokie góry. Jechaliśmy w słońcu, jak i w chmurach oraz w towarzystwie deszczyku. Tego dnia pierwszy raz zawiodła nas mapa google. Pokazywała drogę, której nie było – fragment zaznaczony na czerwono na mapie, a z kolei tą którą jechaliśmy na niej nie umieszczono. Ponadto nie są pozaznaczane na niej jeziora tam się znajdujące, zresztą bardzo piękne.

Zielony odcinek drogi był po prostu magiczny, a do tego nielicznie zamieszkały. Widać było pojedyncze domy, a czasami wioski, w których domy usytuowane były obok siebie. Tak, jak każdego dnia towarzyszyły nam niesamowite góry, rzeki, potoki, strumyki, wodospady, jeziora i piękne, zielone pola oraz obraz codziennego, niezwykłego, choć prostego życia mieszkańców z grup etnicznych zamieszkujących te tereny. To był wspaniały dzień, a część trasy zaznaczona na zielona na długo pozostanie w naszej pamięci.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czwarty dzień naszej wprawy, jak dla nas najmniej emocjonujący, już tak nie zachwycił. Wjechaliśmy bowiem w okolice Sapa i Lào Cai.

Po tym, co widzieliśmy w poprzednich dniach tutaj poza wodospadami i wjazdem kolejką na Fansipan, najwyższą górę Wietnamu, a nawet całych Indochin, nie było już nic zaskakującego. Ten region jest bardzo zatłoczony, są tutaj tłumy turystów i komercja typowa dla miejsc przez nich odwiedzanych. Można zobaczyć piękne pola tarasowe, wysokie góry, ale już w innej atmosferze. Tutaj nie doświadczymy spokoju, ciszy i bycia samemu, tak jak to miało miejsce w minionych dniach w czasie naszej wyprawy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Owszem rekomenduję tutaj przyjechać, gdy ktoś nie podróżuje swoim środkiem transportu i nie ma możliwości zobaczyć innych pięknych północno-zachodnich okolic Wietnamu, gdyż połączenia z Hanoi są bardzo dobre. Zarówno drogowe, jak i kolejowe. Sama polecam to osobom, które nas odwiedzają, gdyż okolice Sapa i Lào Cai są interesujące z punktu widzenia osoby, która odwiedza pierwszy raz Wietnam. Pisałam już o nich w poście www.zycieipodroze.pl/2016/03/02/motorkiem-przez-sa-pa-i-lao-cai/ więc dziś już nie będę się rozpisywać. Z kolei o Fanzipan i kolejce, którą można na tę niezwykłą górę wjechać napiszę w innym poście.

 

 

 

 

Nasza kolejna motocyklowa wyprawa po północnych bezdrożach Wietnamu dobiegła końca. Była pełna przygód, przeżyć, emocji i spotkań z bardzo miłymi ludźmi cieszącymi się również ze spotkania z nami.  Towarzyszyły jej niezwykłe widoki, magiczne góry i piękna przyroda wokół. I jak tutaj nie kochać podróżowania, gdy wokół tyle do zobaczenia i przeżycia.

 

Cze 08

Ciekawostek i słów kilka o Himalajach …

O Himalajach napisano bardzo dużo. Wiele osób mogło być z nimi blisko, a nawet bardzo blisko.  Niektórzy nie wrócili już z nich udając się w podróż pozaziemską. Niewątpliwie Himalaje są ogromne, majestatyczne i magiczne. Bije z nich siła i dominacja z jednej strony, a z drugiej spokój i mistycyzm.

 

 

My doświadczyliśmy ich podczas naszego trekkingu dookoła Annapurny, o którym pisałam w postach www.zycieipodroze.pl/2017/05/23/im-dalej-pojdziemy-tym-lepiej-siebie-poznamy-czyli-nasz-trekking-dookola-annapurny/ oraz www.zycieipodroze.pl/2017/05/25/im-dalej-pojdziemy-tym-lepiej-siebie-poznamy-czyli-nasz-trekking-dookola-annapurny-czesc-2/. To była nasza przygoda z Himalajami. Niewątpliwie niepowtarzalna, pełna wrażeń, emocji i przeżyć.

 

 

Dziś chcę Wam przedstawić ciekawostek i słów kilka o Himalajach, o górach wyjątkowych, czyli niezwykłej krainie najwyższych szczytów owianej legendami i niesamowitymi historiami w tle.

  • Himalaje to łańcuch górski leżący w Azji Południowej i jednocześnie najmłodsze góry na świecie, choć powstały 70 milionów lat temu.

  • Nazwa Himalaje pochodzi z sanskryptu i znaczy: hima-zima, śnieg oraz alaya-siedziba, leżący.

  • To obszar  o powierzchni 1089000 km²  wciąż aktywny geologicznie.

 

 

 

  • Łańcuch górski rozciąga się na terenie 5 państwa oficjalnie, a jak dla mnie 6 (Pakistan, Indie, Chiny, Nepal, Bhutan i Tybet w moim odczuciu).

  • Himalaje oddzielają Nizinę Hindustańską od Wyżyny Tybetańskiej.

  • Po Antarktyce i Arktyce Himalaje stanowią trzecie największe skupisko lodu i śniegu na świecie.

  • Łańcuch górski ma ponad 2500 kilometrów długości i w najszerszych miejscach nawet 350 kilometrów szerokości.

  • Góry dzielą się na trzy główne pasma: Wielkie Himalaje, Małe Himalaje i Siwalik.

 

 

 

  • Himalaje to najwyższe góry świata, ale to nie wszystkie rekordy, które ich dotyczą.

  • Najwyższy szczyt świata, czyli Mount Everest (8848 m n.p.m.) leży w Himalajach.

  • Tutaj też znajduje się najwyżej położone jezioro, czyli Tilicho. Znajduje się ono na wysokości 4919 m n.p.m.

  • W Himalajach znajduje się najgłębsze jezioro Shey Phoksundo położone na wysokości 3610 m n.p.m., o głębokości 145 metrów.

  • Himalaje to pasmo górskie, w którego skład wchodzi 10 z 14 ośmiotysięczników, czyli: Mount Everest ( 8848 m n.p.m.), Kangchenjunga ( 8586 m n.p.m.), Lhotse ( 8501 m n.p.m.), Makalu ( 8463 m n.p.m.), Cho Oyu ( 8201 m n.p.m.), Dhaulagiri (8167 m n.p.m.), Manaslu ( 8163 m n.p.m.), Nanga Parbat ( 8125 m n.p.m.), Annapurna ( 8091 m n.p.m.) i Shisha Pangma (8046 m n.p.m.).

 

 

  • Lodowce w Himalajach zajmują powierzchnię 33000 km², a masa lodu ma objętość 6600 km³.

  • Mount Everest pomimo swej wielkości jest jednym z najłatwiejszych do zdobycia ośmiotysięczników, tuż za Cho Oyu.

  • Woda na szczycie Mount Everestu wrze w temperaturze 68°C (zależność od ciśnienia).

 

 

  • Najtrudniejszym do zdobycia ośmiotysięcznikiem jest Annapurna. Nawet 30% podejść kończy się śmiercią.

  • Austriak Johann Grueber zajmujący się astronomią i Belg Albert d’Orville znający się na kartografii jako pierwsi Europejczycy ujrzeli najwyższą górę świata. Obaj byli jezuitami.

  • Sir Edmund Hillary i Tenzing Norgay to pierwsi zdobywcy Mount Everestu. Nie wiadomo, który pierwszy stanął na szczycie.

Cze 06

Ciekawostek i słów kilka o Nepalu …

O Nepalu pisałam już w poście www.zycieipodroze.pl/2017/05/16/wrocimy-tam-jeszcze-nepal-i-himalaje/. Dziś chcę przedstawić Wam ciekawostki dotyczące Nepalu, a o których może nie wiecie, a nawet jeśli to warto je sobie przybliżyć.

  • Nepal jest państwem himalajskim położonym w obrębie najwyższych gór świata, stąd często nazywany jest krajem na dachu świata.

  • Jest to najstarszy kraj w Azji Południowej.

  • Nepal jest krajem wciąż żywym geologicznie.

  • 80 % kraju pokrywają góry, o średniej wysokości 6000 m n.p.m.

  • W Nepalu znajduje się 8 z 10 najwyższych szczytów świata, czyli: Mount Everest (8848 m n.p.m.), Kangczengdzonga (8586 m n.p.m.), Lhotse (8516 m n.p.m.), Makalu (8463 m n.p.m.), Cho Oyu (8201 m n.p.m.), Dhaulagiri (8167 m n.p.m.), Manaslu (8156 m n.p.m.) i Annapurna I (8091 m n.p.m.).

  • Najwyższy szczyt świata, czyli Mount Everest położony jest w Nepalu.

  • Tutaj też znajduje się najwyżej położone jezioro, czyli Tilicho. Znajduje się ono na wysokości 4919 m n.p.m.

  • Nepal to także miejsce, gdzie znajduje się najgłębsze jezioro Shey Phoksundo położone na wysokości 3610 m n.p.m., o głębokości 145 metrów.

  • Największa koncentracja miejsc wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO znajduje się w Nepalu.

  • Kalendarz nepalski jest już w przyszłości. Obecnie jest rok 2074. Różnica do kalendarza gregoriańskiego wynosi 56,7 lat.

  • Nepal jako jedyny nie ma flagi w kształcie prostokąta. Flaga Nepalu ma kształt dwóch połączonych ze sobą trójkątów w bordowym kolorze, otoczonych niebieską obwódką. Na górze znajduje się księżyc, a na dole słońce. Symbolizują one hinduizm i buddyzm.

  • Motto kraju brzmi: ,,Matka i Ojczyzna są większe od Nieba,,.

  • Motto żołnierzy nepalskich to słowa: ,,Lepiej umierać, niż być tchórzem,,.

  • Nepal jest 2 razy mniejszy od Polski.

  • Około 45% ludności mówi oficjalnym językiem nepalskim.

  • Jest około 30 % analfabetyzmu.

  • Ponad 81 % populacji Nepalu stanowią Hindusi.

  • W Nepalu występuje ponad 80 grup etnicznych i 125 języków.

  • ,,Namaste,, to słowo wywodzące się z Nepalu i bardzo popularne, traktowane bardzo często jako pozdrowienie, a znaczące dokładnie tyle, co ,,Pokłon Tobie,,. Dokładniej jest interpretowane jako „Boskość we mnie pozdrawia boskość w Tobie”, „Światło we mnie kłania się Światłu w Tobie”,  „Kłaniam się boskości w tobie z boskości we mnie.”

  • Nepal nie był nigdy pod obca inwazją. Nie został skolonizowany i rządzony przez cudzoziemców stąd nie obchodzi się tam Dnia Niepodległości.

  • Występuje tutaj jedyne na świecie zjawisko żywej bogini Kumari, czyli dziewicy.

  • W Nepalu, a dokładnie pisząc w Lumbini, urodził się Gautama Budda, czyli założyciel buddyzmu.

  • Połowa ludności nepalskiej żyje za mniej niż 1 dolara dziennie.

  • Lewej ręki nie używa się do jedzenia, służy ona tylko do higieny osobistej.

  • Dal Bhat jest podstawą żywienia w Nepalu. Składa się na nie zupa z soczewicy, ryż, warzywa i placek. W bogatszej wersji występuje z mięsem.

  • Jednym z najpopularniejszych dań są momo – rodzaj pierożków, zresztą bardzo smacznych.

  • Ubój krów jest nielegalny. Często widzi się je spacerujące nawet po ulicach głównych miast.

  • Szerpa to członek plemienia Szerpów. Wcale nie znaczy to, że jest on tragarzem. Choć w potocznym języku używa się słowa ,,szerpa,,. Ma to niewiele wspólnego z plemieniem Szerpów. Najczęściej tragarzami w górach zostają Rajowie, choć i inni najmują się za tragarzy, czy też przewodników.

  • Trzęsienie ziemi w 2015 roku zabiło tysiące ludzi, zniszczyło wioski, miasta, świątynie i dorobek Nepalu.

  • Mapa Nepalu obrócona o 90 stopni wygląda niemalże jak mapa Portugalii.

Maj 31

Weekend, motocykl, góry i my, czyli okolice Mai Chau, Hoa Binh i Thanh Hoa …

Wypraw w okolice Mai Chau i góry je okalające było już kilka. O jednej z nich pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2016/02/15/nasza-najpiekniejsza-trasa-motocyklowa-w-wietnamie-okolice-mai-chau/. A dziś będzie bardziej fotograficznie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W dzisiejszym poście wspomnę tylko, że to piękna, niezwykła kraina, jakże inna od tego co dookoła nas każdego dnia, od codzienności w Hanoi. Choć i tutaj można znaleźć zielone zakątki z dala od tłumu ludzi, kurzu i spalin. Jednak my uwielbiamy nasze weekendowe motocyklowe wyprawy w góry. Tam tylko one, niesamowita przyroda, my, nasz motor i niezwykli ludzie spotykani na drodze, do których mamy ogromne szczęście.

 

 

 

 

 

 

 

 

Tym razem na naszą wyprawę mieliśmy prawie dwa dni. Weekend był piękny, słoneczny, stworzony, aby rozkoszować się jazdą na motorze pośród pięknych gór, zielonych pól, strumyków, potoków, wiosek i pracujących ludzi. Tak, teraz to czas sianokosów, czyli dokładnie pisząc  ,,ryżokosów,,. W okolicach Mai Chau praca w tym czasie wre na całego. Ludzie ręcznie, bądź z użyciem maszyn młócą ryż, który następnie my z przyjemnością zjadamy. Praca jest ciężka, a maszyna na przykład jedna na całą wieś. Widzieliśmy, jak jedna maszyna krążyła po wsi, a ludzie wyczekiwali już na nią z uszykowanymi wcześniej na drodze zebranymi kłosami ryżu.

 

 

 

 

 

 

 

 

Nasza motorowa wyprawa objęła swym zasięgiem okolice Mai Chau, Park Narodowy Pu Luong Natural Reserve, prowincję Hoa Binh i Tanh Hoa z Parkiem Narodowym Pu Hu Nature Reserve. Pierwszego dnia nasza trasa przedstawiała się następująco:

 

 

 

 

Wiodła pośród zielonej, górskiej krainy zadziwiającej oczy. Momentami zjazdy były dość strome, a podjazdy wymagały niemałego wysiłku od naszego motorka. Było magicznie i zachwycająco. Zjazd przedstawiony na poniżej mapce był ekstremalny. Mój mąż jest świetnym kierowcą stąd możemy i po takich wertepach, zdawało by się nie do przejechania, podróżować. Jest to fascynujące, że możemy przebywać w miejscach, gdzie rzadko ktoś inny oprócz mieszkańców dociera.

 

 

 

 

 

Z kolei drugiego dnia przemieściliśmy się już do prowincji Thanh Hoa, gdzie mogliśmy podziwiać inny krajobraz górski z rzeką po środku niego.

 

 

 

 

 

Tutaj mijaliśmy wiele wiosek zamieszkanych przez inne mniejszości etniczne niż poprzedniego dnia. Po tej stronie gór powstają dwie tamy, gdyż w trakcie budowy sa dwie elektrownie. Trochę to zniszczyło naturalny krajobraz, ale z drugiej strony mieszkańcy mają pracę, a w przyszłości energia popłynie do wietnamskich domów. Nadal jest zielono, a szczyty gór wyglądają zachwycająco.

 

 

 

 

 

 

 

 

Na noc zatrzymaliśmy się, docierając już w ciemnościach, w Homestay niedaleko Mai Chau, wybranym na google przypadkowo. To był dobry wybór. Gospodarze byli bardzo mili. Warunki dobre z ciepłym prysznicem, czystymi ręczniczkami i noclegiem pod baldachimem w dormitorium, w którym byliśmy tylko my. Nasi gospodarze zabrali nas na urodziny, na których zgromadzili się wszyscy mieszkańcy wsi. My byliśmy dla nich atrakcją, a z kolei oni dla nas towarzystwem z którym spędziliśmy przemiły wieczór. Istny folklor w wietnamskim wydaniu. Rano, gdy ruszaliśmy w drogę wycałowali nas, wyściskali i zaprosili nas ponownie. Wierzcie mi, że bariera językowa nie stanowi problemu w komunikowaniu się z Wietnamczykami zamieszkującymi górskie krainy.

 

 

 

 

 

 

 

 

Nasza kolejna wyprawa w okolice Mai Chau była bardzo udana i magiczna. Uwielbiamy tamte okolice za piękną górską krainę, zielone pola, puste tereny, wioski i wspaniałych ludzi je zamieszkujących. Jesteśmy tam mile widziani i spotykamy się z życzliwością i sympatią. Możemy poznawać styl życia ludzi zamieszkujących górskie krainy przebywając blisko z nimi. Potwierdzam to, co napisałam w poście poprzednim o Mai Chau, że wokół niego znajdują się najpiękniejsze trasy motocyklowe, choć te na północy są równie urocze. Różnica jest jedna. W okolicach Mai Chau wszystko jest blisko siebie, góry i pola, co czyni widoki niesamowitymi. Natomiast na północy trasy zlokalizowane są na większych przestrzeniach i stąd inny punkt odniesienia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niewątpliwie nasz kolejny weekend na motorze pośród niezwykłych widoków, magicznych gór, zielonych pól i miłych ludzi napotkanych po drodze, był bardzo udany. To jest to, co my ,,Grendziaki,, lubimy najbardziej, czyli motor, góry i my 🙂

Maj 25

Im dalej pójdziemy, tym lepiej siebie poznamy, czyli nasz trekking dookoła Annapurny – część 2 …

W pierwszej części www.zycieipodroze.pl/2017/05/23/im-dalej-pojdziemy-tym-lepiej-siebie-poznamy-czyli-nasz-trekking-dookola-Annapurny/ przedstawiłam nasz trekking dookoła Annapurny w początkowej fazie. Dziś jego kontynuacja.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 7 – 4 kwietnia 2013

Lower Pisang (3300 m n.p.m.) – Manang (3540 m n.p.m.) – 6 godzin

Z łezką w oku opuszczaliśmy naszych gospodarzy z Lower Pisang. Jednak czas było wyruszyć w dalszą drogę. Zamarznięte pranie włożyliśmy do reklamówki, a suszyliśmy w czasie postoju na lunch. Było dość chłodno, ale słoneczko nas ogrzewało. Naszym oczom ukazywały się w pełnej krasie szczyty gór, a trasa była przepiękna. Zachwyceni górami, roślinnością pokrytą śniegiem, wioską położoną nad naszą trasą, w niezwykłej atmosferze doszliśmy do Humde. To tutaj na wysokości 3400 m n.p.m. znajduje się lotnisko. Było je widać już  z daleka, kiedy wyszliśmy zza ośnieżonych drzew i spoglądaliśmy na dolinę. Nie spiesząc się zjedliśmy lunch, suszyliśmy pranie w promieniach słońca i podziwialiśmy piękne Himalaje w całej krasie. Tego dnia towarzyszyły nam Annapurna IV (7525 m n.p.m.) i Pisang Peak (6091 m n.p.m.). I też właśnie dziś, w czasie wędrówki doliną Manangu, naszym oczom ukazuje się pierwszy raz Annapurna III ( 7555 m n.p.m.). To piękny, słoneczny dzień pełen wrażeń. Spotkaliśmy Nepalczyków w ich codziennym życiu, świątynie, konie i jaki. Był to fantastyczny czas z towarzyszącymi nam cały czas górami w całej krasie, ale też wysyłającymi sygnały, że nie wszędzie można iść. Pierwszy raz widzieliśmy schodzącą lawinę. Dotarliśmy do Manangu, czyli miejsca docelowego. A tam prawdziwa rozpusta kulinarna. Piekarnie, ciastkarnia, liczne restauracje i sklepiki. Po kilku dniach wędrówki i posiłkach mało urozmaiconych, głównie skromnych nepalskich, to prawdziwa rozkosz dla podniebienia. Znaleźliśmy miejsce noclegowe i korzystaliśmy z dobrodziejstw Manangu. Sprawdziliśmy w punkcie medycznym naszą saturację, która tutaj, na wysokości 3540 m n.p.m. jest znacznie niższa niż normalnie. U nas 83-84%. Czujemy się dobrze. Po powrocie do pokoju podziwiamy magiczne Himalaje, czyli Annapurnę III (7555 m n.p.m.), niezwykłą Gangapurnę (7455 m n.p.m.) i Tilicho Peak (7134 m n.p.m.). Widok jest niezwykły, zachwyca i zapiera dech w piersiach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 8 – 5 kwietnia 2013

Aklimatyzacja w Manang (3540 m n.p.m.) – Changkor Manang (3800 m n.p.m.)

Dziś dzień aklimatyzacyjny w Manang. Idziemy na spacer na wysokość 3800 m n.p.m. do Changkor Manang. Trasa nietrudna, ale oblodzona. Nie należała do typowo spacerowych. Trzeba było bardzo uważać. Za to widoki były przecudne, po prostu bezcenne. Lodowiec Gangapurny jest niezwykły, a  jezioro polodowcowe Gangapurna Lake zachwyciło nas kształtem, a przede wszystkim kolorem. Z kolei Gangapurna w naszym odczuciu to jedna z najpiękniejszych gór. Tego dnia było słonecznie i pogodnie. Zatem od samego rana mieliśmy towarzystwo gór w pełnej krasie. Widzieliśmy Annapurnę III i Gangapurnę, oraz w oddali Tilicho Peak. Cudowny relaks na wysokości 3800 m n.p.m. był kolejnym miłym przeżyciem. To niezwykłe uczucie. My, najwyższe góry świata i magiczna przyroda dookoła nas. Tak, tutaj wciąż były drzewa i inne roślinki, a ja wcześniej myślałam, że na tej wysokości to już nic nie rośnie. Zeszliśmy do Manang i korzystaliśmy jeszcze z dobrodziejstw restauracji, przy czym ja jak każdego dnia zjadłam przede wszystkim zupę czosnkową 🙂  W czasie trekkingu zjadłam jej całkiem sporą ilość. Czuliśmy się dobrze i byliśmy gotowi wyruszyć w dalszą drogę. Nie wiedzieliśmy, że już następnego dnia będzie inaczej i samopoczucie zwłaszcza mojego męża już będzie inne. Jednak mając świadomość, że jutro pójdziemy powyżej 4000 m n.p.m. decydujemy się zmniejszyć nieco wagę plecaków. Wyjmujemy część rzeczy, ograniczamy kosmetyki do minimum i odciążamy nasze plecaki. Zostawiamy to, co wyjęliśmy po drodze biedniejszym Nepalczykom. Dzięki temu mój plecak waży już mniej niż 15 kilogramów, a mojego męża mniej niż 20. Wciąż sporo, ale zawsze mniej niż na początku. Trzeba wiedzieć, że czym wyżej idziemy tym bagaż ciąży bardziej. Wielu tragarzy i przewodników dziwiło się, że sami je nosimy. Mówili do mojego męża, że ma silną partnerkę 🙂 My noc przesypiamy spokojnie, choć to tutaj kilka spotkanych osób zdecydowało o zakończeniu trekkingu i powrocie na dół ze względu na złe samopoczucie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 9 – 6 kwietnia 2013

Manang (3500 m n.p.m.) – Ledar (4200 m n.p.m.) – 4 godziny

Wyruszyliśmy w dobrym nastroju na nasz trekking dookoła Annapurny. Wieczorem nasze nastroje nie były już tak radosne. Po drodze minęliśmy Yaka Karkę położoną na wysokości 4010 m n.p.m. Następnie udaliśmy się w kierunku Ledar. Tutaj na wysokości 4200 m n.p.m. wszystko się już zmienia. Góry wyglądają inaczej, nie ma drzew, tylko jakieś w większości suche krzewy, a pośród nich czasami kwitną bazie. Pasą się zwierzęta, które wykorzystują niewielkie porośnięte roślinkami miejsca, aby się pożywić. Mój mąż zaczyna się czuć nieco gorzej. Oddycha mu się trudniej na tej wysokości. Po prawej stronie od nas położone jest pasmo Chulu (West – 6419 m n.p.m., Central – 6250 m n.pm. i East – 6584 m n.p.m.). My decydujemy się odpocząć i zostajemy w Ledar. Ta noc nie jest już tak spokojna jak wszystkie dotychczasowe, ale wypoczywamy wystarczająco. Zastanawiamy się, czy dzień aklimatyzacyjny nie powinien być właśnie na wysokości powyżej 4000 m n.p.m.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 10 – 7 kwietnia 2013

Ledar (4200 m n.p.m.) – High Camp (4925 m n.p.m.) – 7 godzin

Idziemy, jak każdego dnia, swoim tempem. Już na początku trekkingu przyjęliśmy założenie, że jeżeli jedno z nas poczuje się źle to schodzimy i wracamy. Jednak ten dzień pomimo, że trudny, zwłaszcza na odcinku z Thorung Phedi (4450 m n.p.m.) do High Camp ze względu na śnieg i oblodzenia, jest dobrym dniem. Docieramy do High Camp, choć dość późno ze względu na wolne tempo wędrówki dzisiejszego dnia. Nie ma już wolnych pokoi, ale pracownicy oddają nam jeden z tych przeznaczonych dla nich. Po kolacji i umyciu się chusteczkami nawilżającymi próbujemy zasnąć. Jest dość zimno, ale to nie jest na tej wysokości największym problemem. Jest nim oddychanie u mojego męża, a u mnie nad ranem pojawia się silny ból głowy. Wspieramy się wzajemnie. Nie decydujemy się na zażywanie leków. Jednak nasza apteczka czeka, gdyby była potrzebna. Leżymy, a raczej bardziej siedzimy i udaje się nam odrobinę odpocząć, o ile można to tak nazwać.

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 11 – 8 kwietnia 2013

High Camp (4925 m n.p.m.) – Thorong La Pass (5416 m n.p.m.) – Muktinath (3800 m n.p.m.) – 10 godzin

Pomimo nieprzespanej nocy i zmiany samopoczucia fizycznego ruszamy w dalszą drogę. Nasz trekking dookoła Annapurny trwa. Idziemy swoim tempem nie zważając na innych tak, jak i każdego dnia do tej pory. Po drodze zamieniamy się tylko miejscami. Do tej pory ja szłam pierwsza, a mój mąż drugi. Teraz ze względu na oddychanie mojego męża i częstsze chwilowe postoje zamieniamy się miejscami. Ja wciąż oddycham normalnie tylko ból głowy się nasila. Jednak krok za krokiem posuwamy się naprzód. Jest zimno, woda w baniakach zamarzła i zaczął wiać wiatr. Jednakże trudności, mróz i wiatr nie przeszkadzają nam w tym, aby dotrzeć do przełęczy Thorong La położonej na wysokości 5416 m n.p.m. Nasza radość jest ogromna. Po przytuleniu, całuskach i zrobieniu kilku zdjęć chcemy jeszcze chwilę nacieszyć się tą chwilą. Mój mąż odchodzi kawałek i wygrzebuje kamień, który zabieramy ze sobą. Po powrocie oprawiliśmy go i przykleiliśmy do pomnika naszego synka Adasia na cmentarzu w Polsce. Przecież nasz Aniołek czuwał nad nami, był cały czas z nami i dzięki temu mogliśmy tutaj dotrzeć. Jesteśmy bardzo wzruszeni. Pijemy ciepłą herbatę w Tea Shop na przełęczy i ruszamy na dół. Przed nami bardzo długa droga i konieczność pokonania dużej niwelacji. Początkowo idziemy wciąż po śniegu. Później jest go coraz mniej. Naszym oczom ukazuje się suchy teren piaszczysty już nie tak ładny jak to było do tej pory. Niesamowity kontrast. Piękno gór po stronie przełęczy od strony z której przybyliśmy i teraz ten odmienny widok po drugiej stronie. Oddychanie mojego męża wraca do normy, ale mój ból głowy nie ustaje. Woda w baniaczkach odmarzła i możemy z niej korzystać. Całe szczęście, gdyż droga po której idziemy sprawia wrażenie pustyni bez wody. Spotykamy przewodnika z dwoma dziewczynami, z których jedna bardzo źle się czuje. Po tym incydencie wiem, że dobrze zrobiliśmy idąc sami i licząc na siebie, oczywiście z dobrze zaopatrzoną apteczką. Ten człowiek zachowywał się dziwnie. Mówił, że wezwał pomoc, potem, że jego telefon coś nie działa. Mój mąż dał mu nasz telefon komórkowy i z niego wówczas ten człowiek zadzwonił po wsparcie. Nie mieli ze sobą nawet wody. Odlaliśmy z jednego naszego baniaka dzieląc się z nimi wodą na pół, aby mieli co pić do czasu przybycia pomocy i ruszamy w dalszą drogę. Następnego dnia informują nas, że dziewczyna zeszła i jest zdrowa. My z kolei schodzimy dalej. Idziemy spokojnie, choć znacznie energiczniej niż w stronę przełęczy. Zejście jest dość nudne. Dawno straciliśmy z oczu góry, które dotychczas nam towarzyszyły. Z kolei naszym oczom ukazuje się w oddali wspaniały szczyt Dhaulagiri (8167 m n.p.m.), a także Dhaulagiri II (7751 m n.p.m.) oraz Tukucze Peak (6920 m n.p.m.). Dochodzimy do Muktinath, aby udać się na zasłużony odpoczynek po najdłuższym dniu trekkingu dookoła Annapurny. Wówczas widzimy, że ból głowy to nie jedyny objaw ze strony mojego organizmu. Jestem cała obrzęknięta, dosłownie cała, caluteńka. Choroba wysokościowa dała o sobie znać. Na szczęście tego dnia, gdy zeszliśmy już na wysokość 3800 m n.p.m. Jak widać na naszych przykładach każdy organizm jest inny i reaguje inaczej na nowe sytuacje. Jesteśmy pomimo to bardzo szczęśliwi. Udało nam się osiągnąć to, co zamierzaliśmy i w naszym odczuciu było warto pomimo tych ostatnich dwóch dni nie najlepszego samopoczucia. Już następnego dnia ból głowy ustał, obrzęki stopniowo zaczęły schodzić, a popękaną od słońca skórę na twarzy mojego męża kosmetyczka w Pokharze doprowadziła do porządku. To wszystko, co zobaczyliśmy, przeżyliśmy i z czym się zmierzyliśmy było tego warte. Tej podróży, niezapomnianej przygody, nikt nam już nie odbierze. Ona na zawsze pozostanie w nas.

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 12 – 9 kwietnia 2013

Muktinath (3800 m n.p.m.) – Jomson (2720 m n.p.m.)

Dziś spaliśmy już dobrze. Wypoczęci i szczęśliwi, że to zrobiliśmy, że weszliśmy tam wysoko na przełęcz Thorong La Pass i przeszliśmy dookoła Annapurny, ruszamy w dalszą drogę. Jednak tutaj to już inny świat. Idziemy zakurzoną drogą. Mijają nas co chwilę samochody, autobusy i inne pojazdy. Widoki już nie zachwycają. Zmieniamy plany i postanawiamy zakończyć nasz trekking dookoła Annapurny na etapie Jomson. Cóż to za przyjemność iść w towarzystwie spalin i kurzu. Oficjalnie to tutaj kończymy naszą pieszą wędrówkę, którą kontynuowaliśmy przez 12 dni. To tutaj w krainie Mustang żegnamy się z naszą przygodą w najwyższych górach świata. Następnego dnia lecimy do Pokhary. Samolot jest bardzo mały, ale widoki piękne. W Pokharze zaczynamy inny etap naszej podróży do Nepalu.

 

 

 

 

 

 

 

 

Trekking dookoła Annapurny był niezwykły, niepowtarzalny i pełen wrażeń oraz nowych doświadczeń. Zgodnie z tym, że im dalej pójdziemy, tym lepiej siebie poznamy, tak się właśnie stało. Trekking dookoła Annapurny wymagał zaangażowania, przygotowania i pokonania słabości. Jednak bez wątpienia było warto. To był magiczny czas spędzony we dwoje pośród gór, magicznych i majestatycznych. Pełen spotkań z przemiłymi Nepalczykami nas goszczącymi. Był to czas przemyśleń, przełamywania ograniczeń i zdecydowanie przypieczętował nasz związek czyniąc go jeszcze silniejszym. To wszystko, co zobaczyliśmy było niezwykłe, a Himalaje po stronie dojścia do przełęczy Thorong La urzekające, ogromne i piękne. Zachwycały nas niemal każdego dnia. To, co przeżyliśmy, co doświadczyliśmy i zobaczyliśmy  na zawsze pozostanie w nas. Warto było się z tym zmierzyć, ze samym sobą i własnymi ograniczeniami, czy też słabościami. Wciąż żywo wszystko pamiętam i choć zwlekałam z napisaniem tych postów dotyczących Nepalu i trekkingu dookoła Annapurny czuję się tak, jakbym była tam dosłownie wczoraj. To uczucie nie da się opisać słowami. Trekking dookoła Annapurny jest wciąż w naszych sercach i myślach, a nawet duszy. Tej podróży jakże ważnej i chyba najważniejszej po podróży przez życie z naszym synkiem Adasiem  nie zapomnimy. Trekking dookoła Annapurny, pełen emocji i wzruszeń był czymś co pozwoliło nam siebie osobiście i nawzajem jeszcze lepiej poznać i mocniej pokochać. Wiedzieliśmy, że teraz tylko my i długo, długo nikt. Im dalej pójdziemy, tym lepiej siebie poznamy …

Maj 23

Im dalej pójdziemy, tym lepiej siebie poznamy, czyli nasz trekking dookoła Annapurny – część 1 …

O Nepalu i Himalajach ogólnie pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2017/05/16/wrocimy-tam-jeszcze-nepal-i-Himalaje/. A dziś chcę Wam przedstawić naszą drogę, którą podążaliśmy w najwyższych górach świata. Zdecydowaliśmy się na trekking dookoła Annapurny. Byliśmy tylko we dwoje, czyli ja i mój mąż oraz Himalaje, a także czasami ludzie spotykani po drodze, czy to żyjący w górach, czy też wędrujący po nich.

 

 

Trekking dookoła Annapurny był dla nas wyzwaniem, gdyż przed nim już dość dawno nie byliśmy w górach. Ponadto było to nasze pierwsze doświadczenie w najwyższych górach świata. Udaliśmy się tam po odejściu naszego synka Adasia do świata Aniołów po to, aby odpowiedzieć sobie na pytanie, jak dalej żyć. Himalaje pomogły nam zmierzyć się ze sobą, naszą bolesną stratą i otworzyć się na nowo na życie codzienne. Przeżyliśmy tę drogę razem radując się chwilą i wspierając się, gdy tam wysoko nie było łatwo.

 

 

 

 

Tak, jak napisałam w poprzednim wpisie o Nepalu, była to przygoda życia. Bardzo ważna i wartościowa. A dla nas rodziców przeżywających żałobę po stracie naszego dziecka, jak się okazało bardzo potrzebna i istotna. Po piętnastoletniej podróży przez życie z naszym Adasiem zapewne najbardziej znacząca. Niewątpliwie pozwoliła nam spojrzeć na siebie, na to co się wydarzyło i na życie codzienne z innej perspektywy.

 

 

Trekking dookoła Annapurny wybraliśmy, gdyż czytaliśmy, że jest najpiękniejszy. Ponadto mogliśmy iść sami, a to było dla nas bardzo ważne na tym etapie życia. To tutaj zaczął rozwijać się światowy himalaizm i w tym miejscu także my chcieliśmy zacząć naszą przygodę z Himalajami. Nasz trekking dookoła Annapurny rozpoczęliśmy w Besisahar, a zakończyliśmy w Jomsom, nieco wcześniej niż planowaliśmy, a o powodach napiszę później. Poniżej przedstawię Wam jego przebieg. Wcześniej jednak słów kilka o niezbędnych pozwoleniach na wyjście w góry, które załatwiliśmy z Związku Agencji Trekkingowej Nepalu. Aby wyruszyć na trekking dookoła Annapurny potrzebne są dwa dokumenty. Pierwszy to TIMS, czyli Trekker’s Information Management System. To wpis do ewidencji osób wyruszających na szlak i umożliwiający lokalizację wędrujących. Ma na celu przyspieszenie ewentualnej akcji ratunkowej, gdy coś się wydarzy, albo ktoś zaginie. Na trasie znajdują się punkty kontroli, w których się meldujemy, gdy do nich dotrzemy. Aby otrzymać TIMS niezbędny jest paszport, dwa zdjęcia i uiszczenie opłaty. Drugi dokument jest biletem wstępu na teren wędrówki dookoła Annapurny. Nazywa się ACAP, czyli Annapurna Conservation Area Project. Aby go otrzymać potrzebujemy okazać paszport, dołączyć dwa zdjęcia i dokonać opłatę.

 

Nasz trekking dookoła Annapurny 2013

 

Dzień 1 – 29 marca 2013

Katmandu – Besisahar (750 m n.p.m.) – Bhulbhule (840 m n.p.m.) – 10 godzin

Tego dnia przejechaliśmy autobusem z Katmandu do Besisahar położonego na wysokości 750 m n.p.m. To była z jednej strony emocjonująca trasa pełna obserwacji krajobrazu, jak i zachowań Nepalczyków. Przyroda była piękna, biedne tereny rzucały się w oczy, a różnorodne zachowania ludzkie zaskakiwały. Zwłaszcza te dotyczące transportu rzeczy i przekładanie ich w węzłach komunikacyjnych, czyli na przystankach w większych miejscowościach, z jednego pojazdu na drugi. Do tej pory nie wiem, jak oni się w tym nie gubili. Ponadto kierowcy jeżdżą dość szalenie, zwłaszcza na pewnych odcinkach drogi. I nasz też tak jechał. Do momentu aż urwał się bak z paliwem i prawie całkowicie odpadł. To wymusiło postój i naprawę, która opóźniła nas o jakieś dwie godziny. Swoje pomyśleliśmy o bezpieczeństwie, a raczej jego braku w czasie jazdy, no ale cóż sami się na to zdecydowaliśmy. W wyniku kłopotów z autobusem dojechaliśmy do Besisahar późnym popołudniem. Jednak i tak zdecydowaliśmy się dotrzeć do kolejnej miejscowości, czyli Bhulbhule położonego na wysokości 840 m n.p.m. Tym samym rozpoczęliśmy nasz trekking dookoła Annapurny. Byliśmy już tylko my, nasze plecaki i Himalaje. Plecak mojego męża ważył ponad 23 kilogramy, a mój 18.  Szliśmy ponad 2 godziny podziwiając pierwszy raz tę wysokogórską krainę. Początkowo droga biegła łagodnie. Po drodze minęliśmy sklepik, a następnie przechodząc przez pierwszy most na naszej drodze przeszliśmy na drugą stronę rzeki Marsyangdi. Szliśmy dość wolno podziwiając wszystko, co dookoła nas. Mijaliśmy urocze okolice, w tym Mulbazar i Simalchaur. W pewnym momencie musieliśmy przyspieszyć, gdyż zaczęła nadciągać burza. Dosłownie w ostatnim momencie przed bardzo obfitą ulewą udało nam się dotrzeć do Bhulbhule i znaleźć szybciutko schronienie. Gdy przekroczyliśmy próg naszego miejsca docelowego za naszymi plecami spadła ogromna ściana deszczu. Wszyscy zgromadzeni spojrzeli na nas ze zdziwieniem, że udało nam się wejść sekundę przed ulewą. A my usiedliśmy, zamówiliśmy pierwsze piwo w górach i patrząc na siebie pomyśleliśmy o tym samym. Tak, to nasz synek, nasz prywatny Aniołek czuwał nad nami, abyśmy pierwszego dnia naszego trekkingu mocno nie zmokli. Zresztą czynił to jeszcze wiele razy, zwłaszcza w przeddzień i w dniu przejścia przełęczy Thorong La położonej na wysokości 5416 m n.p.m., gdzie mieliśmy dotrzeć za jakiś czas.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 2 – 30 marca 2013

Bhulbhule (840 m n.p.m.) – Ghermu (1310 m n.p.m.) – 6 godzin

Po wczorajszej burzy nie było już śladu. Dzionek przywitał nas radośnie słoneczkiem. Trasa tego dnia była bardzo piękna. Wiodła wśród uroczych gór, zielonych pól kukurydzianych i ryżowych, rzeki Marsyangdi, wodospadów oraz strumyków. Dolina rzeki Marsyangdi urzekała i zachwycała. Początkowo łagodny szlak zamienił się w dość strome podejście prowadzące do Bahunanda, by następnie pozwolić na w miarę spokojne dojście do Ghermu, choć przechodząc wyjątkowym miejscem w okolicy wioski Lili Bhir. Jest to część bardzo wąska, rodzaj klifu i urwiska, z którego rozpościera się widok na dolinę Marsyangdi. Ten dzień był niezwykle emocjonujący, pełen pięknych widoków, spotkań z niezwykłymi Nepalczykami, uśmiechniętymi dziećmi robiącymi ,,bramy,, przed nami lub po prostu pokazującymi na aparat, aby zrobić im zdjęcie. Ponieważ to był dzień moich urodzin mój mąż postanowił, że zatrzymamy się w pensjonacie z widokiem na wodospad, gdzie spędziliśmy bardzo miły wieczór.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 3 – 31 marca 2013

Ghermu (1310 m n.p.m.) – Tal (1700 m n.p.m.) – 6 godzin

Opuszczając pensjonat ( lodge ) położonego na wysokości 1310 m n.p.m. zeszliśmy w dół do mostu, którym przeszliśmy nad rzeką podążając do Syange, a następnie w stronę Tal. Oczom naszym ukazały się piękne góry, dolina oraz mijane wodospady. Trasa początkowo łagodna zamienia się w podejścia i zejścia wymagające nieco wysiłku przy niektórych z nich. Kiedy dotarliśmy do jeziora wiedzieliśmy, że Tal już tuż, tuż. To bardzo kolorowe miejsce, w którym znajduje się Mani, czyli buddyjski mur modlitewny. Już od połowy dzisiejszej wędrówki jesteśmy w strefie buddyzmu tybetańskiego stąd już jego przejawy niemalże na każdym kroku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 4 – 1 kwietnia 2013

Tal (1700 m n.p.m.) – Danakyu (2300 m n.p.m.) – 5 godzin

Trekking tego dnia rozpoczynamy spokojnie. Trasa wiedzie wśród uroczych gór, które tak ukochaliśmy. Mijamy kolejne wioski, czyli Karte i Dharapanii oraz mieszkańców i stu letnią świątynię, a dokładnie pisząc Gompę. I co niezwykle zaskakujące naszym oczom ukazuje się pierwszy ośmiotysięcznik, a mianowicie Manaslu, który ma wysokość 8163 m n.p.m. Pamiętam ten widok jak dziś. Mój mąż powiedział wówczas, że tam kiedyś pójdziemy. Może tak właśnie będzie. 🙂 W drodze do Danakyu mijamy piękny wodospad, który częściowo pokrył drogę. Piękna zielona roślinność, czerwone kwiaty na drzewach towarzyszą naszej wędrówce. Docieramy do Danakyu, gdzie zostajemy na noc. Grzejemy się przy piecu wspólnie z gospodarzami i spędzamy miły wieczór.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 5 – 2 kwietnia 2013

Danakyu ( 2300 m n.p.m.) – Bhratang (2850 m n.p.m.) – 7 godzin

Budzi nas niezwykle uroczy poranek. Słoneczko wyłaniające się zza szczytów gór ma magiczny urok, a one wyglądają w jego blasku zachwycająco. Nic nie zapowiada tego, co nastąpi wieczorem. Po zjedzeniu śniadania na tarasie z widokiem jak ze snu udajemy się w dalszą drogę. Od początku trekkingu jesteśmy wciąż radośni i czujemy się bardzo dobrze. To jest nasz czas z górami, samymi ze sobą i razem w tej wspólnej, wyjątkowej wędrówce. Trasa jest piękna, choć też i kamienista. Widoki niezwykłe z górami przed oczami, zielonymi polami budzącymi się do życia z zimowego letargu, potokami i wodospadem. Tego dnia pierwszy raz naszym oczom ukazuje się Annapurna II o wysokości 7937 m n.p.m. Jest niezwykła nawet gdy zasłaniają ją chmury. Widzieliśmy też Lamjung Himal (6 983 m n.p.m.). Wędrując mijaliśmy wioski Temang, Tanchouk oraz Koto i dotarliśmy do Chame. To miasteczko położone na wysokości 2710 m n.p.m., gdzie odwiedziliśmy aptekę, aby dokupić plasterki i zjedliśmy ciepły posiłek. Znajdują się w nim gorące źródła. Można z nich skorzystać kąpiąc się w basenie. Jednakże my niekoniecznie nimi zachwyceni udaliśmy się w dalszą drogę. Zmieniliśmy nieco plany, gdy widzieliśmy nadciagającą burzę. Po dotarciu do Bhratang zostaliśmy tam na noc. Choć warunki nie były zachwycające i pierwszy raz nie jedliśmy kolacji wiemy, że to była bardzo dobra decyzja. Doceniamy ją następnego dnia, nie wyobrażając sobie, że pewne odcinki moglibyśmy pokonywać w deszczu. Nasz Aniołek wciąż nad nami czuwał i nam towarzyszył.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 6 – 3 kwietnia 2013

Bhratang (2850 m n.p.m.) – Lower Pisang (3300 m n.p.m.) – 3 godziny

Nasz trekking dookoła Annapurny trwa. Ranek jest spokojny. Wyruszamy na nasz szlak pełni optymizmu. Cieszymy się, że wczoraj zostaliśmy w Bhratang, a dziś możemy cieszyć nasze oczy wspaniałymi widokami. Wczoraj zapewne w deszczu niewiele byśmy widzieli, a do tego byłoby ślisko. Między drzewami ukazują się nam szczyty gór, a osiołki wędrują, jak każdego dnia, w górę i w dół. My dochodzimy do niezwykłej góry, czyli Oble Dome o wysokości 4666 m n.p.m. Jest to święta góra dla buddystów położona w masywie  Pangdi Danda na którą się nie wchodzi. Wierzą oni, że na jej szczycie gromadzą się wszystkie dusze zanim wrócą do Tybetu. Pełni zachwytu udaliśmy się dalej i zatrzymaliśmy się w Lower Pisang. Postanowiliśmy tam zostać. Było chłodno, zaczął padać śnieg, a wizja, aby posiedzieć razem z gospodarzami bardzo miła. Tak też uczyniliśmy. Zostaliśmy w Lower Pisang na lunch, na kolację i na noc. 🙂  Gospodarze byli bardzo gościnni. Przyrządzali pyszne jedzonko. Pierwszy raz jadłam u nich jaka. Siedzieliśmy najpierw przy piecu, gdzie mój kochany przyrządził dla wszystkich grzane piwo. Tak, tak … przyprawę do grzańca mieliśmy ze sobą i postanowiliśmy ją wykorzystać. 🙂  Słuchaliśmy historii rodziny i oglądaliśmy zdjęcia spędzając jednocześnie fantastyczny czas grzejąc się przy kozie. Nawet kot rodzinny bardzo się z nami zaprzyjaźnił i spał na moich kolanach. Ponieważ tego dnia mieliśmy więcej czasu zrobiłam małe pranie, które rano po przebudzeniu było po prostu zamarznięte. 🙂 Najedzeni, zrelaksowani, po przemiłym dniu w fantastycznym towarzystwie naszych gospodarzy udaliśmy się na spoczynek. Tego dnia poza Oble Dome widzieliśmy Pisang Peak (6091 m n.p.m.), Annapurnę II (7937 m n.p.m.) i Annapurnę IV (7525 m n.p.m.). Góry wysokie są przepiękne, magiczne i majestatyczne. Zapierają dech w piersiach. Wciąż mam je przed oczami. 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prawda, że są wyjątkowe ? 🙂

Nasz trekking dookoła Annapurny trwał.

Na dalszą relację zapraszam do kolejnego wpisu www.zycieipodroze.pl/2017/05/25/im-dalej-pojdziemy-tym-lepiej-siebie-poznamy-czyli-nasz-trekking-dookola-annapurny-czesc-2/. 🙂

Maj 16

Wrócimy tam jeszcze, czyli Nepal i Himalaje …

Pomyśleć, że minęły już cztery lata odkąd odwiedziliśmy Nepal i Himalaje. A czuję jakby to było dosłownie przed chwilą. Kiedy nasz synek odszedł do świata Aniołów po walce z chorobą byliśmy smutni, zagubieni i nie wiedzący co tak na prawdę z sobą zrobić. Tęsknota rozrywała serca, każdy kąt, każde miejsce przypominało nam Adasia. I wówczas postanowiliśmy udać się do Nepalu i pójść w Himalaje, aby zmierzyć się sami ze sobą i naszą bolesną stratą. Ja osobiście szukałam wówczas odpowiedzi na pytanie, jak dalej żyć.

 

 

 

 

Przygotowywaliśmy się około trzy – cztery miesiące, aby wyruszyć w tę niezwykła podróż, która niewątpliwie była przygodą życia. Po podróży przez życie z naszym Adasiem  zapewne najbardziej znaczącą. Pozwalająca po powrocie spojrzeć na życie z zupełnie innej perspektywy. Ukazująca, co w życiu najistotniejsze, a przede wszystkim to, że można, a nawet trzeba żyć codziennością pomimo ukłucia w sercu, potwornego rozdzierającego bólu,  na myśl o osobie, którą się kochało nad życie, a która odeszła już z ziemskiego świata.

 

 

 

 

Podróż do Nepalu i magicznych Himalajów trwała miesiąc, a zmieniła bardzo wiele. Zarówno Nepal, jak i Himalaje są cały czas w nas. I wiem, czuję to gdzieś podświadomie, że tam wrócimy, aby znów poczuć tę wyjątkowość i niezwykłość. Bo choć to chyba najbiedniejszy kraj spośród tych, w którym mieliśmy przyjemność być, to najwspanialszy w swej codzienności i mistycyzmie jednocześnie. Swoją opowieść o naszej przygodzie podzielę na trzy mniejsze wpisy, gdyż chcę oddzielnie opowiedzieć w nich o Nepalu, o naszym trekkingu dookoła Annapurny , a na koniec napisać w kilku słowach o ciekawostkach dotyczących Nepalu i Himalajów. Dziś zacznę od tego, jakim ja pamiętam ten kraj i jakie miejsca mogliśmy zobaczyć podczas podróżowania po nim.

 

 

 

 

Nepal to kraj niezwykły, położony w obrębie najwyższych gór świata. Graniczy z Tybetem, Chinami i Indiami. Jest państwem himalajskim, gdzie krajobraz wysokogórski łączy się z równiną indyjską. W dużej mierze położenie geograficzne zdecydowało o losach kraju jak i jego kulturze. Nepal to góry, lasy, zielone pola, ale też legendy, klasztory, buddyjskie dzwonki modlitewne i przede wszystkim ludzie. Zarówno sceneria majestatycznych Himalajów, jak i starożytna kultura zachwycają, zapierają dech w piersiach i odbierają mowę. I choć to kraj biedny, ze słabo rozwiniętą infrastrukturą to jego mistycyzm, dzika roślinność i dziewicze widoki zachwycają. W tym kraju nie można się nie zakochać. To właśnie w nim doświadczyliśmy spotkań z bardzo biednymi ludźmi, których serdeczność była ujmująca. Niejednokrotnie, zwłaszcza w górach, łza zakręciła się nam w oku. Niekiedy trudno było opanować wzruszenie, gdy na przykład dzieci cieszyły się z otrzymanego balonika, czy batonika lub chciały przy nas posiedzieć. Nepal i Himalaje, nie te w komercyjnym wydaniu, pozwolą niejednemu z nas na docenienie tego co mamy, kim jesteśmy i gdzie się urodziliśmy. To tutaj łatwo zrozumieć, że trzeba być wdzięcznym za to co jest pomimo wielu niełatwych chwil i doświadczeń. Bo ujrzymy zmagania Nepalczyków o to, aby przeżyć kolejny dzień w trudnych warunkach, w którym przyszło im żyć. Przemierzają oni bowiem niejednokrotnie każdego dnia po wiele kilometrów w górę i w dół. Żyją bez wody bieżącej, nie rzadko ze zwierzętami oddzielonymi lichą ścianką. Często miska ryżu to codzienność, a inne dania to już rarytas.

 

 

 

 

Nepal to niewątpliwie kraj wysokich, ośnieżonych o każdej porze roku himalajskich szczytów, Szerpów, przewodników i tragarzy. To także miejsce kojarzące się z jakami, osłami, czy też świątyniami i mantrami. To kraj, gdzie wpływy hinduizmu ( ponad 70% ) i buddyzmu są ogromne. Determinują styl życia Nepalczyków. Zarówno hinduizm, jak i tybetański buddyzm są widoczne na każdym kroku. Przemierzając kraj widzimy różnorodne stupy, świątynie, klasztory, buddyjskie młynki modlitewne i figury, które są bardzo ważne dla mieszkańców Nepalu. Tak, jak religijność również szacunek to gór jest niezwykły. Ludzie czują niezwykły respekt do natury, która ich otacza, żyjąc według jej rytmów, pór dnia i roku. Zresztą po trzęsieniu ziemi , do którego doszło w 2015 roku wcale nie jest to dziwne. Aż nie chcę myśleć, że było ono dokładnie tam, gdzie i my byliśmy dwa lata wcześniej. Na szlaku dookoła Annapurny i na terenach nim dotkniętych zginęło wiele osób. Bardzo przeżywałam te tragedię, gdyż przecież niedawno sama tam byłam i trudno było mi pogodzić się z myślą, że ten i tak biedny kraj dotknęła dodatkowo taka tragedia. Mam nadzieję, choć to tylko uśmiech przez łzy, że to nie Ci, którzy udzielali nam schronienia, gościli nas w swoich domach, z którymi toczyliśmy rozmowy rozgrzewając się przy piecu w czasie naszej wędrówki. Może jeszcze ich zobaczymy i  usłyszymy od nich magiczne słowo ,,Namaste,, oraz różne historie.

 

 

 

 

Nepal to kraj położony na dachu świata, w którym ukształtowanie terenu olśniewa i zadziwia. Jednak jest to też kraj, gdzie pomimo wielu wspaniałych i miłych ludzi znajdują się również oszuści. Miejsce na ziemi, gdzie przerwy w dostarczaniu prądu to codzienność i to nie rzadko trwająca kilka godzin. To kraj, gdzie kable są wizytówką każdej ulicy. Pozawieszane bardzo nisko stanowią niejednokrotnie zagrożenie. Również drogi są bardzo niebezpieczne. Często bardzo wąskie i w złym stanie. Przemieszczanie autobusami, czy busami to prawdziwe wyzwanie i balansowanie niemalże na granicy ,,życia i śmierci,,.  Zresztą dość często dochodzi do wypadków, których powodem są drogi, jak i zły stan techniczny pojazdów oraz kierowcy narażający niejednokrotnie życie własne, jak i pasażerów. Jedzenie w Nepalu nie należy do wybitnych. Jednak niewątpliwie warto skosztować tradycyjnego dal bhat, mięsa z jaka w górach i pierożków momo.

 

 

 

 

My spędziliśmy w Nepalu miesiąc. Udało nam się w tym czasie zobaczyć Katmandu, przejechać stamtąd do miejscowości Besisahar skąd udaliśmy się tylko we dwoje na nasz trekking dookoła Annapurny. Po tym niezwykłym doświadczeniu spędziliśmy czas w Pokharze, aby odpocząć po trudach wyprawy. O szczegółach trekkingu dookoła Annapurny i przełęczy Thorong La Pass położonej na wysokości 5416 m n.p.m. napisze w kolejnym poście. Tymczasem poniżej telegraficzny skrót powyższych miejsc.

 

 

 

 

Katmandu to stolica Nepalu, gdzie większość osób zaczyna swoją przygodę z Nepalem. Niejeden zresztą pewnie miałby ochotę z powrotem wsiąść w samolot i odlecieć. Ale wierzcie mi warto zostać 🙂 To tutaj zmierzymy się z gwarnymi uliczkami tętniącymi życiem niemalże przez całą dobę. Poznamy Tamel, który jest komercyjna dzielnicą Katmandu. Wyróżnia się on bardzo wąskimi i zatłoczonymi uliczkami wypełnionymi sklepami, straganami i restauracjami oraz hotelami dla przybywających. Tutaj bardzo trudno o spokój. Ma się wrażenie że tętni on życiem całą dobę. Katmandu to także poza Tamelem, gwarnymi ulicami, straganami porozstawianymi dookoła, świątynie hinduskie i buddyjskie oraz obiekty znajdujące się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. To także tutaj Związek Agencji Trekkingowej Nepalu wydaje pozwolenia na trekkingi.  Jak dla mnie Katmandu to tylko etap przejściowy przed wyjściem w góry, gdyż zgiełk, gwar i mnóstwo osób dookoła to za czym przepadam. Ja uwielbiam naturę, przestrzenie, niemalże puste szlaki i ciszę.

 

 

 

 

Himalaje z kolei to piękne, dumne, majestatyczne góry z bogatą roślinnością, strumykami, wodospadami oraz rwącymi potokami i rzekami. Zadziwiają swoją wielkością i wspaniałością. To tylko tutaj można przez wiele tygodni przemierzać szlakami, podziwiać krajobrazy, mierzyć się ze swoimi słabościami, schronić się u gospodarzy, bądź w schronisku, gdzie ktoś odda Ci własny kąt lub wypić gorącą herbatę na wysokości 5400 m n.p.m., gdzie poza człowiekiem dotrzeć może tylko jak. To jest możliwe tylko w Himalajach. Więcej o nich napiszę w kolejnym wpisie.

 

 

 

 

Pokhara z kolei to dla nas doskonałe miejsce na odpoczynek po trekkingu, ale też i baza wypadowa dla niektórych wybierających się w góry. Bardzo ładnie położona nad jeziorem, w otoczeniu gór jest stworzona do relaksu, ale i też aktywnego spędzania czasu. Można bowiem wyruszając z niej chociażby na motorku zwiedzać niezwykłą okolicę lub skorzystać ze zorganizowanych form aktywności. Znajdują się pośród nich kanioning, wspinaczka, spływy kajakowe, paralotniarstwo, kolarstwo górskie i trekkingi krótsze oraz dłuższe. Oferta jest bardzo bogata. Po powrocie można skosztować bardzo dobrych, jak na nepalskie warunki dań oferowanych przez okoliczne restauracje, a wieczorami spędzić czas w klubie przy muzyce granej na żywo. To tutaj można spotkać też hippisów, czy też skosztować marihuany, która rośnie w ogródkach, bądź stoi na stolikach w knajpkach, co było zadziwiające. Niewątpliwie Pokhara jest stworzona do błogiego lenistwa, jak i aktywnego wypoczynku.