Maj 25

Im dalej pójdziemy, tym lepiej siebie poznamy, czyli nasz trekking dookoła Annapurny – część 2 …

W pierwszej części www.zycieipodroze.pl/2017/05/23/im-dalej-pojdziemy-tym-lepiej-siebie-poznamy-czyli-nasz-trekking-dookola-Annapurny/ przedstawiłam nasz trekking dookoła Annapurny w początkowej fazie. Dziś jego kontynuacja.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 7 – 4 kwietnia 2013

Lower Pisang (3300 m n.p.m.) – Manang (3540 m n.p.m.) – 6 godzin

Z łezką w oku opuszczaliśmy naszych gospodarzy z Lower Pisang. Jednak czas było wyruszyć w dalszą drogę. Zamarznięte pranie włożyliśmy do reklamówki, a suszyliśmy w czasie postoju na lunch. Było dość chłodno, ale słoneczko nas ogrzewało. Naszym oczom ukazywały się w pełnej krasie szczyty gór, a trasa była przepiękna. Zachwyceni górami, roślinnością pokrytą śniegiem, wioską położoną nad naszą trasą, w niezwykłej atmosferze doszliśmy do Humde. To tutaj na wysokości 3400 m n.p.m. znajduje się lotnisko. Było je widać już  z daleka, kiedy wyszliśmy zza ośnieżonych drzew i spoglądaliśmy na dolinę. Nie spiesząc się zjedliśmy lunch, suszyliśmy pranie w promieniach słońca i podziwialiśmy piękne Himalaje w całej krasie. Tego dnia towarzyszyły nam Annapurna IV (7525 m n.p.m.) i Pisang Peak (6091 m n.p.m.). I też właśnie dziś, w czasie wędrówki doliną Manangu, naszym oczom ukazuje się pierwszy raz Annapurna III ( 7555 m n.p.m.). To piękny, słoneczny dzień pełen wrażeń. Spotkaliśmy Nepalczyków w ich codziennym życiu, świątynie, konie i jaki. Był to fantastyczny czas z towarzyszącymi nam cały czas górami w całej krasie, ale też wysyłającymi sygnały, że nie wszędzie można iść. Pierwszy raz widzieliśmy schodzącą lawinę. Dotarliśmy do Manangu, czyli miejsca docelowego. A tam prawdziwa rozpusta kulinarna. Piekarnie, ciastkarnia, liczne restauracje i sklepiki. Po kilku dniach wędrówki i posiłkach mało urozmaiconych, głównie skromnych nepalskich, to prawdziwa rozkosz dla podniebienia. Znaleźliśmy miejsce noclegowe i korzystaliśmy z dobrodziejstw Manangu. Sprawdziliśmy w punkcie medycznym naszą saturację, która tutaj, na wysokości 3540 m n.p.m. jest znacznie niższa niż normalnie. U nas 83-84%. Czujemy się dobrze. Po powrocie do pokoju podziwiamy magiczne Himalaje, czyli Annapurnę III (7555 m n.p.m.), niezwykłą Gangapurnę (7455 m n.p.m.) i Tilicho Peak (7134 m n.p.m.). Widok jest niezwykły, zachwyca i zapiera dech w piersiach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 8 – 5 kwietnia 2013

Aklimatyzacja w Manang (3540 m n.p.m.) – Changkor Manang (3800 m n.p.m.)

Dziś dzień aklimatyzacyjny w Manang. Idziemy na spacer na wysokość 3800 m n.p.m. do Changkor Manang. Trasa nietrudna, ale oblodzona. Nie należała do typowo spacerowych. Trzeba było bardzo uważać. Za to widoki były przecudne, po prostu bezcenne. Lodowiec Gangapurny jest niezwykły, a  jezioro polodowcowe Gangapurna Lake zachwyciło nas kształtem, a przede wszystkim kolorem. Z kolei Gangapurna w naszym odczuciu to jedna z najpiękniejszych gór. Tego dnia było słonecznie i pogodnie. Zatem od samego rana mieliśmy towarzystwo gór w pełnej krasie. Widzieliśmy Annapurnę III i Gangapurnę, oraz w oddali Tilicho Peak. Cudowny relaks na wysokości 3800 m n.p.m. był kolejnym miłym przeżyciem. To niezwykłe uczucie. My, najwyższe góry świata i magiczna przyroda dookoła nas. Tak, tutaj wciąż były drzewa i inne roślinki, a ja wcześniej myślałam, że na tej wysokości to już nic nie rośnie. Zeszliśmy do Manang i korzystaliśmy jeszcze z dobrodziejstw restauracji, przy czym ja jak każdego dnia zjadłam przede wszystkim zupę czosnkową 🙂  W czasie trekkingu zjadłam jej całkiem sporą ilość. Czuliśmy się dobrze i byliśmy gotowi wyruszyć w dalszą drogę. Nie wiedzieliśmy, że już następnego dnia będzie inaczej i samopoczucie zwłaszcza mojego męża już będzie inne. Jednak mając świadomość, że jutro pójdziemy powyżej 4000 m n.p.m. decydujemy się zmniejszyć nieco wagę plecaków. Wyjmujemy część rzeczy, ograniczamy kosmetyki do minimum i odciążamy nasze plecaki. Zostawiamy to, co wyjęliśmy po drodze biedniejszym Nepalczykom. Dzięki temu mój plecak waży już mniej niż 15 kilogramów, a mojego męża mniej niż 20. Wciąż sporo, ale zawsze mniej niż na początku. Trzeba wiedzieć, że czym wyżej idziemy tym bagaż ciąży bardziej. Wielu tragarzy i przewodników dziwiło się, że sami je nosimy. Mówili do mojego męża, że ma silną partnerkę 🙂 My noc przesypiamy spokojnie, choć to tutaj kilka spotkanych osób zdecydowało o zakończeniu trekkingu i powrocie na dół ze względu na złe samopoczucie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 9 – 6 kwietnia 2013

Manang (3500 m n.p.m.) – Ledar (4200 m n.p.m.) – 4 godziny

Wyruszyliśmy w dobrym nastroju na nasz trekking dookoła Annapurny. Wieczorem nasze nastroje nie były już tak radosne. Po drodze minęliśmy Yaka Karkę położoną na wysokości 4010 m n.p.m. Następnie udaliśmy się w kierunku Ledar. Tutaj na wysokości 4200 m n.p.m. wszystko się już zmienia. Góry wyglądają inaczej, nie ma drzew, tylko jakieś w większości suche krzewy, a pośród nich czasami kwitną bazie. Pasą się zwierzęta, które wykorzystują niewielkie porośnięte roślinkami miejsca, aby się pożywić. Mój mąż zaczyna się czuć nieco gorzej. Oddycha mu się trudniej na tej wysokości. Po prawej stronie od nas położone jest pasmo Chulu (West – 6419 m n.p.m., Central – 6250 m n.pm. i East – 6584 m n.p.m.). My decydujemy się odpocząć i zostajemy w Ledar. Ta noc nie jest już tak spokojna jak wszystkie dotychczasowe, ale wypoczywamy wystarczająco. Zastanawiamy się, czy dzień aklimatyzacyjny nie powinien być właśnie na wysokości powyżej 4000 m n.p.m.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 10 – 7 kwietnia 2013

Ledar (4200 m n.p.m.) – High Camp (4925 m n.p.m.) – 7 godzin

Idziemy, jak każdego dnia, swoim tempem. Już na początku trekkingu przyjęliśmy założenie, że jeżeli jedno z nas poczuje się źle to schodzimy i wracamy. Jednak ten dzień pomimo, że trudny, zwłaszcza na odcinku z Thorung Phedi (4450 m n.p.m.) do High Camp ze względu na śnieg i oblodzenia, jest dobrym dniem. Docieramy do High Camp, choć dość późno ze względu na wolne tempo wędrówki dzisiejszego dnia. Nie ma już wolnych pokoi, ale pracownicy oddają nam jeden z tych przeznaczonych dla nich. Po kolacji i umyciu się chusteczkami nawilżającymi próbujemy zasnąć. Jest dość zimno, ale to nie jest na tej wysokości największym problemem. Jest nim oddychanie u mojego męża, a u mnie nad ranem pojawia się silny ból głowy. Wspieramy się wzajemnie. Nie decydujemy się na zażywanie leków. Jednak nasza apteczka czeka, gdyby była potrzebna. Leżymy, a raczej bardziej siedzimy i udaje się nam odrobinę odpocząć, o ile można to tak nazwać.

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 11 – 8 kwietnia 2013

High Camp (4925 m n.p.m.) – Thorong La Pass (5416 m n.p.m.) – Muktinath (3800 m n.p.m.) – 10 godzin

Pomimo nieprzespanej nocy i zmiany samopoczucia fizycznego ruszamy w dalszą drogę. Nasz trekking dookoła Annapurny trwa. Idziemy swoim tempem nie zważając na innych tak, jak i każdego dnia do tej pory. Po drodze zamieniamy się tylko miejscami. Do tej pory ja szłam pierwsza, a mój mąż drugi. Teraz ze względu na oddychanie mojego męża i częstsze chwilowe postoje zamieniamy się miejscami. Ja wciąż oddycham normalnie tylko ból głowy się nasila. Jednak krok za krokiem posuwamy się naprzód. Jest zimno, woda w baniakach zamarzła i zaczął wiać wiatr. Jednakże trudności, mróz i wiatr nie przeszkadzają nam w tym, aby dotrzeć do przełęczy Thorong La położonej na wysokości 5416 m n.p.m. Nasza radość jest ogromna. Po przytuleniu, całuskach i zrobieniu kilku zdjęć chcemy jeszcze chwilę nacieszyć się tą chwilą. Mój mąż odchodzi kawałek i wygrzebuje kamień, który zabieramy ze sobą. Po powrocie oprawiliśmy go i przykleiliśmy do pomnika naszego synka Adasia na cmentarzu w Polsce. Przecież nasz Aniołek czuwał nad nami, był cały czas z nami i dzięki temu mogliśmy tutaj dotrzeć. Jesteśmy bardzo wzruszeni. Pijemy ciepłą herbatę w Tea Shop na przełęczy i ruszamy na dół. Przed nami bardzo długa droga i konieczność pokonania dużej niwelacji. Początkowo idziemy wciąż po śniegu. Później jest go coraz mniej. Naszym oczom ukazuje się suchy teren piaszczysty już nie tak ładny jak to było do tej pory. Niesamowity kontrast. Piękno gór po stronie przełęczy od strony z której przybyliśmy i teraz ten odmienny widok po drugiej stronie. Oddychanie mojego męża wraca do normy, ale mój ból głowy nie ustaje. Woda w baniaczkach odmarzła i możemy z niej korzystać. Całe szczęście, gdyż droga po której idziemy sprawia wrażenie pustyni bez wody. Spotykamy przewodnika z dwoma dziewczynami, z których jedna bardzo źle się czuje. Po tym incydencie wiem, że dobrze zrobiliśmy idąc sami i licząc na siebie, oczywiście z dobrze zaopatrzoną apteczką. Ten człowiek zachowywał się dziwnie. Mówił, że wezwał pomoc, potem, że jego telefon coś nie działa. Mój mąż dał mu nasz telefon komórkowy i z niego wówczas ten człowiek zadzwonił po wsparcie. Nie mieli ze sobą nawet wody. Odlaliśmy z jednego naszego baniaka dzieląc się z nimi wodą na pół, aby mieli co pić do czasu przybycia pomocy i ruszamy w dalszą drogę. Następnego dnia informują nas, że dziewczyna zeszła i jest zdrowa. My z kolei schodzimy dalej. Idziemy spokojnie, choć znacznie energiczniej niż w stronę przełęczy. Zejście jest dość nudne. Dawno straciliśmy z oczu góry, które dotychczas nam towarzyszyły. Z kolei naszym oczom ukazuje się w oddali wspaniały szczyt Dhaulagiri (8167 m n.p.m.), a także Dhaulagiri II (7751 m n.p.m.) oraz Tukucze Peak (6920 m n.p.m.). Dochodzimy do Muktinath, aby udać się na zasłużony odpoczynek po najdłuższym dniu trekkingu dookoła Annapurny. Wówczas widzimy, że ból głowy to nie jedyny objaw ze strony mojego organizmu. Jestem cała obrzęknięta, dosłownie cała, caluteńka. Choroba wysokościowa dała o sobie znać. Na szczęście tego dnia, gdy zeszliśmy już na wysokość 3800 m n.p.m. Jak widać na naszych przykładach każdy organizm jest inny i reaguje inaczej na nowe sytuacje. Jesteśmy pomimo to bardzo szczęśliwi. Udało nam się osiągnąć to, co zamierzaliśmy i w naszym odczuciu było warto pomimo tych ostatnich dwóch dni nie najlepszego samopoczucia. Już następnego dnia ból głowy ustał, obrzęki stopniowo zaczęły schodzić, a popękaną od słońca skórę na twarzy mojego męża kosmetyczka w Pokharze doprowadziła do porządku. To wszystko, co zobaczyliśmy, przeżyliśmy i z czym się zmierzyliśmy było tego warte. Tej podróży, niezapomnianej przygody, nikt nam już nie odbierze. Ona na zawsze pozostanie w nas.

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 12 – 9 kwietnia 2013

Muktinath (3800 m n.p.m.) – Jomson (2720 m n.p.m.)

Dziś spaliśmy już dobrze. Wypoczęci i szczęśliwi, że to zrobiliśmy, że weszliśmy tam wysoko na przełęcz Thorong La Pass i przeszliśmy dookoła Annapurny, ruszamy w dalszą drogę. Jednak tutaj to już inny świat. Idziemy zakurzoną drogą. Mijają nas co chwilę samochody, autobusy i inne pojazdy. Widoki już nie zachwycają. Zmieniamy plany i postanawiamy zakończyć nasz trekking dookoła Annapurny na etapie Jomson. Cóż to za przyjemność iść w towarzystwie spalin i kurzu. Oficjalnie to tutaj kończymy naszą pieszą wędrówkę, którą kontynuowaliśmy przez 12 dni. To tutaj w krainie Mustang żegnamy się z naszą przygodą w najwyższych górach świata. Następnego dnia lecimy do Pokhary. Samolot jest bardzo mały, ale widoki piękne. W Pokharze zaczynamy inny etap naszej podróży do Nepalu.

 

 

 

 

 

 

 

 

Trekking dookoła Annapurny był niezwykły, niepowtarzalny i pełen wrażeń oraz nowych doświadczeń. Zgodnie z tym, że im dalej pójdziemy, tym lepiej siebie poznamy, tak się właśnie stało. Trekking dookoła Annapurny wymagał zaangażowania, przygotowania i pokonania słabości. Jednak bez wątpienia było warto. To był magiczny czas spędzony we dwoje pośród gór, magicznych i majestatycznych. Pełen spotkań z przemiłymi Nepalczykami nas goszczącymi. Był to czas przemyśleń, przełamywania ograniczeń i zdecydowanie przypieczętował nasz związek czyniąc go jeszcze silniejszym. To wszystko, co zobaczyliśmy było niezwykłe, a Himalaje po stronie dojścia do przełęczy Thorong La urzekające, ogromne i piękne. Zachwycały nas niemal każdego dnia. To, co przeżyliśmy, co doświadczyliśmy i zobaczyliśmy  na zawsze pozostanie w nas. Warto było się z tym zmierzyć, ze samym sobą i własnymi ograniczeniami, czy też słabościami. Wciąż żywo wszystko pamiętam i choć zwlekałam z napisaniem tych postów dotyczących Nepalu i trekkingu dookoła Annapurny czuję się tak, jakbym była tam dosłownie wczoraj. To uczucie nie da się opisać słowami. Trekking dookoła Annapurny jest wciąż w naszych sercach i myślach, a nawet duszy. Tej podróży jakże ważnej i chyba najważniejszej po podróży przez życie z naszym synkiem Adasiem  nie zapomnimy. Trekking dookoła Annapurny, pełen emocji i wzruszeń był czymś co pozwoliło nam siebie osobiście i nawzajem jeszcze lepiej poznać i mocniej pokochać. Wiedzieliśmy, że teraz tylko my i długo, długo nikt. Im dalej pójdziemy, tym lepiej siebie poznamy …

Maj 23

Im dalej pójdziemy, tym lepiej siebie poznamy, czyli nasz trekking dookoła Annapurny – część 1 …

O Nepalu i Himalajach ogólnie pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2017/05/16/wrocimy-tam-jeszcze-nepal-i-Himalaje/. A dziś chcę Wam przedstawić naszą drogę, którą podążaliśmy w najwyższych górach świata. Zdecydowaliśmy się na trekking dookoła Annapurny. Byliśmy tylko we dwoje, czyli ja i mój mąż oraz Himalaje, a także czasami ludzie spotykani po drodze, czy to żyjący w górach, czy też wędrujący po nich.

 

 

Trekking dookoła Annapurny był dla nas wyzwaniem, gdyż przed nim już dość dawno nie byliśmy w górach. Ponadto było to nasze pierwsze doświadczenie w najwyższych górach świata. Udaliśmy się tam po odejściu naszego synka Adasia do świata Aniołów po to, aby odpowiedzieć sobie na pytanie, jak dalej żyć. Himalaje pomogły nam zmierzyć się ze sobą, naszą bolesną stratą i otworzyć się na nowo na życie codzienne. Przeżyliśmy tę drogę razem radując się chwilą i wspierając się, gdy tam wysoko nie było łatwo.

 

 

 

 

Tak, jak napisałam w poprzednim wpisie o Nepalu, była to przygoda życia. Bardzo ważna i wartościowa. A dla nas rodziców przeżywających żałobę po stracie naszego dziecka, jak się okazało bardzo potrzebna i istotna. Po piętnastoletniej podróży przez życie z naszym Adasiem zapewne najbardziej znacząca. Niewątpliwie pozwoliła nam spojrzeć na siebie, na to co się wydarzyło i na życie codzienne z innej perspektywy.

 

 

Trekking dookoła Annapurny wybraliśmy, gdyż czytaliśmy, że jest najpiękniejszy. Ponadto mogliśmy iść sami, a to było dla nas bardzo ważne na tym etapie życia. To tutaj zaczął rozwijać się światowy himalaizm i w tym miejscu także my chcieliśmy zacząć naszą przygodę z Himalajami. Nasz trekking dookoła Annapurny rozpoczęliśmy w Besisahar, a zakończyliśmy w Jomsom, nieco wcześniej niż planowaliśmy, a o powodach napiszę później. Poniżej przedstawię Wam jego przebieg. Wcześniej jednak słów kilka o niezbędnych pozwoleniach na wyjście w góry, które załatwiliśmy z Związku Agencji Trekkingowej Nepalu. Aby wyruszyć na trekking dookoła Annapurny potrzebne są dwa dokumenty. Pierwszy to TIMS, czyli Trekker’s Information Management System. To wpis do ewidencji osób wyruszających na szlak i umożliwiający lokalizację wędrujących. Ma na celu przyspieszenie ewentualnej akcji ratunkowej, gdy coś się wydarzy, albo ktoś zaginie. Na trasie znajdują się punkty kontroli, w których się meldujemy, gdy do nich dotrzemy. Aby otrzymać TIMS niezbędny jest paszport, dwa zdjęcia i uiszczenie opłaty. Drugi dokument jest biletem wstępu na teren wędrówki dookoła Annapurny. Nazywa się ACAP, czyli Annapurna Conservation Area Project. Aby go otrzymać potrzebujemy okazać paszport, dołączyć dwa zdjęcia i dokonać opłatę.

 

Nasz trekking dookoła Annapurny 2013

 

Dzień 1 – 29 marca 2013

Katmandu – Besisahar (750 m n.p.m.) – Bhulbhule (840 m n.p.m.) – 10 godzin

Tego dnia przejechaliśmy autobusem z Katmandu do Besisahar położonego na wysokości 750 m n.p.m. To była z jednej strony emocjonująca trasa pełna obserwacji krajobrazu, jak i zachowań Nepalczyków. Przyroda była piękna, biedne tereny rzucały się w oczy, a różnorodne zachowania ludzkie zaskakiwały. Zwłaszcza te dotyczące transportu rzeczy i przekładanie ich w węzłach komunikacyjnych, czyli na przystankach w większych miejscowościach, z jednego pojazdu na drugi. Do tej pory nie wiem, jak oni się w tym nie gubili. Ponadto kierowcy jeżdżą dość szalenie, zwłaszcza na pewnych odcinkach drogi. I nasz też tak jechał. Do momentu aż urwał się bak z paliwem i prawie całkowicie odpadł. To wymusiło postój i naprawę, która opóźniła nas o jakieś dwie godziny. Swoje pomyśleliśmy o bezpieczeństwie, a raczej jego braku w czasie jazdy, no ale cóż sami się na to zdecydowaliśmy. W wyniku kłopotów z autobusem dojechaliśmy do Besisahar późnym popołudniem. Jednak i tak zdecydowaliśmy się dotrzeć do kolejnej miejscowości, czyli Bhulbhule położonego na wysokości 840 m n.p.m. Tym samym rozpoczęliśmy nasz trekking dookoła Annapurny. Byliśmy już tylko my, nasze plecaki i Himalaje. Plecak mojego męża ważył ponad 23 kilogramy, a mój 18.  Szliśmy ponad 2 godziny podziwiając pierwszy raz tę wysokogórską krainę. Początkowo droga biegła łagodnie. Po drodze minęliśmy sklepik, a następnie przechodząc przez pierwszy most na naszej drodze przeszliśmy na drugą stronę rzeki Marsyangdi. Szliśmy dość wolno podziwiając wszystko, co dookoła nas. Mijaliśmy urocze okolice, w tym Mulbazar i Simalchaur. W pewnym momencie musieliśmy przyspieszyć, gdyż zaczęła nadciągać burza. Dosłownie w ostatnim momencie przed bardzo obfitą ulewą udało nam się dotrzeć do Bhulbhule i znaleźć szybciutko schronienie. Gdy przekroczyliśmy próg naszego miejsca docelowego za naszymi plecami spadła ogromna ściana deszczu. Wszyscy zgromadzeni spojrzeli na nas ze zdziwieniem, że udało nam się wejść sekundę przed ulewą. A my usiedliśmy, zamówiliśmy pierwsze piwo w górach i patrząc na siebie pomyśleliśmy o tym samym. Tak, to nasz synek, nasz prywatny Aniołek czuwał nad nami, abyśmy pierwszego dnia naszego trekkingu mocno nie zmokli. Zresztą czynił to jeszcze wiele razy, zwłaszcza w przeddzień i w dniu przejścia przełęczy Thorong La położonej na wysokości 5416 m n.p.m., gdzie mieliśmy dotrzeć za jakiś czas.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 2 – 30 marca 2013

Bhulbhule (840 m n.p.m.) – Ghermu (1310 m n.p.m.) – 6 godzin

Po wczorajszej burzy nie było już śladu. Dzionek przywitał nas radośnie słoneczkiem. Trasa tego dnia była bardzo piękna. Wiodła wśród uroczych gór, zielonych pól kukurydzianych i ryżowych, rzeki Marsyangdi, wodospadów oraz strumyków. Dolina rzeki Marsyangdi urzekała i zachwycała. Początkowo łagodny szlak zamienił się w dość strome podejście prowadzące do Bahunanda, by następnie pozwolić na w miarę spokojne dojście do Ghermu, choć przechodząc wyjątkowym miejscem w okolicy wioski Lili Bhir. Jest to część bardzo wąska, rodzaj klifu i urwiska, z którego rozpościera się widok na dolinę Marsyangdi. Ten dzień był niezwykle emocjonujący, pełen pięknych widoków, spotkań z niezwykłymi Nepalczykami, uśmiechniętymi dziećmi robiącymi ,,bramy,, przed nami lub po prostu pokazującymi na aparat, aby zrobić im zdjęcie. Ponieważ to był dzień moich urodzin mój mąż postanowił, że zatrzymamy się w pensjonacie z widokiem na wodospad, gdzie spędziliśmy bardzo miły wieczór.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 3 – 31 marca 2013

Ghermu (1310 m n.p.m.) – Tal (1700 m n.p.m.) – 6 godzin

Opuszczając pensjonat ( lodge ) położonego na wysokości 1310 m n.p.m. zeszliśmy w dół do mostu, którym przeszliśmy nad rzeką podążając do Syange, a następnie w stronę Tal. Oczom naszym ukazały się piękne góry, dolina oraz mijane wodospady. Trasa początkowo łagodna zamienia się w podejścia i zejścia wymagające nieco wysiłku przy niektórych z nich. Kiedy dotarliśmy do jeziora wiedzieliśmy, że Tal już tuż, tuż. To bardzo kolorowe miejsce, w którym znajduje się Mani, czyli buddyjski mur modlitewny. Już od połowy dzisiejszej wędrówki jesteśmy w strefie buddyzmu tybetańskiego stąd już jego przejawy niemalże na każdym kroku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 4 – 1 kwietnia 2013

Tal (1700 m n.p.m.) – Danakyu (2300 m n.p.m.) – 5 godzin

Trekking tego dnia rozpoczynamy spokojnie. Trasa wiedzie wśród uroczych gór, które tak ukochaliśmy. Mijamy kolejne wioski, czyli Karte i Dharapanii oraz mieszkańców i stu letnią świątynię, a dokładnie pisząc Gompę. I co niezwykle zaskakujące naszym oczom ukazuje się pierwszy ośmiotysięcznik, a mianowicie Manaslu, który ma wysokość 8163 m n.p.m. Pamiętam ten widok jak dziś. Mój mąż powiedział wówczas, że tam kiedyś pójdziemy. Może tak właśnie będzie. 🙂 W drodze do Danakyu mijamy piękny wodospad, który częściowo pokrył drogę. Piękna zielona roślinność, czerwone kwiaty na drzewach towarzyszą naszej wędrówce. Docieramy do Danakyu, gdzie zostajemy na noc. Grzejemy się przy piecu wspólnie z gospodarzami i spędzamy miły wieczór.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 5 – 2 kwietnia 2013

Danakyu ( 2300 m n.p.m.) – Bhratang (2850 m n.p.m.) – 7 godzin

Budzi nas niezwykle uroczy poranek. Słoneczko wyłaniające się zza szczytów gór ma magiczny urok, a one wyglądają w jego blasku zachwycająco. Nic nie zapowiada tego, co nastąpi wieczorem. Po zjedzeniu śniadania na tarasie z widokiem jak ze snu udajemy się w dalszą drogę. Od początku trekkingu jesteśmy wciąż radośni i czujemy się bardzo dobrze. To jest nasz czas z górami, samymi ze sobą i razem w tej wspólnej, wyjątkowej wędrówce. Trasa jest piękna, choć też i kamienista. Widoki niezwykłe z górami przed oczami, zielonymi polami budzącymi się do życia z zimowego letargu, potokami i wodospadem. Tego dnia pierwszy raz naszym oczom ukazuje się Annapurna II o wysokości 7937 m n.p.m. Jest niezwykła nawet gdy zasłaniają ją chmury. Widzieliśmy też Lamjung Himal (6 983 m n.p.m.). Wędrując mijaliśmy wioski Temang, Tanchouk oraz Koto i dotarliśmy do Chame. To miasteczko położone na wysokości 2710 m n.p.m., gdzie odwiedziliśmy aptekę, aby dokupić plasterki i zjedliśmy ciepły posiłek. Znajdują się w nim gorące źródła. Można z nich skorzystać kąpiąc się w basenie. Jednakże my niekoniecznie nimi zachwyceni udaliśmy się w dalszą drogę. Zmieniliśmy nieco plany, gdy widzieliśmy nadciagającą burzę. Po dotarciu do Bhratang zostaliśmy tam na noc. Choć warunki nie były zachwycające i pierwszy raz nie jedliśmy kolacji wiemy, że to była bardzo dobra decyzja. Doceniamy ją następnego dnia, nie wyobrażając sobie, że pewne odcinki moglibyśmy pokonywać w deszczu. Nasz Aniołek wciąż nad nami czuwał i nam towarzyszył.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 6 – 3 kwietnia 2013

Bhratang (2850 m n.p.m.) – Lower Pisang (3300 m n.p.m.) – 3 godziny

Nasz trekking dookoła Annapurny trwa. Ranek jest spokojny. Wyruszamy na nasz szlak pełni optymizmu. Cieszymy się, że wczoraj zostaliśmy w Bhratang, a dziś możemy cieszyć nasze oczy wspaniałymi widokami. Wczoraj zapewne w deszczu niewiele byśmy widzieli, a do tego byłoby ślisko. Między drzewami ukazują się nam szczyty gór, a osiołki wędrują, jak każdego dnia, w górę i w dół. My dochodzimy do niezwykłej góry, czyli Oble Dome o wysokości 4666 m n.p.m. Jest to święta góra dla buddystów położona w masywie  Pangdi Danda na którą się nie wchodzi. Wierzą oni, że na jej szczycie gromadzą się wszystkie dusze zanim wrócą do Tybetu. Pełni zachwytu udaliśmy się dalej i zatrzymaliśmy się w Lower Pisang. Postanowiliśmy tam zostać. Było chłodno, zaczął padać śnieg, a wizja, aby posiedzieć razem z gospodarzami bardzo miła. Tak też uczyniliśmy. Zostaliśmy w Lower Pisang na lunch, na kolację i na noc. 🙂  Gospodarze byli bardzo gościnni. Przyrządzali pyszne jedzonko. Pierwszy raz jadłam u nich jaka. Siedzieliśmy najpierw przy piecu, gdzie mój kochany przyrządził dla wszystkich grzane piwo. Tak, tak … przyprawę do grzańca mieliśmy ze sobą i postanowiliśmy ją wykorzystać. 🙂  Słuchaliśmy historii rodziny i oglądaliśmy zdjęcia spędzając jednocześnie fantastyczny czas grzejąc się przy kozie. Nawet kot rodzinny bardzo się z nami zaprzyjaźnił i spał na moich kolanach. Ponieważ tego dnia mieliśmy więcej czasu zrobiłam małe pranie, które rano po przebudzeniu było po prostu zamarznięte. 🙂 Najedzeni, zrelaksowani, po przemiłym dniu w fantastycznym towarzystwie naszych gospodarzy udaliśmy się na spoczynek. Tego dnia poza Oble Dome widzieliśmy Pisang Peak (6091 m n.p.m.), Annapurnę II (7937 m n.p.m.) i Annapurnę IV (7525 m n.p.m.). Góry wysokie są przepiękne, magiczne i majestatyczne. Zapierają dech w piersiach. Wciąż mam je przed oczami. 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prawda, że są wyjątkowe ? 🙂

Nasz trekking dookoła Annapurny trwał.

Na dalszą relację zapraszam do kolejnego wpisu www.zycieipodroze.pl/2017/05/25/im-dalej-pojdziemy-tym-lepiej-siebie-poznamy-czyli-nasz-trekking-dookola-annapurny-czesc-2/. 🙂

Maj 16

Wrócimy tam jeszcze, czyli Nepal i Himalaje …

Pomyśleć, że minęły już cztery lata odkąd odwiedziliśmy Nepal i Himalaje. A czuję jakby to było dosłownie przed chwilą. Kiedy nasz synek odszedł do świata Aniołów po walce z chorobą byliśmy smutni, zagubieni i nie wiedzący co tak na prawdę z sobą zrobić. Tęsknota rozrywała serca, każdy kąt, każde miejsce przypominało nam Adasia. I wówczas postanowiliśmy udać się do Nepalu i pójść w Himalaje, aby zmierzyć się sami ze sobą i naszą bolesną stratą. Ja osobiście szukałam wówczas odpowiedzi na pytanie, jak dalej żyć.

 

 

 

 

Przygotowywaliśmy się około trzy – cztery miesiące, aby wyruszyć w tę niezwykła podróż, która niewątpliwie była przygodą życia. Po podróży przez życie z naszym Adasiem  zapewne najbardziej znaczącą. Pozwalająca po powrocie spojrzeć na życie z zupełnie innej perspektywy. Ukazująca, co w życiu najistotniejsze, a przede wszystkim to, że można, a nawet trzeba żyć codziennością pomimo ukłucia w sercu, potwornego rozdzierającego bólu,  na myśl o osobie, którą się kochało nad życie, a która odeszła już z ziemskiego świata.

 

 

 

 

Podróż do Nepalu i magicznych Himalajów trwała miesiąc, a zmieniła bardzo wiele. Zarówno Nepal, jak i Himalaje są cały czas w nas. I wiem, czuję to gdzieś podświadomie, że tam wrócimy, aby znów poczuć tę wyjątkowość i niezwykłość. Bo choć to chyba najbiedniejszy kraj spośród tych, w którym mieliśmy przyjemność być, to najwspanialszy w swej codzienności i mistycyzmie jednocześnie. Swoją opowieść o naszej przygodzie podzielę na trzy mniejsze wpisy, gdyż chcę oddzielnie opowiedzieć w nich o Nepalu, o naszym trekkingu dookoła Annapurny , a na koniec napisać w kilku słowach o ciekawostkach dotyczących Nepalu i Himalajów. Dziś zacznę od tego, jakim ja pamiętam ten kraj i jakie miejsca mogliśmy zobaczyć podczas podróżowania po nim.

 

 

 

 

Nepal to kraj niezwykły, położony w obrębie najwyższych gór świata. Graniczy z Tybetem, Chinami i Indiami. Jest państwem himalajskim, gdzie krajobraz wysokogórski łączy się z równiną indyjską. W dużej mierze położenie geograficzne zdecydowało o losach kraju jak i jego kulturze. Nepal to góry, lasy, zielone pola, ale też legendy, klasztory, buddyjskie dzwonki modlitewne i przede wszystkim ludzie. Zarówno sceneria majestatycznych Himalajów, jak i starożytna kultura zachwycają, zapierają dech w piersiach i odbierają mowę. I choć to kraj biedny, ze słabo rozwiniętą infrastrukturą to jego mistycyzm, dzika roślinność i dziewicze widoki zachwycają. W tym kraju nie można się nie zakochać. To właśnie w nim doświadczyliśmy spotkań z bardzo biednymi ludźmi, których serdeczność była ujmująca. Niejednokrotnie, zwłaszcza w górach, łza zakręciła się nam w oku. Niekiedy trudno było opanować wzruszenie, gdy na przykład dzieci cieszyły się z otrzymanego balonika, czy batonika lub chciały przy nas posiedzieć. Nepal i Himalaje, nie te w komercyjnym wydaniu, pozwolą niejednemu z nas na docenienie tego co mamy, kim jesteśmy i gdzie się urodziliśmy. To tutaj łatwo zrozumieć, że trzeba być wdzięcznym za to co jest pomimo wielu niełatwych chwil i doświadczeń. Bo ujrzymy zmagania Nepalczyków o to, aby przeżyć kolejny dzień w trudnych warunkach, w którym przyszło im żyć. Przemierzają oni bowiem niejednokrotnie każdego dnia po wiele kilometrów w górę i w dół. Żyją bez wody bieżącej, nie rzadko ze zwierzętami oddzielonymi lichą ścianką. Często miska ryżu to codzienność, a inne dania to już rarytas.

 

 

 

 

Nepal to niewątpliwie kraj wysokich, ośnieżonych o każdej porze roku himalajskich szczytów, Szerpów, przewodników i tragarzy. To także miejsce kojarzące się z jakami, osłami, czy też świątyniami i mantrami. To kraj, gdzie wpływy hinduizmu ( ponad 70% ) i buddyzmu są ogromne. Determinują styl życia Nepalczyków. Zarówno hinduizm, jak i tybetański buddyzm są widoczne na każdym kroku. Przemierzając kraj widzimy różnorodne stupy, świątynie, klasztory, buddyjskie młynki modlitewne i figury, które są bardzo ważne dla mieszkańców Nepalu. Tak, jak religijność również szacunek to gór jest niezwykły. Ludzie czują niezwykły respekt do natury, która ich otacza, żyjąc według jej rytmów, pór dnia i roku. Zresztą po trzęsieniu ziemi , do którego doszło w 2015 roku wcale nie jest to dziwne. Aż nie chcę myśleć, że było ono dokładnie tam, gdzie i my byliśmy dwa lata wcześniej. Na szlaku dookoła Annapurny i na terenach nim dotkniętych zginęło wiele osób. Bardzo przeżywałam te tragedię, gdyż przecież niedawno sama tam byłam i trudno było mi pogodzić się z myślą, że ten i tak biedny kraj dotknęła dodatkowo taka tragedia. Mam nadzieję, choć to tylko uśmiech przez łzy, że to nie Ci, którzy udzielali nam schronienia, gościli nas w swoich domach, z którymi toczyliśmy rozmowy rozgrzewając się przy piecu w czasie naszej wędrówki. Może jeszcze ich zobaczymy i  usłyszymy od nich magiczne słowo ,,Namaste,, oraz różne historie.

 

 

 

 

Nepal to kraj położony na dachu świata, w którym ukształtowanie terenu olśniewa i zadziwia. Jednak jest to też kraj, gdzie pomimo wielu wspaniałych i miłych ludzi znajdują się również oszuści. Miejsce na ziemi, gdzie przerwy w dostarczaniu prądu to codzienność i to nie rzadko trwająca kilka godzin. To kraj, gdzie kable są wizytówką każdej ulicy. Pozawieszane bardzo nisko stanowią niejednokrotnie zagrożenie. Również drogi są bardzo niebezpieczne. Często bardzo wąskie i w złym stanie. Przemieszczanie autobusami, czy busami to prawdziwe wyzwanie i balansowanie niemalże na granicy ,,życia i śmierci,,.  Zresztą dość często dochodzi do wypadków, których powodem są drogi, jak i zły stan techniczny pojazdów oraz kierowcy narażający niejednokrotnie życie własne, jak i pasażerów. Jedzenie w Nepalu nie należy do wybitnych. Jednak niewątpliwie warto skosztować tradycyjnego dal bhat, mięsa z jaka w górach i pierożków momo.

 

 

 

 

My spędziliśmy w Nepalu miesiąc. Udało nam się w tym czasie zobaczyć Katmandu, przejechać stamtąd do miejscowości Besisahar skąd udaliśmy się tylko we dwoje na nasz trekking dookoła Annapurny. Po tym niezwykłym doświadczeniu spędziliśmy czas w Pokharze, aby odpocząć po trudach wyprawy. O szczegółach trekkingu dookoła Annapurny i przełęczy Thorong La Pass położonej na wysokości 5416 m n.p.m. napisze w kolejnym poście. Tymczasem poniżej telegraficzny skrót powyższych miejsc.

 

 

 

 

Katmandu to stolica Nepalu, gdzie większość osób zaczyna swoją przygodę z Nepalem. Niejeden zresztą pewnie miałby ochotę z powrotem wsiąść w samolot i odlecieć. Ale wierzcie mi warto zostać 🙂 To tutaj zmierzymy się z gwarnymi uliczkami tętniącymi życiem niemalże przez całą dobę. Poznamy Tamel, który jest komercyjna dzielnicą Katmandu. Wyróżnia się on bardzo wąskimi i zatłoczonymi uliczkami wypełnionymi sklepami, straganami i restauracjami oraz hotelami dla przybywających. Tutaj bardzo trudno o spokój. Ma się wrażenie że tętni on życiem całą dobę. Katmandu to także poza Tamelem, gwarnymi ulicami, straganami porozstawianymi dookoła, świątynie hinduskie i buddyjskie oraz obiekty znajdujące się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. To także tutaj Związek Agencji Trekkingowej Nepalu wydaje pozwolenia na trekkingi.  Jak dla mnie Katmandu to tylko etap przejściowy przed wyjściem w góry, gdyż zgiełk, gwar i mnóstwo osób dookoła to za czym przepadam. Ja uwielbiam naturę, przestrzenie, niemalże puste szlaki i ciszę.

 

 

 

 

Himalaje z kolei to piękne, dumne, majestatyczne góry z bogatą roślinnością, strumykami, wodospadami oraz rwącymi potokami i rzekami. Zadziwiają swoją wielkością i wspaniałością. To tylko tutaj można przez wiele tygodni przemierzać szlakami, podziwiać krajobrazy, mierzyć się ze swoimi słabościami, schronić się u gospodarzy, bądź w schronisku, gdzie ktoś odda Ci własny kąt lub wypić gorącą herbatę na wysokości 5400 m n.p.m., gdzie poza człowiekiem dotrzeć może tylko jak. To jest możliwe tylko w Himalajach. Więcej o nich napiszę w kolejnym wpisie.

 

 

 

 

Pokhara z kolei to dla nas doskonałe miejsce na odpoczynek po trekkingu, ale też i baza wypadowa dla niektórych wybierających się w góry. Bardzo ładnie położona nad jeziorem, w otoczeniu gór jest stworzona do relaksu, ale i też aktywnego spędzania czasu. Można bowiem wyruszając z niej chociażby na motorku zwiedzać niezwykłą okolicę lub skorzystać ze zorganizowanych form aktywności. Znajdują się pośród nich kanioning, wspinaczka, spływy kajakowe, paralotniarstwo, kolarstwo górskie i trekkingi krótsze oraz dłuższe. Oferta jest bardzo bogata. Po powrocie można skosztować bardzo dobrych, jak na nepalskie warunki dań oferowanych przez okoliczne restauracje, a wieczorami spędzić czas w klubie przy muzyce granej na żywo. To tutaj można spotkać też hippisów, czy też skosztować marihuany, która rośnie w ogródkach, bądź stoi na stolikach w knajpkach, co było zadziwiające. Niewątpliwie Pokhara jest stworzona do błogiego lenistwa, jak i aktywnego wypoczynku.

 

 

 

 

Czas spędzony w Nepalu, choć to zaledwie miesiąc, był niezwykły. Była to podróż niezapomniana. Pełna emocji, wrażeń, doświadczeń, spotkań ze wspaniałymi ludźmi, ich codziennym, niezwykłym aczkolwiek trudnym życiem takim jak sprzed wieków. Nepal z majestatycznymi Himalajami, swoim magicznym mistycyzmem i dobrymi ludźmi spotkanymi na drodze oraz radosnymi uśmiechami dzieci skradł nasze serca. Zostawiliśmy tam cząstkę siebie zyskując znacznie więcej. Już wiedzieliśmy jak chcemy dalej żyć. Opuszczaliśmy go z łezką w oku wierząc w to, że wrócimy tam jeszcze.

Maj 10

Pattaya to nie tylko życie nocne i kluby go go …

Pattaya jest jednym ze słynniejszych miejsc wypoczynkowych w Tajlandii. Położona na wschodnim wybrzeżu Zatoki Tajlandzkiej zaledwie 120 kilometrów od Bangkoku jest atrakcyjna dla wielu odwiedzających. Dla nas na ogół niekoniecznie takie miejsca są interesujące. Znajdują się one u nas wręcz na końcu listy podróżniczej. A jednak tym razem i my się tam udaliśmy, co prawda w zupełnie innym niż plażowanie i rozrywki celu. Odbywał się tam nasz kurs żeglarski i stąd wybór tej destynacji. Po naszym pobycie mogę powiedzieć, że Pattaya to nie tylko życie nocne osławione w komentarzach internetowych i przekazach ustnych.

 

 

Pattaya to oczywiście plaże, parki rozrywki, świątynie, muzea i centrum zakupowe. To także słynne życie nocne, kluby go go, panie do towarzystwa, transwestyci i transseksualiści oraz inne atrakcje podobnego rodzaju dla szukających nocnych  wrażeń. Jednakże dla mnie Pattaya to miejsce, gdzie można również w spokoju odpocząć lub wręcz odwrotnie spędzić aktywnie czas wybierając sporty wodne, wycieczki, bądź dla odmiany na przykład golf, paintball, czy skoki spadochronowe.

 

 

Wracając to atrakcji wodnych to ich nie brakuje. Od wycieczek na pobliskie wyspy, możliwości ich zwiedzania i spędzaniu na nich czasu po aktywne uprawianie sportów wodnych. Pattaya jest wprost stworzona, aby z nich korzystać. Można pływać, nurkować i surfować. Dla kitesurfingu to też świetne miejsce. Ponadto, a może przede wszystkim 🙂 można żeglować, co i my robiliśmy każdego dnia korzystając z pięknej pogody i przyjaznych wiatrów 🙂

 

 

Pattaya to także miejsce stworzone dla wielbicieli sportów motorowodnych, nart wodnych, a także rybaków i wędkarzy. Jednak dla mnie to przede wszystkim piękne wschody i zachody słońca. To wspaniała marina z niezwykłymi jachtami i łodziami, z której niemalże każdego dnia wyruszaliśmy, aby żeglować i zgłębiać tajniki naszej nowej pasji.

 

 

Pattaya to wspaniała Zatoka Tajlandzka stworzona do żeglowania bliskiego i dalekiego oraz praktykowania wszelkich sportów wodnych. To także pyszne tajskie, choć nie tylko, jedzenie. Świeże, kolorowe i okraszane niezwykłymi przyprawami nadającymi mu niepowtarzalny charakter.

 

 

Ta tajlandzka kraina to również piękne zielone wyspy z ładnymi plażami i różnymi atrakcjami, jak na przykład Wyspa Małp zamieszkała przez małpki w małych rozmiarach.

 

 

Pattaya to miejsce, gdzie można spędzić wspaniały czas realizując swoje pasje i cieszyć się piękną pogodą każdego dnia. Bo, gdy nawet przychodzi burza i deszcz szybko przechodzi pozostawiając ciepłe powietrze. To typowe dla tropikalnego klimatu tutaj występującego.

 

 

Podsumowując Pattaya to nie tylko życie nocne i kluby go go. To znacznie coś więcej. Przede wszystkim to miejsce z bogatą propozycją dla odwiedzających. Kwestia wyboru tego, co ważne i istotne dla każdego z nas, jak i zresztą w życiu. Każdy z nas decyduje w jaki sposób chce spędzać czas. Jak widać, będąc w jednym miejscu można je różnie odbierać. Dla nas Pattaya to wspaniałe miejsce do uprawiania sportów wodnych, z pięknymi wschodami i zachodami słońca, pysznym jedzeniem i fantastycznymi warunkami zarówno do aktywnego, jak i biernego odpoczynku.

Maj 08

Ciekawostek i słów kilka o żeglarstwie …

Zgodnie z tym, o czym pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2017/05/04/zeglowanie-czyli-poczatek-niezwyklej-pasji/ rozwój naszej nowej pasji trwa. W związku z tym dużo czytamy i oglądamy o żeglarstwie w przerwie miedzy kolejnymi praktycznymi doświadczeniami. I trzeba przyznać, że żeglarstwo fascynuje nas coraz bardziej i bardziej. Dziś chcę się podzielić z Wami różnymi ciekawostkami i informacjami na jego temat oraz historią jego rozwoju na przestrzeni wieków.

Żeglarstwo, które nazywamy też jachtingiem znane już było przed naszą erą. W nowoczesnej formule narodziło się w Holandii. A czym ono jest ? Powtórzę moje słowa z poprzedniego postu o żeglowaniu. Otóż dla każdego zapewne czymś innym. Może być dyscypliną sportową, formą rekreacji, pasją lub po prostu stylem życia. Wspólną częścią subiektywnego odbioru pojęcia ,,żeglowanie,, jest to, że wykorzystuje się w nim jednostki pływające napędzane siłą wiatru za pośrednictwem żagli. Dla mnie to magiczne połączenie wody i wiatru oraz żagla bez którego ani rusz.

A poniżej kilka informacji i ciekawostek o żeglarstwie zarówno na świecie, jak i w Polsce.

  • Już 30.000 lat p.n.e. żeglarze wykorzystując tratwy bambusowe docierali z okolic Indonezji do innych wysp położonych na Oceanie Spokojnym, a nawet do Australii i Tasmanii.

  • 5.000 lat p.n.e. rozpoczęto żeglowanie po Morzu Śródziemnym.

  • 3.400 lat p.n.e. anonimowy wynalazca pochodzący prawdopodobnie z rejonu Morza Śródziemnego wynalazł żagiel.

  • Około 3.000 lat p.n.e. pojawiły się pierwsze obrazy statków z żaglami.

  • Od 3.000 roku p.n.e. do wieku XVI naszej ery odbyło się wiele wypraw pod żaglami. Odegrały one także ważne role w wojnach i walkach.

  • W 1643 roku włoski fizyk i matematyk Evangelista Torricelli wynalazł barometr, który opracował z kolei jego współpracownik Vincenzo Viviani, który był włoskim fizykiem, inżynierem i matematykiem. Oboje byli uczniami Galileusza.

  • Wiek XVII przyniósł początek żeglarstwa jako zjawisko. Zostało ono zapoczątkowane w Holandii, a wkrótce też  i Anglii.

  • W XVII wieku powstają sztaksele, czyli rodzaje żagli w kształcie trójkąta.

  • W 1718 roku w Rosji powstaje, uznawany za pierwszy, klub żeglarski o nazwie Flotylla Newska.

  • W 1851 roku zostało zapoczątkowano żeglarstwo międzynarodowe. Wówczas zorganizowano w Londynie pierwszą światową wystawę przemysłową.

  • Od 1900 roku podczas II Letnich Igrzysk Olimpijskich w Paryżu żeglarstwo zostało uznane jako sportowa dyscyplina olimpijska. Pierwsze zawody odbyły się na Sekwanie.

  • Początki żeglarstwa polskiego były trudne. Przed uzyskaniem niepodległości państwa żeglarstwo polskie tworzyli polscy harcerze na Dalekim Wschodzie.

  • W latach 1917-1919 powstają i działają drużyny harcerskie we Wladywostoku i Charhinie. Harcerze zgrupowani w Hufcu Syberyjskim pod pieczą Józefa Jakóbkiewicza uprawiają żeglarstwo morskie.

  • W czerwcu 1919 r., na mocy Traktatu Wersalskiego, Polska uzyskuje dostęp do morza. Pas wybrzeża morskiego ma wówczas długość 147 km.

  • W 1919 roku w Charzykowach powstaje Stowarzyszenie Przyjaciół Żeglarstwa stworzone przez Ottona Weilanda. Daje ono początek sportom żeglarskim w Polsce.

  • W 1920 roku Polska kupuje żaglowiec „Lwów” – pierwszy w dziejach państwa statek szkoleniowy.

  • W 1922 roku Stowarzyszenie przekształciło się w Klub Żeglarski – Chojnice (pierwszy klub żeglarski). W tym samym okresie powracają do kraju ludzie o dużym doświadczeniu żeglarskim: Antoni Aleksandrowicz, Konstanty Maciejewicz, Ludwik Szwykowski i Mariusz Zaruski.

  • Po powrocie do kraju członkowie Hufca Syberyjskiego organizują w latach 1924-1928 pierwsze szkoleniowe obozy żeglarskie na Helu.

  • W maju 1924 roku powstaje Polski Związek Żeglarski będący do dziś naczelną władzą żeglarską.

  • PZZ staje się członkiem Międzynarodowego Związku Żeglarstwa Regatowego – IYRU.

  • W 1924 roku w Paryżu inżynier Edward Bryzemejster bierze udział w Igrzyskach Olimpijskich. Następnie w wyniku wojny i sytuacji politycznej polskich żagli zabrakło na igrzyskach olimpijskich pięć razy z rzędu.

  • W 1926 roku z funduszu Komitetu Floty Narodowej, stworzonego przez Generała Zaruskiego, zakupiona zostaje fregata „Dar Pomorza”, która zastępuje żaglowiec „Lwów”.

  • W latach 1930-1939 odbyło się kilka rejsów dookoła świata. Niestety większość żeglarzy zatrzymała na jakimś etapie II Wojna Światowa.

  • Po wojnie Polska uzyskuje pas wybrzeża morskiego o długości 524 km. Rozpoczyna się mozolny proces odbudowy tego, co ona zniszczyła i czas walki o polskie żeglarstwo z władzą komunistyczną.

  • W 1967  roku Leonid Teliga jako pierwszy Polak wyrusza na samotny rejs dookoła świata na jachcie „Opty”, który własnoręcznie budował.

  • W 1968 roku na Igrzyskach w Meksyku pojawiają się po wielu latach nieobecności Polacy, czyli Andrzej Zawieja, Andrzej Iwiński i Ludwik Raczyński.

  • W 1973 roku jako pierwszy Polak Krzysztof Baranowski z sukcesem kończy swój rejs dookoła świata wokół trzech przylądków Leeuwin, Dobrej Nadziei i Horn.

  • W 1978 Krystyna Chojnowska-Liskiewicz  opływa ziemię jako pierwsza kobieta w historii żeglarstwa.

  • W 1980 roku jako pierwszy nie zawijając do portów na ,, Darze Przemyśla,, samotnie okrąża Ziemię Henryk Jaskuła.

  • W roku 1983 Krzysztof Baranowski organizuje ,,Szkołę pod żaglami,, na jachcie ,,Pogoria,,. Jest ona próbą pogodzenia nauki z żeglarstwem oferowaną młodym chłopcom.

  • W 1996 roku Mateusz Kusznierewicz zdobywa w Atlancie złoty medal olimpijski.

  • Czasy współczesne są pełne polskich i międzynarodowych wydarzeń żeglarskich. Zarówno indywidualnych wyczynów, jak i udziału w regatach na scenie międzynarodowej. Prawdziwi żeglarze uczestniczą w zawodach sportowych, bądź opływają świat mierząc się ze swoimi słabościami. Są pośród nich Polacy: Ryszard Rewucki (1998), Krzysztof  Baranowski (2000), Jerzy Czerwoniec (2007), Tomasz Lewandowski (2008), Joanna Pajkowska (2008-2009), Marta Sziłajtis-Obiegło (2008-2009), Andrzej Lepiarczyk (2009), Natasza Caban na (2009), Zbigniew Gutkowski (2011), Tomasz Cichocki (2012) i wielu innych.

    O żeglowaniu i żeglarstwie napisano bardzo dużo. Wiele faktów jest mało znanych, a ciekawostki może wciąż czekają na odkrycie. Ja zamieszczając powyższy tekst mam tylko jedno na celu, abyście zrozumieli jakże żeglarstwo jest interesujące z jego historią, tradycjami, niesamowitymi jachtami i niezwykłymi ludźmi dzięki którym rozwijało się ono przez wieki. Ich zasługą jest to, że możemy je podziwiać w obecnym stadium i być jego częścią. Możemy żeglować i rozwijać swoją pasję wykorzystując wiedzę i doświadczenie innych. Uczyć się od nich i radować niezapomnianymi chwilami będąc gdzieś tam na morzu, oceanie, czy też jeziorze. Żeglarstwo to nie tylko sport czy też  rekreacja. To także sposób spędzania czasu. Dla niektórych pasja, a dla nielicznych styl życia, który determinuje ich decyzje. Żeglować, czy nie? Oto jest pytanie. Każdy z nas sam musi odpowiedzieć sobie na nie 🙂

Maj 04

Nasze żeglowanie, czyli początek niezwykłej pasji …

Dopiero co wróciliśmy do domu z wyjątkowej podróży. Tym razem związana była ona z czymś czego do tej pory jeszcze nie robiliśmy, a o czym zaczęliśmy myśleć i marzyć jakiś czas temu. I teraz nadszedł odpowiedni czas.

Na ,,20,, rocznicę naszego ślubu postanowiliśmy zrobić sobie prezent w postaci kursu żeglarskiego. Kończył się on egzaminami na jachtowego sternika morskiego i operatora radiowego. Obecnie możemy żeglować samodzielnie po morzach, oceanach i jeziorach.

,,Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś.

Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.,,

Mark Twain

Kurs żeglarski był rodzajem wyjątkowej przygody, która zapoczątkowała rozwój naszej nowej, wspólnej pasji. I kto wie, czy na tym pozostaniemy. Czy żeglowanie będzie naszą pasją na resztę dni, czy też może kiedyś zdeterminuje nasz styl życia. Bowiem z żeglowaniem jest tak, jak z podróżowaniem. To rodzaj nieuleczalnej choroby, niezbadanej siły, która pcha nas, aby robić to po raz kolejny i kolejny. Chcemy tego doświadczać więcej i więcej pomimo czasami oczywistych niewygód, bólu mięśni, zmęczenia, czy połamanych paznokci. Wracać do bezpiecznej przystani, aby wyruszyć ponownie.

,,Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.,,

Ryszard Kapuścińki  – ,,Podróże z Herodotem,,

Żeglowanie jest naszą nową pasją i już na tym etapie wiem, że to jest ,,TO,,. Może nawet czekaliśmy na to całe nasze dotychczasowe życie. Żeglowanie jest kwintesencją  naszego uwielbienia do wody, z którą równać mogą się tylko góry.

Dla nas morza, oceany i jeziora to nie plażowanie, choć nie wzbraniamy się od tego czasami. To raczej niezwykła możliwość poznawania i doświadczania tego, co woda, wiatr oraz aura mają nam do zaoferowania. I tak naprawdę często możemy tego doświadczyć dopiero wówczas, gdy odpłyniemy od brzegu.

,,Nie możesz przepłynąć morza stojąc na brzegu i wpatrując się w jego wodę.,,

Rabindranath Tagore

A czymże jest żeglowanie? Otóż dla każdego zapewne czymś innym. Może być dyscypliną sportową, formą rekreacji, pasją lub po prostu stylem życia. Wspólną częścią subiektywnego odbioru pojęcia ,,żeglowanie,, jest to, że wykorzystuje się w nim jednostki pływające napędzane siłą wiatru za pośrednictwem żagli. Dla mnie to magiczne połączenie wody i wiatru oraz żagla bez którego ani rusz.

,,Któż pojmie? – prócz tych samych, którzy

Pląsali z falą rozigranej burzy;

Tę pełność życia, ten żar krwi, co pali

Serce żeglarza na bezdrożnej fali…,,

Byron

Z żeglowaniem jest jak z życiem. Czasem słońce, czasem deszcz. Czasem z wiatrem, czasem pod wiatr. Ale tak jak chcemy żyć, iść do przodu, rozwijać się tak i chcemy żeglować do nowych miejsc lub tych samych, nie zapominając że woda, wiatr i otoczenie są zmienne.

,,Musimy żeglować czasem z wiatrem, czasem pod wiatr, ale żeglować,

nie dryfować ani stać na kotwicy.,,

Oliver Wendell Holmes

Zarażeni pasją żeglowania rozumiemy jednak, że czasem i trzeba zakotwiczyć 🙂 Dokładnie tak, jak w życiu codziennym. Jest czas działania i odpoczynku, gonitwa myśli i wyciszenie, czasem słońce, czasem deszcz. Jednak pewne sprawy się nie zmieniają. Po nocy przychodzi dzień, po burzy spokój, a po czasie aktywności relaks. Planujemy dokąd zmierzamy, a następnie działamy, aby tam dotrzeć. Pozwalając sobie na odpoczynek i radowanie się tym, co dookoła nas. Żeglując odczuwamy niezwykłe poczucie wolności, które nam towarzyszy gdy jesteśmy gdzieś tam, daleko na morzu.

,,W kroplach dni powszednich, tak samo jak w morzu, całe niebo można zobaczyć.,,

Maria Dąbrowska

Żeglowanie jest pasjonujące, wciągające i magiczne. Gdy zamykam oczy wciąż czuję jakbym była na jachcie. Odczuwam podmuchy wiatru, słyszę szum fal i widzę wypełnione wiatrem żagle przed oczami. Czuję się tak, jakbym wciąż żeglowała. Już wiem, że jest to pasja na całe życie do której będziemy wracać. A może kiedyś to ona zdeterminuje wybór drogi, która podążymy.

Póki co osiągnęliśmy zamierzony cel zyskując pasję na resztę dni. Żeglowanie dla nas to nie chwilowe zauroczenie, ale miłość która rozwija się w nas. Jego historia jest bardzo interesująca bowiem żeglowanie to nie tylko woda i wiatr. To także tradycja, wiedza i umiejętności, ale o tym napiszę w kolejnym wpisie …

Kwi 06

Dzień pamięci wietnamskich królów, czyli festiwal kolorów…

W Wietnamie dziś kolejne święto, czyli dzień pamięci wietnamskich królów. Hung Kings Commemoration Day przypada w tym roku właśnie 6 kwietnia. Jest to czas upamiętniania króla Hunga, a także jego następców którzy rozbudowywali kraj i bronili go.

Dzień pamięci wietnamskich królów to czas synowskiej pobożności, kultu przodków, patriotyzmu i przyjaźni. A dla przypomnienia w Wietnamie kult przodków jest jednym z najważniejszych. Hung Kings Commemoration Day jest bardzo ważnym festiwalem połączonym z czasem wolnym od pracy. Odbywa się każdego roku od ósmego do jedenastego dnia trzeciego miesiąca księżycowego. Przy czym główny dzień festiwalu uważany za święto państwowe przypada na dzień dziesiąty. Początkowo lokalne uroczystości stały się  oficjalnym świętem narodowym w 2007 roku. Obchody Hung Kings Commemoration Day odbywają się w całym kraju.

Najważniejsze uroczystości organizowane są w górach Nghia Linh, niedaleko Viet Tri City w prowincji Phu Tho. Według historyków i dokumentów oraz tradycji wietnamskich jest to miejsce, gdzie ustanowiono Wietnam. Dlatego to tam odbywa się procesja i największe zgromadzenie Wietnamczyków, które upamiętniają króla Hunga i jego następców. Okoliczni mieszkańcy już od pokoleń przygotowują miejsce do uroczystości. A w dziesiątym dniu trzeciego miesiąca księżycowego składają hołd i ofiary w Świątyni usytuowanej na szczycie góry w postaci potraw, kwiatów, a także palą symboliczne kadzidła. Oprócz nich biorą udział w uroczystościach przedstawiciele władz, a także wojsko oraz wszyscy przybyli specjalnie tego dnia Wietnamczycy i zainteresowani widzowie.

Uczestnicząc w ceremoniach ludzie ze wszystkich części kraju, niezależnie od wieku, modlą się do swoich przodków o dobre i błogosławione życie. Procesja jest bardzo barwna. Aby odeprzeć złe moce uczestnicy procesji są ubrani w tradycyjne stroje, często bardzo kolorowe. Podróży do Wysokiej Świątyni towarzyszą dźwięki tradycyjnej muzyki ludowej.

Ponadto Hung Kings Commemoration Day to czas wystąpień na żywo, gier i zabaw. Organizowane są wspólne przygotowywania potraw takich jak kurczak, czy ryż. Młodzi Wietnamczycy mogą w tym czasie poznać bliżej swoją historię i tradycję. Festiwal ma bowiem na celu wzmacnianie tradycyjnych wartości wietnamskich.

Czym dłużej mieszkamy w Wietnamie tym więcej odkrywamy świąt, festiwali  i sposobów ich celebrowania. Kultura wietnamska jest bardzo bogata i cały czas nas zaskakuje. Najważniejsze, że raczej pozytywnie.

Kwi 04

Chwila zadumy i refleksji, czyli Muzeum B-52 w Hanoi …

Aby bliżej poznać historie kraju, w którym się mieszka odwiedza się między innymi miejsca, które o niej opowiadają. Ostatnio odkryłam Museum Victory B-52. Jest ono przeznaczone dla miłośników historii Wietnamu i dla tych, którzy  się nią interesują. To miejsce warte uwagi. Wystarczy niecała godzinka, aby zgłębić swoją wiedzę i obejrzeć interesujące wraki, sprzęt wojskowy i inne artefakty. A, że Muzeum B-52 jest rzadko odwiedzane, choć bezpłatne, spokojnie w nim i refleksyjnie. Podczas mojego zwiedzania byłam w nim zupełnie sama.

 

 

 

 

B-52 Victory Museum zostało otwarte 10 stycznia 1986 roku. Wzbogacono je i odrestaurowano w roku 2012. Przypadła wówczas 40 rocznica zwycięstwa i stawienia oporu najeźdźcom. W 1972 roku Wietnamczycy uniemożliwili bowiem zbombardowanie północnej części kraju. Wówczas to Amerykanie chcieli za pomocą bombowców dalekiego zasięgu Boeingów B-52 Stratofortress, zresztą wykorzystywanych także w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej, zniszczyć strategiczne miejsca w okolicach Hanoi, aby zapewnić sobie zwycięstwo.

 

 

Muzeum ilustruje zwycięstwo Wietnamu Północnego nad Amerykanami i ich bombowcami w grudniu 1972 roku. Wówczas to wietnamscy żołnierze, piloci i snajperzy w czasie 12 dniowej kampanii  strącili aż 81 samoloty nieprzyjaciela, w tym 34 bombowce B-52 ponosząc przy tym stosunkowo niewielkie straty.

 

 

Bitwa pokazała niezwykłe umiejętności, niebywałą kreatywność i elastyczność wojska wietnamskiego. Wówczas to Wietnamczycy, wykorzystując myśliwce MiG-21, rakiety SAM-2, a także różne armaty i radar P-35 stawili dumnie czoła najeźdźcy.

 

 

To zwycięstwo zakończyło tak naprawdę wojnę wietnamską, gdyż spowodowało, że Amerykanie zostali zmuszeni do podpisania Porozumienia Paryskiego w 1973 roku. Tym samym ostatecznie Wietnam wygrał wojnę, a to ważne zwycięstwo stało się niezapomnianym wydarzeniem w historii kraju.

 

 

Muzeum B-52 w Hanoi podzielone jest na dwie części. Jedną z nich stanowią artefakty zebrane w budynku o stosunkowo nowoczesnej architekturze, który jest symbolem zwycięstwa i chwały. Na powierzchni około 1500 m² zebrano artefakty, zdjęcia i strategiczne plany wojskowe. Ukazują one patriotyzm i waleczność Wietnamczyków. Przybliżają czasy walk zarówno z okupantem francuskim, jak i amerykańskim.

 

 

Znajdziemy w tej części również elementy dotyczące bombardowań, walki w powietrzu i na lądzie na terenie Wietnamu Północnego. Są pośród nich poza uzbrojeniem, planami, zapiskami także rzeczy osobiste należące do amerykańskich pilotów, czy też wietnamskich obrońców.

 

 

Ekspozycja zewnętrzna znajduje się pod gołym niebem i liczy około 4000 m². Jest bardzo interesująca zwłaszcza dla miłośników militariów i nie łatwej historii Wietnamu. Można zobaczyć szczątki wraku bombowca B-52, artylerię przeciwlotniczą, radar, MiG-21, a także broń, bomby i sprzęt stanowiący wyposażenie wojskowe.

 

 

 

 

Muzeum B-52 może nie zachwycić każdego. Jednak dla tych którzy interesują się Wietnamem, jego historią i wojną wietnamską jest to miejsce, które trzeba zobaczyć. Poza tym wybierając się na spacer po mieście można w nim na chwilę oderwać się od głośnych ulic i zgiełku miasta oraz tłumu ludzi. Jeśli ktoś zatem ma ochotę na chwilę zadumy i refleksji jest to miejsce dla niego.

Mar 24

,,Daleko od domu,, – poruszająca historia chłopca, który zaginął …

Moja pierwsza recenzja…

Po obejrzeniu niezwykłego filmu pod tytułem „Lion. Droga do domu.” zapragnęłam przeczytać książkę na podstawie, której on powstał. Ucieszyłam się bardzo, że ją zdobyłam i mogłam poznać jej treść. „Daleko od domu” Saroo Brierleya to niezwykła, poruszająca, prawdziwa historia oparta na faktach wobec której nie można przejść obojętnie. Jest to swoistego rodzaju biografia opowiadająca o losach autora, który zaginął jako zaledwie kilkuletni chłopiec w Indiach, w których się urodził, a po wielu latach podjął próbę odnalezienia swoich bliskich. „Daleko od domu” zawiera mnóstwo pytań i emocji.

,,Kiedy się obudziłem, na dworcu było bardzo cicho

i pusto. Zaspany, z zaczerwienionymi oczami, zacząłem

rozglądać się …… Do dziś czuję ten lodowaty dreszcz paniki, który

przebiegł mnie, kiedy zrozumiałem, że jestem w pułapce

– tamto uczucie bezsilności, pobudzenia

i niedowierzania zarazem.,,

***

,,Większość osób nie mogła sobie wyobrazić,

że pięciolatek z małego miasteczka mógłby przetrwać

sam na ulicach Kalkuty przez kilka dni, co dopiero przez

kilka tygodni. Miałem niewiarygodne szczęście.,,

Jak czuje się maleńkie, zaledwie pięcioletnie dziecko, które zagubiło się i nie może odnaleźć swojej rodziny? Jest niepiśmienne, co utrudnia odnalezienie drogi do domu. Pozostaje anonimowe pośród milionów ludzi wokół, nie pamiętając nawet swojego nazwiska, ani nazwy miejsca z którego pochodzi. Jakie myśli krążą po jego maleńkiej głowie, gdy przeżycie kolejnego dnia na ulicy graniczy niemalże z cudem, a głód, brud i mnóstwo zagrożeń towarzyszy każdego dnia. Daleko od domu, a życie toczy się dalej. Pewne zdarzenia sprawiają, że jego życie zmienia się definitywnie. Dar od losu, a może przeznaczenie ?

,,Pamiętam, że zazwyczaj chodziłem głodny, jednak nie

rozpaczałem z tego powodu. Głód stał się nieodłączną

częścią naszego życia i nauczyłem się to akceptować.,,

***

,,Zawsze będę głęboko wdzięczny

moim rodzicom za życie, które mi podarowali.,,

***

,,Jedna rzecz w moim życiu zmieniła się

niezaprzeczalnie: z dnia na dzień stałem się kimś, kto ma

do opowiedzenia historię, którą mnóstwo ludzi chce

usłyszeć.,,

I pomyśleć, że ten sam chłopiec, będąc już mężczyzną, po około 25 latach szuka drogi do domu, tak jak wówczas gdy miał kilka lat. Jednak tym razem nie jest głodny, ale zagubienie wciąż mu towarzyszy. Aby odnaleźć drogę do domu wykorzystuje nowoczesne technologie. I aż niemożliwym wydaje się, że za ich pomocą, po tak wielu latch można dostrzec wskazówki, które mogą doprowadzić do domu.

,,Czasem trudno mi jest

oprzeć się przeświadczeniu o istnieniu sił pozostających

poza granicami naszego pojmowania. Choć jestem daleki

od przypisywania temu przekonaniu znaczenia

religijnego, czuję, że począwszy od czasów, kiedy byłem

małym chłopcem bez żadnej rodziny, do dnia, w którym

jako dorosły mężczyzna dowiedziałem się, że posiadam

aż dwie, wszystko w moim życiu miało się potoczyć

właśnie tak, jak się potoczyło. Ta myśl napełnia mnie

głęboką pokorą.,,

Historię Saroo Brierleya czyta się z ogromnym zaciekawieniem, ale też i momentami wzruszeń. Nie jednemu z nas łza zakręci się w oku. Przystępny język sprawia, że czujemy się bardzo blisko autora i zarazem głównego bohatera. „Daleko od domu” to bardzo wartościowa książka poruszająca trudne tematy związane z zaginięciami dzieci, życia na ulicach w głodzie i brudzie, adopcji i dylematów moralnych związanych z podejmowanymi decyzjami. Historia, którą trzeba poznać i pozwolić sobie na przeżycie jej razem z Saroo dla którego droga do domu stała się tematem przewodnim jego życia, czy to dziecięcego, czy to dorosłego.

 

Tytuł: „Daleko od domu”

Kategoria: Literatura współczesna/Biografie i wspomnienia

Wydawca: Wydawnictwo Znak

Mar 21

Wyjątkowa i nietuzinkowa wioska etniczna …

Podróżując motorem po okolicach oddalonych niedaleko od Hanoi odkrywamy różne piękne miejsca, a czasami wyjątkowe perełki. Niedawno dotarliśmy do niezwykłego, wciąż żywego skansenu, w którym przeszłość łączy się z teraźniejszością. Wyjątkowa wioska etniczna to atrakcyjne miejsce z punktu widzenia zarówno mieszkańców Wietnamu, jak i odwiedzających ten niezwykły kraj. Jest doskonałym miejscem, w którym można spędzić pogodne weekendowe dni, czy też święta.

 

 

 

 

Viet Nam National Village for Ethnic Culture and Tourism jest projektem Ministerstwa Kultury, Sportu i Turystyki. Wioska etniczna położona jest niedaleko Parku Narodowego Ba Vi, o którym pisałam w poście www.zycieipodroze.pl/2016/01/23/ba-vi-national-park-zielona-gorzysta-kraina-z-atrakcjami-dla-kazdego/.  Jedzie się do niej niecałą godzinę z Hanoi. Jest przepięknie usytuowana pośród niezwykłej przyrody, przy jeziorze Ho Dong Mo. Wioska etniczna ma bardzo dużą powierzchnię. Wciąż jest rozwijana i rozbudowywana.

 

 

 

 

Wioska etniczna składa się z imponującej liczby tradycyjnych domów różnych grup etnicznych zamieszkujących Wietnam. Są pośród nich domostwa wciąż zamieszkałe, w których toczy się codzienne życie, które jest niezwykłe. Odnosi się wrażenie, że czas się w nich zatrzymał. Uprawiane są pola herbaciane, a nawet ryżowe. Hodowane są kury, koguty, kaczki i świnki. Żywność przygotowuje się tradycyjnym metodami.

 

 

 

 

Ponieważ wioska etniczna jest żywym skansenem mieszkańcy przyzwyczajeni są do odwiedzin. Są bardzo radośni i cieszą się, że mogą pokazywać swoje tradycyjne codzienne życie. Ponadto oferują wiele naturalnych produktów , które można u nich kupić. Są pośród nich nasiona, ryż, herbata, korzenie, zioła i domowej roboty kiszonki.

 

 

 

 

Poza tym, że wioska etniczna słynie z prawdziwych domów wielu grup etnicznych, znajdują się w niej też różne miejsca spotkań. Można zobaczyć  typowe obiekty Bahar, a których wspominałam we wpisie www.zycieipodroze.pl/2016/09/29/skansen-etnograficzny-czyli-najpiekniejsze-muzeum-w-hanoi/. Ponadto znajdują się tam duże place przeznaczone na spotkania w większym gronie nad którymi powiewają charakterystyczne kolorowe flagi i trójkąciki.

 

 

 

 

Przemierzając po okolicy dostrzegamy wiele drewnianych figurek. Związane one są z tradycją i rytuałami religijnymi, wojennymi, czy też seksualnością i płodnością. Są one dziełem artystów wciąż wykorzystujących tradycyjne metody ich tworzenia. Zresztą rzemieślnictwo drewniane w Wietnamie kwitnie. Można tak naprawdę zamówić co się chce i będzie to zrobione.

 

 

 

 

Niewątpliwą ozdobą wioski etnicznej są świątynie, które wciąż powstają. Każda pochodzi z innego okresu i związana jest z określonym regionami Wietnamu.

 

 

 

 

Najbardziej przyciąga wzrok Chua Khmer, która jest widoczna z daleka, zresztą tak jak i Thap Cham. Świątynia Khmer jest pięknie zdobiona zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Złocenia wyglądają bardzo bogato i są misternie wykonane. Wnętrze jest jak najbardziej tradycyjne. Składa się z ołtarza głównego i korytarzy bocznych. Na ścianach znajdują się obrazy przedstawiające sceny związane z religijnością. Z tyłu ołtarza umieszczono regały z książkami, co też jest dość charakterystyczne dla tego typu obiektów.

 

 

 

 

 

 

 

 

Tuż obok znajduje się wspomniana wyżej świątynia Thap Cham. Powstała na wzór Angkor Wat położonego w Kambodży. Trzeba przyznać, że wyróżnia się swoją wyjątkowością.

 

 

 

 

Wioska etniczna posiada wiele punktów widokowych. Można z nich podziwiać całą okolicę. A trzeba przyznać, że jest na co patrzeć.  Organizowane są także występy i przedstawienia. Odbywają się też różne festiwale. Ponadto w znajdującym się tutaj małym muzeum możemy podziwiać różne artefakty etniczne. Poza nimi obrazy i zdjęcia przedstawiające całą okolicę, etapy powstawania wioski etnicznej i odbywające się tutaj spotkania oraz imprezy.

 

 

 

 

Jeżeli ktoś zamierza pozostać na dłużej może spędzić czas w części rekreacyjnej. Można w niej odpocząć, skorzystać z placu zabaw, kąpieli w jeziorze lub rozpalić ognisko. Dla chcących zostać na kilka dni przygotowano kemping wyposażony w namioty i łazienki położone tuż przy nich.

 

 

 

 

Viet Nam National Village for Ethnic Culture and Tourism jest wyjątkowym miejscem. Doskonale nadaje się na jedno, czy też kilkudniowe wyjazdy. Wioska etniczna z roku na rok przyciąga coraz więcej odwiedzających. Wciąż powstają nowe obiekty, a oferta artystyczna jest rozwijana, co zachęca wszystkich, aby choć raz zobaczyć to nietuzinkowe miejsce i zachwycić się tym, co ma nam do zaoferowania.

Starsze posty «